Archiwa tagu: wychowanie

Żniwa

Jest czas siania i czas żniw. W życiu człowieka, nieco inaczej niż w świecie roślin, te okresy nie następują tylko raz i kolejno, ale przeplatają się ze sobą wciąż i łączą, ponieważ nawet siejąc zbieramy plony, a zbierając je nie ustajemy w siewie.

Tak jest głównie w przypadku dzieci. Kitka ma już prawie 3 lata. Przerwę w blogowaniu zrobiłam kiedy skończyła roczek. Także za mną dwa lata samego zbierania doświadczeń w macierzyństwie. To bardzo ciekawe, bo pamiętam doskonale, (zresztą są tego namacalne dowody, w postaci tekstów), że kiedy dziecię moje ledwo od podłogi odstawało, miałam swoją wizję macierzyństwa, którą wiele osób, (z bloga i nie tylko), krytykowało i poddawało w wątpliwość. Komentarze miały wydźwięk: „wszystko pięknie, ładnie, ale jeszcze jesteś młoda, dziecko masz małe, życie zweryfikuje te twoje śliczne wizje”. I co? I pstro. Życie toczy się dalej, dziecko rośnie, a ja postanowiłam się konsekwentnie trzymać swojego pomysłu na wychowanie i tak też zrobiłam. Robiłam tak przez dwa lata. Siałam. Nadszedł czas żniw. 

Nie jedynych. Nie ostatnich. Ale pierwszych.

Nie jestem nieomylna, nie jestem idealna. Ale czuję, że odwaliłam dobrą robotę, kiedy widzę, że Ewa wyjaśnia, a nie drze się. Mówi: „ale mama, posłuchaj…”, bo wie, że faktycznie posłucham i sama słucha gdy ja coś tłumaczę.

Kiedy widzę, że czeka. Czeka na obiecane lody, cukierka, czeka na zabawę, na bajkę. Wie, że jeżeli coś obiecałam, to tak będzie. Nigdy nie składam obietnic bez pokrycia i to procentuje.

Kiedy widzę, że w zabawie, lub do nas, zaskakująco często używa zwrotu: „nic nie szkodzi”. Nie robi wymówek, nie daje swoim zabawkom kar. Serce mi rośnie gdy widzę, jak bawi się lalką i słyszę nagle: „Oj! Co się stało Pipi? Przewróciłaś? Nic nie szkodzi.” Czyli coś robimy dobrze.

Kiedy widzę, że na porządku dziennym są słowa: „proszę, dziękuję, przepraszam”. Wielu, naprawdę wielu ludzi radziło, żebym dała spokój i nie przypominała rocznemu dziecku o takich słowach. Ewa zaczęła je wymawiać (dość zniekształcone, ale jednak), zanim na dobre nauczyła się imion naszych psów. Absolutnym szokiem był dla mnie wieczór, kiedy Ewa po bajce na dobranoc sama z siebie przeprosiła mnie za to, że rankiem tego dnia była niegrzeczna. Mimo, że jej zachowanie szybko się poprawiło i nie wracałyśmy więcej do tematu.

Kiedy idę z nią na zakupy i nie jestem jedną z matek sklepowych. Dwa razy zdarzyła jej się histeria w sklepie. Dwa. Obydwa razy ostrzegłam ją, że takie zachowanie jest niedopuszczalne i jeśli nie przestanie to wyjdziemy. Nie przestała – wzięłam ją pod pachę i wyszłam. Później zawsze wystarczyło ostrzeżenie.

Kiedy widzę, że przeważnie wystarczy mi Ewę ostrzec, albo czasem nawet na nią spojrzeć w odpowiedni sposób, żeby wiedziała, że przegina i się poprawiła. To nie jest zasługa zastraszania dziecka, tak jak to robią niektóre matki, ale zwykłej konsekwencji. Nie musiałam stosować dotkliwych, czy cielesnych kar. Wystarczyło po prostu konsekwentnie, za każdym razem dotrzymywać danego słowa. Tak w przyjemnych rzeczach, („w sobotę pojedziemy kupić Ci książeczkę”), jak i w nieprzyjemnych, („jeśli dalej będziesz krzyczała, będziemy musiały wyjść ze sklepu”). W ten sposób dziecko nauczyło się, że mamie można ufać, więc jeśli grozi, że nie dostanę deseru, to znaczy, że nie dostanę. Pora się uspokoić.

Czy zawsze moje dziecko jest idealne? Nigdy nie krzyczy, nie jest niegrzeczne? Czy ja zawsze jestem idealna? Nigdy nie tracę cierpliwości, nie jestem zmęczona? Nie zawsze. Ale przeważnie. „Przeważnie” wystarczy. Bo kiedy przychodzi moment, że jestem rozdrażniona, zmęczona i na nią krzyknę, ona mówi mi spokojnie: „mama, nie trzeba krzyczeć” i jest ok. A kiedy ona ma gorszy dzień i wszystko jest na „nie”, ja też umiem znaleźć w sobie jeszcze kilka warstw cierpliwości, o których nie pamiętałam, że tam są.

Chwasty zdarzają się na najlepszych polach. Chodzi jednak o to, aby siać, siać, siać. Najtrudniej jest zawsze przed pierwszymi efektami. Zanim w ogóle wzejdzie Twój plon. Łatwo uwierzyć tym, którzy mówią: „siejesz, a nic nie urośnie, tracisz czas.” Ale jeśli ich nie posłuchasz to niedługo wszystko wykiełkuje, urośnie i pozostanie już tylko żąć. I dalej siać, siać, siać.

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

„Nie wolno!”

Czy można dziecko wychować bez zakazów? Można. W myśl idei, że zakazy i nakazy to zło, które ogranicza dziecko i tak naprawdę jest nieodpowiednim środkiem nacisku, albo wręcz rodzajem przemocy stosowanej na potomku. W takim pojęciu zakazy i nakazy ograniczają wolną wolę dziecka i nie pozwalają mu rozwinąć w pełni swojego potencjału. Takie wychowanie to wychowanie bezstresowe.

Czy mogłabym zmieszać ideę wychowania bezstresowego z błotem tak, żeby zwolennicy poczuli, że mają aplikowaną najdroższą maseczkę w spa? Mogłabym. Ale szkoda mi czasu i wysiłku. Napiszę więc wprost i wulgarnie: to jest kupa. Szajs absolutny, idiotyzm, debilizm, gwałt na naturalnym procesie wychowania i wielka krzywda robiona dzieciom.

Dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. Do tego poczucia niezbędne mu są wyznaczone jasno granice, czyli informacje co wolno, a czego nie wolno. Naszym zadaniem jako rodziców jest przystosowanie dziecko do przyszłego życia w społeczeństwie, dlatego koniecznym jest nauczenie go zachowań społecznie akceptowalnych. Jaś, który tych zachowań nie zostanie nauczony wyrośnie na gniewnego i sfrustrowanego Jana, który będzie wściekły na świat, że nie pozwala mu na wszystko, na siebie, że nie umie się w nim odnaleźć, na innych ludzi, z którymi nie będzie umiał się dogadać i na rodziców, bo to ich wina. Żeby więc już na początku nie wylać dziecka z kąpielą i nie pogubić go w tym zwariowanym świecie, stawiamy granice i drogowskazy właśnie w postaci zakazów i nakazów.

Czy jednak wszystkie zakazy są konieczne? Kikul ma dopiero 7 miesięcy, a ja już niejednokrotnie złapałam się na próbie zakazania jej czegoś, czego tak naprawdę nie musiałabym jej zabraniać. Wzięło się to chyba z błędnego przeświadczenia wpojonego mi przez otaczający świat, że moją rolą jako matki jest głównie zakazywanie. Powiem wam, że nawet nie jest to sprawka moich rodziców, bo nigdy nie byli nadmiernie kontrolujący i odmawiający mi swobody. Ale potem człowiek dorasta i wszędzie słyszy „nie”. Nie zawsze skierowane w jego stronę. Po prostu to słowo otacza nas z wszystkich stron. Słyszę je na placu zabaw, w kolejkach w sklepie, u lekarza, wszędzie. Głównie skierowane do dzieci.

Jakiś czas temu przygarnęliśmy ze schroniska psiaka. Uroczą jednooką suczkę. Psiak ma najwyżej rok, więc borykamy się z jej – trudnymi często do zaakceptowania – szczenięcymi zachowaniami, (skakaniem, nadmiernym entuzjazmem, gryzieniem rzeczy itp.) Stąd w domu przez ostatni miesiąc słychać głównie: „Benita, nie!”, albo dla odmiany: „Benita, nie wolno!”. Przez to przeraziłam się jak to będzie jak Ewa zacznie chodzić i nagle „Benita, nie!”, zmieni się niechybnie na „Ewa, nie!” Nie chcę, żeby cały dom napełnił się takimi okrzykami.

Oczywiście bez względu na to jak bardzo bym tego nie chciała – to się stanie. Jak inaczej miałabym tak malutkiemu dziecku przekazać, że czegoś nie wolno? Powiem wam jak to sobie wyobrażam. Powiedzmy, że półtoraroczna Ewa próbuje ciągnąć psa za ogon, albo za wąsy. Proces jaki sobie w tym wypadku wyobrażam to: pierwszy komunikat, („Ewa, nie wolno!”), zastopowanie niepożądanego zachowania, (oswobodzenie psa i osunięcie od niego Ewy) i na koniec, krótkie i jasne tłumaczenie dlaczego został postawiony zakaz, („Pieska to boli.”).

Ale cała gruszka siedzi w tym, żeby wcześniej zadać sobie pytanie: „Czy aby na pewno nie mogę się zgodzić na takie zachowanie?” Naturalnie w takich przypadkach jak – choćby i nieświadome – robienie krzywdy zwierzęciu, czy człowiekowi, albo próba robienia rzeczy / dotykania przedmiotów niebezpiecznych dla dziecka, nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Ale na przykład chlapanie w wanience? Ostatnio Kiki przechodziła taki okres. Teraz już raczej tego nie robi – bardziej ją interesują zabawki kąpielowe, ale miesiąc temu najlepszą zabawą było chlapanie. Mogłam jej tego zabronić. Mogłam konsekwentnie przytrzymywać jej rączki, albo nie pozwalać na chlapanie tylko od razu szybko ją myć i wyciągać. Nie zrobiłam tego. W pierwszym odruchu chciałam, ale zapytałam sama siebie czy aby na pewno to jest absolutnie nie do przyjęcia? W czym leży problem? Że cała podłoga jest zalana. Robi się ślisko, bo są płytki. Czy nie da się temu zaradzić tak, żeby wilk był syty i owca cała? Da się. Wystarczyło rozłożyć na podłodze stary płaszcz kąpielowy, który świetnie wchłaniał wodę, a potem przelecieć podłogę mopem. Mama, (czyli ja), – która z tych zabaw wychodziła też mokra od stóp do głów – sięgnęła po pokłady fantazji i przebierała się w strój kąpielowy. Przyznam, że obie miałyśmy sporo frajdy z tych kąpieli :)

Słowem: zakazywać – tak, byle mądrze :) Nie wszystko jak leci.

„Bo przyjdzie pan i cię zabierze!” – O straszycielach słów kilka

Herbata usiadła z laptopem na kolanach i zastanawiała się jak zacząć kolejną notkę. Nic jej nie przychodziło do głowy. Skupiła się na temacie jaki wybrała. Właściwie temat sam ją wybrał. Napatoczył się w postaci Kazika i Straszycieli. Napatoczył się dość głośno, burząc spokój przytulnej kabiny w przebieralni aquaparku gdzie to Herbata ubierała się po zażywaniu przyjemności saunowania, które to zafundował jej mąż. Zrezygnowana westchnęła i zadumała się: „Dokąd ten świat zmierza?” 

No właśnie, proszę państwa, dokąd? Dokąd zmierza ten świat, w którym rodzice najwyraźniej na tyle nie mają autorytetu, że muszą straszyć dzieci obcymi, w dodatku Bogu ducha winnymi, osobami? Na pewno nie raz każdy z was spotkał się z niesfornym kilkulatkiem i matką / ojcem, którzy w desperackiej próbie wymuszenia posłuchu posiłkowali się bezmyślnymi zdaniami: „Bo przyjdzie pan policjant i cię zabierze!”, „Bo pani pielęgniarka zrobi ci zastrzyk!” Ale wczoraj pierwszy raz spotkałam się ze straszeniem dziecka… panią sprzątającą.

Skryta we wspomnianej wyżej kabinie przebieralni słyszałam jak rodzice – straszyciele próbowali zdyscyplinować swojego syna. Mały Kazik najwyraźniej za bardzo przywiązał się mydła w płynie wystawionego przy umywalce obok szafek.

- Zostaw, nie wolno brać tyle mydła. – słyszę jego matkę – Kazik, zostaw! Nie wolno tyle! Zobacz, pani zaraz przyjdzie i będzie zła, że tyle bierzesz! – tu najwyraźniej wystąpiło wskazanie steranej pani sprzątającej, która o godzinie 21 zapewne chciała już tylko iść do domu. – Zobacz, pani płacze przez ciebie! – straszycielka próbowała (bezskutecznie) wzbudzić w Kaziu wyrzuty sumienia.

„Ki diabeł?” – pomyślałam wciągając gatki – „Pani płacze?” Nie bardzo chciało mi się wierzyć, żeby strata nadmiernej ilości mydła w płynie doprowadziła panią sprzątającą aż do łez, ale cholera wie, może była bardzo zaangażowana w swoją pracę?

- Zobaczysz, – postraszyła znowu matka marudzące dziecko – pani się zdenerwuje i nakrzyczy na ciebie!

- Ale ona sobie poszła… – bystro zauważył malec.

No tak, paskudny babsztyl nie dość, że nie przejął się tak poważną stratą, to jeszcze na dodatek nie kooperował ze straszycielami i oddalił się do innych obowiązków. Zapewne mniej ważnych.

- No… – zmieszała się na chwilę straszycielka, ale zaraz odzyskała rezon – … i twoje szczęście!

Po tym złowieszczym podsumowaniu zapanowała na chwilę cisza. Zdążyłam się ubrać do końca, zebrać swoje rzeczy i opuścić moją kryjówkę. Jednak kiedy okupowałam wypożyczoną szafkę w celu skompletowania reszty mojej garderoby historia znalazła swój ciąg dalszy. Konkretnie w postaci ojca wyprowadzającego płaczącego Kazika z męskich łazienek. Zaciekawiona przyjrzałam się spod oka co będzie dalej. Najwyraźniej chłopiec czuł silną potrzebę spuszczenia wody, albo może zbyt długiego, lub wielokrotnego spuszczania wody, bo wyprowadzający delikwenta ojciec strofował go, że nie wolno, że w domu sobie pospuszcza. Nieczuły na ojcowskie nagany skazaniec wlókł się smętnie w stronę mamy i pobukując żałośnie próbował jeszcze bronić swojego stanowiska.

- Kazik! – upomniał go ojciec – Bo przyjdzie pani sprzątaczka i cię zabierze! – wywalił ciężką artylerię zamieniając się w straszyciela.

Nie wiem co dalej było z Kazikiem, bo oto z czeluści przebieralni wynurzył się mój ślubny i opuściliśmy ten przybytek saunowej rozkoszy by udać się na kolację. W drodze zastanawiałam się jak to jest z tym straszeniem. Ja wiem, że aby uspokoić dziecko człowiek ima się różnych sposobów, nie zawsze zrozumiałych dla otoczenia, (szczególnie jego bezdzietnej części, lub tej, która ma potomstwo we wcześniejszym stadium rozwoju), ale chyba nigdy nie spotkałam się ze sposobem tak głupim w swoim zamyśle, a przy tym tak wyjątkowo nieskutecznym jak straszeni dzieci obcymi. Nazwijmy to ładnie i mądrze, a co, żeby nie było, że Herbata nie umie – odwoływanie się do  zewnętrznych autorytetów. To co, rodzice mają tak mały autorytet u własnego dziecka, że muszą szukać takowych gdzieś indziej? Z tego co widziałam – a widziałam wielokrotnie – ta metoda wcale nie działa. Najlepszy, a w każdym razie najbliższy upragnionemu, efekt jaki udało się w mojej obecności straszycielom osiągnąć, to doprowadzenie do jeszcze większego płaczu przerażonego dziecka.

Ale, że metoda jest nieefektywna to jeszcze pół biedy. Mówiąc wprost i cynicznie to nie mój problem i na pewno nie problem malucha, tylko rodziców. Zastanawiam się tylko czy rodzice wiedzą, że krzywdzą w ten sposób swoje dziecko. Jeżeli po raz dwieście dziewiąty słyszy ono, że pan policjant je zabierze jak będzie niegrzeczne, to na bank nauczymy je, że policjanci to źli ludzie, którzy porywają dzieci i robią im krzywdę. To w ogóle od razu kupmy mu koszulkę z napisem „CHWDP”… A tak bardziej poważnie: a jeśli dziecko się zgubi? Myślicie, że raczej podejdzie do policjanta, lub innego mundurowego (np. ochroniarza w supermarkecie) czy do obcego, który może zrobić z nim wszystko i nikt nie będzie wiedział? Albo przykład z pielęgniarką: „bo pani zrobi ci zastrzyk.” A potem naprawdę nie wiadomo dlaczego te wszystkie dzieciaki tak się drą u lekarza, a przy zastrzykach z ich trzewi wydobywa się dźwięk tak straszny, że mógłby burzyć mury Jerycha. No skoro od małego są uczone, że zastrzyk to kara, a one przecież były grzeczne, to nic dziwnego, że protestują. Nie wspomnę już nawet o tym jaką frustrację muszą takie zdania wywoływać u osób, które służą rodzicom za przedmiot straszenia. Bo zazwyczaj straszyciele uważają, że takie osoby mają obowiązek uczestniczyć w tych uroczych inscenizacjach, więc śmiało pokazują je paluchem i wcale się nie kryją, że robią z policjanta / pielęgniarki / sprzątaczki potwora.

Podsumowując, straszyciele chyba nie myślą o długofalowych skutkach swoich metod pseudo-wychowawczych, (bo z wychowywaniem to nie ma nic wspólnego.) W dodatku, co jest dla mnie kompletnym kosmosem – nie przejmują się kompletnie, że te groźby nie działają. Z uporem godnym lepszej sprawy walą głową w mur entuzjastycznie wciskając dziecku te szkodliwe kity i w najlepszym razie osiągając jego zastraszenie, ale nigdy uspokojenie.

Matka przeciętna

Mam paskudne wrażenie, że jestem niemodną matką. I zawartość mojej szafy nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o moje podejście do rodzicielstwa. Jakieś takie… mało zaangażowane się wydaje. Przeciętne. Nie zdeklarowane. A ostatnio modne jest być w jakiś sposób awangardową, inną. Pomijam fakt, że każdy kto chce być inny i awangardowy w końcu nieuchronnie trafi do grupy ludzi, którzy też chcą i razem stają się mainstreamowi. Ad rem.

Gdybym chociaż była matką… eko! Stosowałabym ekologiczne pieluchy, albo wychowywała bezpieluchowo – przyjaźnie dla środowiska i naturalnie dla dziecka. Nosiłabym dziecko w chuście – ekologicznej, wygodnej, pozwalającej na bliskość z matką, znaczne odchudzenie jej portfela a przy okazji i jej samej kiedy to będzie się wściekać i pocić próbując zawiązać to cholerstwo!!! Robiłabym samodzielnie środki czyszczące na bazie octu i wyszukiwała eko-produkty żywieniowe serwując kolejną kurację odchudzającą portfela. Hmm… Nie, nie dla mnie.

Ale może mogłabym zostać matką nieszczepką! Czyli taką, która dzieci nie szczepi. Albo wszechszczepką! Czyli dla odmiany taką, która szczepi na wszystko na co tylko może. Odpada. Na pierwsze nie pozwoli mi strach, a na drugie strach.

To może zostanę matką nowoczesną. To akurat powinno być proste – wystarczy uważnie czytać gazety o dzieciach i stosować się do wszystkich rad. Makulatura zalega sobie w ładnym stosie zbierana skrupulatnie i czytana od deski do deski już w czasie ciąży, więc tu problemu być nie powinno. Tym sposobem zaczęłabym myć dziecko co drugi, albo co trzeci dzień, żeby nie zmywać płaszcza lipidowego. Przeniosłabym grzecznie śpiącą w swoim łóżeczku Kitkę do naszego małżeńskiego łoża, bo tak lepiej dla rozwoju dziecka, stosowałabym przy karmieniu metodę BLW… Kurde, na cyca już za późno! Mogłabym w sumie spróbować jeszcze pobudzić laktację…

Albo zostanę matką bzową! Będę dziecko wychowywać bez. Bez smoczka, bez butelki, bez telewizora, bez komputera, bez usypiania na rękach, bez spania z rodzicami, bez szczepień, bez jedzenia ze słoiczków, bez pieluch, bez codziennej kąpieli. Oszczędnie i awangardowo.

Jest jeszcze opcja matki naturalnej. Nie mylić z ekologiczną. Matka naturalna robi wszystko tak jak natura chciała. Rodzi, pielęgnuje, wychowuje. Daje dziecku naturalny wybór naturalnych produktów żywieniowych. Karmi tylko piersią, bo przecież inne karmienie prowadzi do kalectwa. Zabawki – tylko z naturalnych materiałów i jak najmniej edukacyjne, bo dziecko z natury samo się edukuje. Naturalne wspieranie rozwoju dziecka. Naturalna odporność. Naturalne zabawy. Czas na nocnik? Kiedy dziecko samo będzie gotowe. Czas na jedzenie? Niech samo wybierze co chce jeść. Pożegna smoka kiedy samo będzie gotowe. Naturalnie. Czyli oczywiście.

A tu klops. Jestem matką przeciętną. Niczym się nie wyróżniam niestety. Szczepię dziecko, ale tylko szczepionkami obowiązkowymi. Sadzam na nocnik odkąd stabilnie samo siedzi. Karmię mieszanką mleczną prawie od początku. Obiadki dostaje na przemian gotowe i domowe. Nie śpi z nami w łóżku. Oglądam telewizję przy karmieniu przez co i Kitka na nią czasem patrzy. Za pieluchy mam pampersy. Myję małą codziennie. Nie daję jej obiadków do wyboru. Zjada to co dostaje. Ciągnie sobie smoka do spania. Popełniam same błędy, z której strony by nie patrzeć. Nie jestem eko. Bzowa jestem tylko po części. Naturalna też. I nowoczesna. W całości jestem tylko… przeciętna. Niemodna, szara mysz macierzyństwa. Kończę z ironicznej otchłani depresji.

A wy znacie jeszcze jakieś ciekawe typy? ;)

Wyjaśnienie: nie chciałabym, żeby niektórzy z was poczuli się urażeni, bo z pewnością chociaż częściowo należycie do wymienianych przeze mnie kategorii. To co wyśmiewam w tym poście, to próba dopasowania się do jednej z wyżej wymienionych grup, nie dla dobra dziecka, ale dla własnej próżności i chęci wyróżniania się. Przesada jest szkodliwa we wszystkim. Czy też, jak to mówiła moja babcia, nadgorliwość – gorsza od faszyzmu ;)