Archiwa tagu: szarpanie

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.