Archiwa tagu: teściowie

O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka, zafundowaliśmy sobie wyjazd do Sulistrowiczek pod Ślężą. Pojechaliśmy wszyscy, czyli my z Kitką i moi rodzice, z którymi mieszkamy. I tym sposobem znalazłam wreszcie motywację i inspirację, żeby napisać o rodzinie wielopokoleniowej.

Rodzina wielopokoleniowa jest jak karmienie piersią. Dokładnie.

Naturalna, bo od zarania dziejów ludzie żyli w gromadach, a w nich w grupach rodzinnych składających się zazwyczaj ze starców, dzieci i tych co pośrodku ;) Długo to było później jeszcze szeroko praktykowane, obecnie mam wrażenie, że stało się to „niemodne” i trochę nie na miejscu, bo jeżeli ktoś nie pójdzie „na swoje” to dowodzi swojego braku zaradności życiowej i nadmiernego przywiązania do spódnicy mamusi.

Wymaga trochę wysiłku i wyrzeczeń. A co w życiu nie wymaga? Zakładanie swojej rodziny z dala od starego gniazda jest też ciężki, bo człowiek musi sobie ze wszystkim radzić sam, lepiej zorganizować się czasowo i finansowo… Ale widzę, że dla niektórych ludzi to wszystko jest jednak łatwiejsze niż sztuka wspólnego życia z rodzicami, (lub teściami), która wymaga lepszych umiejętności rozwiązywania konfliktów, dzielenia przestrzeni, ciągłej konfrontacji – rozbieżnych często – poglądów i dostosowania się do nich, a czasami dostosowania ich do siebie. To wszystko nie przychodzi samo z siebie. O to trzeba zadbać. Celowo piszę „zadbać”, a nie „walczyć”, bo doświadczenie nauczyło mnie, że niezmiernie rzadko w rodzinie walka daje dobre rezultaty. I uważam, że łatwiej jest stanąć i zawalczyć o swoje poglądy, swoje wybory, swoje racje, niż przeprowadzać obustronny proces dyplomatyczny zakładający ustępstwa i częste chowanie dumy do kieszeni. Kiedy mieszkamy osobno – nie ma problemu, żeby się pokłócić, każde wróci do siebie, ochłonie, ponarzeka do innych i za jakiś czas się pogodzą. Kiedy mieszkamy razem widzimy siebie praktycznie cały czas, więc kiedy zacznie się konflikt nie ma od niego „przerwy”. Trwa cały czas i cały czas rodzi nieustanne napięcia dopóki się nie zakończy. Zdaję sobie sprawę, że rodziny mieszkające osobno też przeżywają konflikty, też im to „leży na wątrobie” dopóki się nie skończy, ale prawdą jest, że nie myślą o tym non stop. Mają inne zajęcia, obowiązki, które zmuszają ich, żeby chcąc nie chcąc oderwali się na moment od problemu. We wspólnym domu natykamy się cały czas na siebie nawzajem, wspólnie wykonujemy te obowiązki i nie ma możliwości odłożenia kłótni na jakiś czas na półkę. Jest to niewątpliwy minus, bo atmosfera potrafi być naprawdę ciężka. Jest to też plus, bo dzięki temu każda, nawet najpoważniejsza kłótnia, bardzo szybko znajduje swój finał. Ludzie są po prostu zmuszeni, żeby porozmawiać o problemie i go rozwiązać. Dzięki temu – nikt mi nie wmówi, że jest inaczej – ludzie żyjących w rodzinach wielopokoleniowych są fantastycznymi dyplomatami i potrafią szybko zażegnać konflikty.

Bywa trudna. Jakby nie było to są trzy pokolenia, trzy spojrzenia na świat i każdą jedną sprawę. Ba! Żeby tylko! Życie byłoby mlekiem i miodem płynące gdyby każda sprawa rozgrywała się na płaszczyźnie rodzice – dzieci. Niestety nie. Często zdarza się, że matka i córka mają jedno zdanie, a ojciec i zięć drugie. Albo matka i zięć. Albo córka i jedno z rodziców, a drugie się wstrzymuje. Albo zięć i teściowie kontra córka / żona. Albo córka z rodzicami kontra zięć / mąż. Różnie bywa. Niezliczona ilość kombinacji. Dojdzie jeszcze więcej kiedy i Kitka zacznie się upominać o swój udział. W każdym razie w tak zagmatwanych sytuacjach wszystko jest bardzo delikatne, bo napięcia obarczają relacje rodzic – dziecko, ale też relacje partnerskie między mężem a żoną. Często zmusza nas to do prowadzenia dysput „na dwa fronty.” Często w jednym czasie. Ale nie tylko to jest kłopotliwe. Jest mnóstwo drobnych kwestii sprawiających trudność. Np. wyczucie kiedy korzystamy z pomocy rodziców, a kiedy już ich wykorzystujemy. Albo z drugiej strony: kiedy dajemy dzieciom rady, a kiedy wtrącamy się w ich życie. Albo: druga para mocno się pokłóciła – zignorować nie da rady, w dodatku mamy swoje zdanie. I co dalej? Porozmawiać z nimi? A czy to na pewno nasza sprawa? A jeżeli porozmawiać to jak dalece odsłonić swoje zdanie, żeby nie wziąć czyjejś strony i nie zaognić konfliktu? Jak go załagodzić, żeby osoba, która nam się żali nie poczuła, że stoimy po stronie tego drugiego? Co zrobić kiedy pocieszanie ociera się o zajmowanie stanowiska po jednej ze stron? Mamy też kwestię dopasowania planów, zorganizowania czasu tak, żeby każdy mógł zrealizować swoje indywidualne plany… Jest mnóstwo drobiazgów.

Daje nam to co najlepsze. Zupełnie jak karminie piersią życie w rodzinie wielopokoleniowej daje nam wiele cennych umiejętności: dyplomacja, wysoko rozwinięta umiejętność współżycia z innymi, dzielenia się nie tylko przedmiotami materialnymi, ale też czasem, miłością, uwagą, poglądami, radami, wyznaczania i zachowania własnej przestrzeni – zarówno mieszkaniowej jak i umysłowej, elastyczność, kompromisowość i wiele innych. Oprócz tego korzystamy z wzajemnej pomocy. Najpierw rodzice pomagają dzieciom, (np. tak jak teraz u nas – przy dziecku), a potem dzieci zajmują się rodzicami na starość.

Od kiedy wyszłam za mąż, a na świecie pojawiła się Kitka jeszcze bardziej doceniam to nasze stadne mieszkanie. Większość wątpliwość dotyczących pielęgnacji niemowlaka rozwiewa mama, daje dobre rady, ale też możliwość nie skorzystania z nich, jest z nami cały czas, więc nawet jeżeli mi coś umknie to jest duża szansa, że ona to wychwyci, pomaga mi kiedy jestem zmęczona, muszę coś pilnie zrobić, albo po prostu kiedy chcemy z M. mieć czas dla siebie – czy to w domu czy na randce.

Nie każdy się do tego nadaje. Nie wszyscy rodzice dobrze sprawdzą się w roli tych mieszkających z dzieckiem i jego partnerem. Nie każde dziecko będzie się czuło szczęśliwe mieszkając z rodzicami. Nie chodzi mi w całym tym tekście o udowodnienie, że mieszkanie młodego małżeństwa z rodzicami jest lepszym rozwiązaniem, ale o obalenie mitu, że to dowód nieudolności. Nie czujcie się więc atakowani z tego powodu, że wyprowadziliście się z domu.

Niektórzy uważają mieszkanie razem za dziecinne, za przejaw braku dojrzałości. Niektórzy uważają, że takie osoby nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Niektórzy uważają, że to katorga.

Niektórzy się mylą.

Wyjaśnijmy coś sobie. Mieszkanie z rodzicami ma plusy i minusy. Mieszkanie samemu ma plusy i minusy. Jedni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie opuszczenia rodzinnego gniazda. Inni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie poszerzenia tegoż gniazda o swoją własną rodzinę. Na wybór składają się preferencje i warunki. Ale przede wszystkim preferencje. Bo tam gdzie wola jest i sposób.Ale gdzie takiej woli brak… tam… inny sposób.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca to pewnie odnieśliście wrażenie, że rodzina wielopokoleniowa to głównie kłótnie i problemy. Nie dajcie się zwieść pozorom. Pisałam tak dużo o konfliktach, bo bez dobrze opanowanej umiejętności ich rozwiązywania i unikania nie da się żyć pod jednym dachem. Już z samym mężem i dziećmi jest to trudne, a co dopiero jeszcze z rodzicami czy teściami. Zarówno ja jak i mój mąż wychowaliśmy się w takich domach i dlatego mieszkanie z rodzicami jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Kiedyś analizowaliśmy naszą sytuację i doszliśmy do wniosku, że nawet gdyby było nas stać na wyprowadzenie się, (bo mieszkanie z rodzicami to także wielka ulga dla budżetu), nie zrobilibyśmy tego, bo nie wyobrażamy sobie zostania tylko we trójkę. Dla mnie to jest kwintesencja rodziny. Bronimy się nawzajem, tworzymy jedną całość. Rodzina wielopokoleniowa to ogromna dawka codziennej miłości i wsparcia, a także mnóstwo śmiechu i zabawy. To także wytchnienie kiedy tego potrzebujesz i porządny kopniak w tyłek kiedy tego potrzebujesz. To szkoła miłości i wybaczania na poziomie zaawansowanym. To spełnienie marzenia o dużej rodzinie nawet dla jedynaków.