Archiwa tagu: teściowa

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

O Naiwnej, Zołzewie i prawdziwie szczęśliwym zakończeniu

Dawno, dawno temu… Za górami, za lasami, za siedmioma głębokimi rzekami… leżało sobie pewne królestwo. Królestwem tym rządziła twardą ręką królowa Zołzewa. Królowa miała dwóch synów. Lenia i Gułę. Leniowi nic się nie chciało robić, a Guła choćby coś zrobił to i tak źle. Ale miał swój urok, więc pewnego dnia znalazł księżniczkę z sąsiedniego królestwa i zakochał się w niej z wzajemnością.

Zaczęli się widywać, raz u niego raz u niej. Księżniczka wolała, żeby Guła przyjeżdżał do niej, ale czasami nie dało się uniknąć dyplomatycznej wizyty na dworze Zołzewy. Królewna Naiwna, bo tak miała na imię, starała się nawiązać dobre stosunki z matką swojego wybranka. Była uprzedzająco grzeczna, prawiła jej komplementy, bo wiedziała, że próżna królowa chciała za wszelką cenę pozostać młoda, przywoziła dary ze swojego kraju, zgadzała się z nią w czym tylko mogła, słuchała udzielanych z wyższością rad i ani razu nie powiedziała księciu złego słowa na matkę, bo wiedziała, że nie przyniesie to nic dobrego.

Królowa Zołzewa zachowywała się dokładnie odwrotnie. Kiedy Naiwna zjawiała się na ich dworze traktowała ją z wyższością, lub lodowatą obojętnością. Narzekała na nią, starała się zająć miejsce przy boku syna, pouczała we wszystkim i prawiła drobne złośliwości. Na przykład kiedy królewna szła się kąpać, Zołzewa upewniała się gdzie udaje się Naiwna i w tym samym czasie kazała służbie zużywać ciepłą wodę dopóki królewna będzie pod prysznicem. Trzęsąca się Naiwna wracała do komnat księcia szczękając zębami, napomykając o incydencie, ale nie rzucając wprost oskarżeń. Kiedy królewna kupiła ukochanemu rzadki i drogi alkohol do kolekcji, królowa wypiła go pod jego nieobecność zanim zdążył go skosztować. Zołzewa uprzykrzała życie królewnie jak tylko mogła, ale stało się nieuniknione. Pewnego dnia Guła oświadczył się swojej wybrance.

Królowa doznała szoku. Najpierw spytała szczęśliwą parę trzy razy czy aby na pewno księżniczka nie jest w ciąży. Potem dociekała dlaczego w takim razie do licha chcą się pobierać. Kiedy młodzi wyjaśnili, że z miłości, Zołzewa opadła ciężko na tron i rozpłakała się. Nie zareagowała na słowa króla: „Żabciu! Ciesz się, kurwa!” i powlokła się pokonana do komnaty. Tam zaczęła obmyślać plan rozbicia narzeczeństwa swego ukochanego syna. Wkrótce jednak w jej królestwie pojawiły się inne problemy. Skarbiec zaczynał świecić pustkami, a zobowiązania finansowe wobec innych krain rosły. Królestwo Zołzewy utrzymywało się z eksportu przecudnej urody kwiatów. Jeden z sąsiadów już odmówił wpuszczania dostaw królowej na swoje tereny. Cała królewska rodzina rozpaczała i zastanawiała się co robić. Małżeństwo Guły nie ratowało sytuacji, a wręcz przeciwnie, ponieważ Naiwna pochodziła z niezbyt zamożnego, odległego kraju. Zaproponowała ukochanemu, że pobiorą się bez pompy, bez koronek i tiuli, bez wystawnego przyjęcia i tysięcy gości. Kochała go i najważniejsze dla niej było po prostu zostać jego żoną. Ale tu Guła tupnął nogą i zażądał wszelkich ślubnych luksusów. Zrezygnowana księżniczka nie wiedziała już jak mu pomóc.

Ustalili, że po ślubie zamieszkają w królestwie Naiwnej. Żadne z nich nie prowadziło własnych interesów. Książę Guła zajął się szukaniem pracy dla swojej przyszłej żony podczas gdy sam starał się ukończyć pomyślnie pierwszy rok studiów. Czwarty raz. Z rzędu. Zaproponował królewnie, że kiedy Naiwna znajdzie pracę, mogliby część jej zarobków wysyłać jego rodzicom, żeby wspomóc ich finansowo, bo oni naprawdę nie dają rady. Królewna zamyśliła się głęboko nad tym jak to Leń, brat Guły, całymi dniami siedział w Komnacie Gier i swoje skończone studia z mechaniki samochodowej, (czy coś takiego), przekuwał w prawie praktyczną wiedzę grając w Grand Theft Auto, jak to król zasępiony topniejącymi oszczędnościami udał się po zakup absolutnie niezbędnej do życia, rewelacyjnej, aż jednofunkcyjnej, super-hiper-duper-suszarki-do-grzybów, (bo zamierzał się tej jesieni wybrać na grzybobranie), jak to Zołzewa roniąc krokodyle łzy nad upadkiem swego królestwa roniła je raz na dwa tygodnie u kosmetyczki, która robiła jej żelowy manicure, a przez resztę dni topiła smutki w kieliszku doglądając pracowników na zapisach monitoringu. Potem jej myśli pobiegły do rodzinnego kraju gdzie za darmo mieszkali od miesiąca z Gułą na dworze jej rodziców, którym również się nie przelewało. Do swojej znalezionej naprędce pracy, przez którą, jak wszystko wskazywało, musiałaby przerwać studium fotograficzne, w którym realizowała swoją największą pasję, do Guły siedzącego całymi dniami w ich komnacie zamkniętej z obu stron, kiedy ona tak lubiła pootwierane drzwi i rodzinne, wspólne życie, do swojej przykurzonej propozycji skomnego ślubu, która była absolutnie nieakceptowalna dla Guły i…

… i gdyby tu miało nastąpić już szczęśliwe zakończenie to królewna kopnęłaby Gułę w cztery litery i zmieniła imię z Naiwna na Przebojowa, a potem żyła długo i szczęśliwie. Jednak nasz happy end jeszcze tu nie nadchodzi.

… i z tłumioną wściekłością odmówiła podając wszystkie logiczne argumenty, które nawet Guła musiał zrozumieć i przyjąć. Tak też się stało i książę porzucił swe niedorzeczne plany. Przyspieszymy trochę wydarzenia. Krótko mówiąc Guła i Nawina planowali jeszcze jakiś czas wesele. Królewna starała się godzić pracę i naukę, ale w końcu zrezygnowała z tej pierwszej. Nie mogła się pogodzić z porzuceniem swojej pasji i marzeń o przyszłości, więc porzuciła okres próbny zostawiając posadę dwóm dziewczynom, które potrzebowały i chciały jej bardziej niż ona sama. Jakiś czas później wyczerpała się zarówno cierpliwość rodziców Naiwnej dla nieogarniętego, dziecinnego Guły, jak i Zołzewy dla udawania, że wszystko jest ok i czekania aż związek jej syna sam się rozpadnie.

Pewnego dnia przyciśnięty przez matkę Guła po prostu przyszedł do królewny i ze łzami w oczach oświadczył, że to już koniec, że jej nie chce, nie kocha i nie zamierza się z nią żenić. Królewna nie odeszła z godnością jak w prawdziwych bajkach niestety. Rozpłakała się, sprzedała księciu soczystego liścia w twarz, potem wróciła z nim na dwór po swoje rzeczy i pojechała we łzach do własnego królestwa. Parę dni później Guła przyjechał z kolei po swoje rzeczy. Królewna szybko przestała płakać. Przez jakiś czas zostali z księciem przyjaciółmi, ale to również szybko się skończyło.

Nawina znalazła przystojnego księcia w sąsiadującym królestwie. Okazało się, że chłopak kochał ją potajemnie od dwóch lat i teraz, kiedy miał szansę, nie tracił czasu. W jego objęciach i pod urokiem jego pocałunków oraz hipnotyzujących zielonych zakochanych oczu królewnie szybko wyparowały z głowy resztki myśli o Gule i jego koszmarnej rodzince. Wyszła za mąż, i urodziła księciu śliczną królewnę. Okazało się, że jego rodzina jest zupełnie inna niż Guły. Księżniczka już na pewno nie musiała bać się teściowej, bo ta okazała się dobrotliwą królową, która traktowała ją jak córkę. Naiwna zmieniła imię na Szczęśliwa i po dziś dzień mieszka na swoim dworze otoczona kochającą rodziną i prowadzi swoje wymarzone życie.

Jak widać nie każde szczęśliwe zakończenie nadchodzi wtedy kiedy tego oczekujesz. Ale jeśli cierpliwie poczekasz, okaże się ono prawdziwie szczęśliwe.