Archiwa tagu: śmierć

Jak powiedzieć dziecku o śmierci zwierzątka

Zwierzątko to delikatny temat. Niektórzy rodzice czekają aż dziecko będzie gotowe, inni mają zwierzęta przed jego urodzeniem, jeszcze inni na gwałt się ich wyzbywają, bo uważają, że są dla dziecka zagrożeniem. A co robić kiedy pupil odejdzie?

Dostałam pierwszego, wybłaganego psa kiedy miałam 10 lat. Później dołączył do niego znaleziony na ulicy szczeniak. Istotne jest to, że rzeczone psy musiałam uśpić, (w odstępie paru lat), kiedy byłam już dorosłą osobą. Wiedziałam dlaczego jest to konieczne, wiedziałam, że ktoś musi przy tym być i akurat w obu przypadkach padło na mnie. Potem przybłąkała się urocza mała suczka bez jednego oka, a jakiś czas po niej wzięliśmy ze schroniska kolejną biedotę, która z kolei nie miała drugiego oka, także stanowiły groteskowy i bardzo kochany duet.

Kitka urodziła się w domu, w którym psy już były. Prawie stuknęła jej trójeczka, kiedy nagle stało się coś niespodziewanego. Po czterech szczęśliwych latach naszą małą sunię śmiertelnie potrąciło auto.

Płacz, rozpacz, tęsknota, żal. A w tym wszystkim jeszcze nowość – pierwszy raz moje dziecko miało zetknąć się ze śmiercią. Jak mu to przekazać? Delikatnie? Prosto z mostu? Kłamać, czy mówić prawdę? Skoro przez to przeszłam, podzielę się z Wami doświadczeniem.

1. Przede wszystkim nie ma sensu okłamywać dziecka, że piesek uciekł, lub, że ktoś go ukradł. Wiem, że wielu rodziców tak robi i rozumiem ich, naprawdę. To łatwiejsza droga. Odsuwamy tę ostateczność śmierci. Tyle tylko, że wydaje nam się, że chronimy przed nią dzieci, a tak naprawdę to chronimy siebie przed trudnymi tematami. Powiedziałam Ewie szczerze, że Bebe nie żyje, bo przejechał ją samochód. Był płacz, były pytania „dlaczego?” (dużo, dużo pytań), na które cierpliwie odpowiadałam. „Dlaczego nie żyje?”, „Bo przejechał ją samochód”, „Dlaczego przejechał?”, „Bo nie uważała przechodząc przez ulicę, była nieostrożna.”, „Dlaczego była nieostrożna?”, „Nie wiem, może miała gorszy dzień?”, „Dlaczego nie zahamował?”, „Może nie mógł? Może jej nie zauważył, a może jechał za szybko?” „Czy ona wróci?” „Niestety nie, ja też za nią bardzo tęsknię”. Kiedyś w końcu dziecko zetknie się ze śmiercią. Pozwólmy mu nauczyć się przeżywać tę stratę zamiast rzucać je kiedyś na głęboką wodę.

2. Nie wolno, nigdy, ale to nigdy! nie wolno bagatelizować uczuć dziecka. Najgorsze co można zrobić to powiedzieć: „To był tylko pies, nie płacz już.” Pies to członek rodziny, a dla trzylatka rodzina to praktycznie 80% znanej mu populacji ludzi. Nie można zaprzeczać jego uczuciom. Trzeba je zrozumieć i zaakceptować, żeby dziecko mogło je także zaakceptować i przejść dalej. Ewa kilka nocy budziła się i płakała, że „chce zabrać swoją Bebe do domku”. Przytulałam ją, pocieszałam, zapewniałam, że ja też tak się czuję i też bym chciała ją z powrotem. Tłumaczyłam przy tym, że nic już nie możemy zrobić.

3. Przyznajmy się do naszych własnych uczuć. Wiele osób uważa, że powinno być „twardzielem”, że wtedy dziecko ma w nich oparcie kiedy widzi, że rodzice nie ulegają uczuciom, nastrojom. Błąd. Oparcie dostanie wtedy kiedy poczuje, że nie jest samo ze swoimi uczuciami. Że to normalne je mieć, przeżywać coś. Poza tym jeśli maluch nie dostanie od nas przykładu jak sobie radzić z falami żalu, gniewu, smutku – to jak ma sam to wykombinować? Ukrywając swoje uczucia nauczymy go tylko, że są one złe i należy je zepchnąć gdzieś w głąb siebie. Lepiej wspólnie popłakać nad losem pupila i nad samym sobą, przyznać się, że tęsknimy, że żałujemy.

4. Dzieci są bardzo prostolinijne. Dorośli starają się unikać tematu śmierci, omijać go szerokim łukiem. To im czasem pomaga. Dzieciom nigdy. Nigdy! Najlepiej z maluchem rozmawiać o zmarłym zwierzątku ile zechce. Zaproponować, że je narysujemy, albo zrobimy dla niego laurkę, że zaniesiemy kwiatki na miejsce jego pochówku. Można też napisać do niego list, jeśli dziecko jest starsze. Można co dzień pisać malutkie liściki z najważniejszymi wydarzeniami dnia, żeby piesek „był na bieżąco”. U nas wystarczyło rysowanie. Ewa sama poprosiła, żebyśmy malowały Bebe „jak idzie do nieba”. Raz nawet poprosiła, żeby narysowała naszego pieska i samochód, który ją przejechał. Z tym z kolei ja nie czułam się komfortowo, więc powiedziałam delikatnie: „Może lepiej nie, może lepiej zapamiętajmy ją wesołą i biegającą?” Nie protestowała.

Zdarzyło się to ponad rok temu. Czy pozostały jakieś blizny w psychice mojego dziecka? Wątpię. Pozostała pamięć. Pozostała tęsknota. Całkowicie naturalna zresztą. Chyba nikt nie oczekuje od malucha, że zapomni o ukochanym zwierzątku raz na zawsze? Kiedy myślę o Bebe, robi mi się smutno. Kiedy wspomnimy o niej przy Ewie, zdarza jej się rozpłakać. Ale to normalna reakcja. Teraz widzę, że dobrze zrobiłam mówiąc jej wprost co się stało. To pomaga dziecku poznać świat swoich emocji, wartościować swoje relacje z innymi. W przyszłości zaprocentuje docenianiem tych relacji, bo ktoś kto poznał już stratę umie cieszyć się z posiadania.

A kiedy nadchodzi czas na nowego pupila? Nie wiem. Nikt oprócz Waszego dziecka nie wie. Ono samo Wam powie kiedy poczuje taką potrzebę. Tak było z Ewą. Tydzień po stracie Bebe zapytała: „Mamo, a kiedy będziemy mieć nowego pieska?” To nie znaczyło wcale, że śmierć poprzedniego zwierzaka została zapomniana. Tak jak pisałam, do dziś zdarza się Kitce popłakać na myśl o niej. Ale już wie, że śmierć bliskiej istoty nie oznacza końca miłości. Doświadczyła tej dziwnej pojemności ludzkiego serca, które obok starej miłości potrafi umiejscowić nową, ale tamtej nie zatracić. Wszystko to jest bardzo istotne, bo przyjdzie czas, oby jak najpóźniej, że będzie musiało się zmierzyć z dużo trudniejszą i bardziej bolesną stratą.

Refleksja na temat życia i śmierci Jacka Londona

„Skąd bierze się w nas tak silne umiłowanie życia? jest ono przecież grą, w której żaden człowiek nie wygrywa. Żyć – to pracować ciężko i cierpieć dotkliwie, dopóki starość nie przygniecie człowieka na tyle, że ręce jego opadną bezwładnie na zimny popiół martwych ognisk. Trudno jest żyć. W bólu chwyta niemowlę pierwszy swój oddech, w bólu oddaje starzec ostatnie tchnienie, a wszystkie nasze dni pełne są troski i smutku. Lecz człowiek mimo to zdąża w otwarte ramiona śmierci, potykając się, padając, ale spoglądając wstecz i walcząc do końca! A przecież Śmierć jest dobra. Tylko od Życia doznajemy bólu. Kochamy jednak to życie, a nienawidzimy Śmierci. Dziwne.”

Fragment opowiadania „Serce kobiety”

ze zbioru „Odyseja Północy”

Jack London

Strach

Długo zbierałam się do napisania tego posta, bo temat jest dla mnie tak bulwersujący, że nie wiedziałam od czego zacząć. Czy zauważyliście jak często ostatnio słyszymy o umierających dzieciach? A to karetka nie dojechała na czas, a to nie wykonano cesarskiego cięcia, a to zmarło po szczepionce, albo poniosło inne poważne konsekwencje (w przypadku, o którym ostatnio słyszałam – porażenie lewej półkuli mózgowej). Nawet w wypadku osób dorosłych takie zdarzenia byłyby szokujące i karygodne. Ale w wypadku dzieci to wręcz woła o pomstę do nieba. Jak to możliwe, żeby dziecko zmarło, bo karetka nie dojechała do niego na czas? Nie da się tu przyjąć żadnych usprawiedliwień. Dziecko nie żyje. Bo zawiodło coś co nie ma prawa zawieść.

Słyszałam ostatnio o człowieku, który ważył 300 kg. Przyplątała się jakaś infekcja, przy takiej ogromnej wadze doszły jakieś komplikacje i w efekcie faceta odwoziła do szpitala karetka, którą eskortowało kilku policjantów i kilkunastu strażaków. Chyba dwóch i jedenastu, ale nie chcę skłamać, bo dokładnej liczby nie pamiętam. Posypały się negatywne komentarze. Później w programie śniadaniowym wszyscy płakali nad podłością ludzi, którzy nie akceptują otyłości i kipią wrogością. Przyznam, że te komentarze, które słyszałam, (typu: po co w ogóle go ratować, lepiej było urządzić świniobicie) to faktycznie absolutne dno moralne. 30 czy 300 kg to jest człowiek i jego życie jest bezcenne. Ale z drugiej strony rozumiem frustrację komentujących. Bo tu nie chodzi o otyłość. Chodzi o to, że człowiek, który nota bene sam siebie doprowadził do takiego a nie innego stanu ma karetkę i sporą eskortę. Karetkę, której zabrakło dla malutkiego, niewinnego dziecka. Ma opiekę, której dla niego zabrakło. Nie chodzi o to, żeby jemu tej opieki żałować, ale… No właśnie. Ale. Mówiąc wprost i bardzo brutalnie: są priorytety. Dzieci są zawsze ważniejsze. Powinny być.

Kiedyś człowiek bał się, że jego dziecko coś sobie zrobi, zachoruje i będzie musiało trafić do szpitala. Teraz boimy się tego w dwójnasób, bo dochodzi paniczny strach, że nie dostaniemy tego co nam się należy. Że nikt nie będzie nawet próbował pomóc naszemu dziecku. Że wszyscy będą mieli nas gdzieś. Że nie da się poruszyć niczyjego sumienia. Czuję się nieswojo, źle, jestem przerażona, bo często mam wrażenie, że otaczają mnie ludzie, którzy mają zupełnie inny system wartości niż ja. A jak porozumieć się z takim człowiekiem? Inne poglądy – owszem, to nic strasznego. Ale ja mówię o całym systemie wartości. Jak szukać pomocy u ludzi, dla których nasze życie jest mniej ważne od np. pieniędzy. Czy można znaleźć kogoś bardziej obcego od człowieka, dla którego nasza hierarchia wartości jest dziwna i nieznana?

Dlatego patrzę na Kitkę śpiącą w swoim łóżeczku i zamiast się cieszyć cała w środku drżę, że być może kiedyś i ona, nie daj Boże, będzie potrzebowała szpitala, karetki, pomocy i stanie się coś co stać się nie powinno, bo zawiedzie coś co nie powinno zawieść.