Archiwa tagu: samoocena

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Kochajmy siebie trochę bardziej cz. 2

Ciąg dalszy moich rozważań na temat miłości własnej. Wiecie co to znaczy „dobrze się sprzedać”, prawda? Pomyślcie tylko jak na co dzień my się sprzedajemy naszym bliskim. Zaczęłam ostatnio bardziej zwracać uwagę na to w jakim świetle sama siebie przedstawiam ludziom dookoła.

 Przewijanie Kitki. Z rozpędu biorę do ręki śpioszki, choć jeszcze nie założyłam jej pieluchy.

- Zobacz Kitko jaka mama jest głupia! – mówię ze śmiechem.

Gdy Kita za parę lat powie mi:

- Zapomniałaś mi nałożyć skarpetki mamo, ale jesteś głupia!

Z pewnością oburzę się i zacznę tłumaczyć jej, że nie wolno tak mówić do innych.

 Jęczę do męża:

- Jestem okropnym, złym człowiekiem. Pokłóciłam się dziś z mamą. Powiedziałam jej to i to. Jestem wstrętna. Nigdy nie będę dobrą córką. A żoną jestem jeszcze gorszą…

Gdyby mąż mi to powiedział zraniłoby mnie to głęboko. Bolałoby mnie to, że tak myśli, bo zdarzają mi się zołzowate dni, ale nie chcę, żeby miał mnie za osobę złą do szpiku kości.

 Rozbieram się przed lustrem do spania i patrzę na swoje ciało z wyrazem głębokiej dezaprobaty. Z tyłu mąż mruczy z podziwem i zachęcająco obmacuje mnie wzrokiem jednoznacznie wskazującym, że mam wskakiwać do łóżka, bo ma co do tego wieczora fantastyczne plany.

- Jestem ohydna… – narzekam.

Na jego zaprzeczenia i ewidentne oznaki pożądania odpowiadam skrzywieniem i kolejnymi narzekaniami:

- Jestem, jestem. Popatrz tu, o, jak to wygląda? A tu? Co to ma być? Jestem paskudna! Dlaczego ty w ogóle chcesz się ze mną kochać?

Gdyby to on mi to powiedział wściekłabym się i zrobiła mu karczemną awanturę.

 Kiedy tylko Kitka za późno dostanie jedzenie i jest do tego czasu porządnie głodna, albo zdąży się rozpłakać zanim do niej podejdę gdy jest nie w humorze mówię swojej mamie:

- Jestem kiepską matką. Zaniedbałam ją.

Gdyby to ona mi to powiedziała zapewne zraniłoby mnie to tak bardzo, że przepłakałabym cały wieczór i zamknęłabym się w sobie.

 Ile razy w ciągu dnia mówimy przy błahostkach „jestem głupia”, „jestem leniwa”, „jestem złą żoną/matką/córką”, „jestem paskudna” itp.? Przeważnie bliscy kwitują to machnięciem ręki, albo zaprzeczeniami. Ale czy w takim razie nie przekonujemy ich ustawicznie i konsekwentnie, że jesteśmy właśnie tacy? Głupi, leniwi, paskudni, wkurzający? Dlaczego to robimy? Przecież tak naprawdę nie chcemy, żeby tak o nas myśleli. Sto razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą. A co jeżeli przyjdzie dzień, że oni uwierzą? Nie powiedzą nam tego, ale zaczną tak nas traktować?

 No i dlaczego mają nas szanować skoro sami siebie nie szanujemy i nie dostrzegamy naszych dobrych cech? Dlaczego mają nas szanować skoro dzień w dzień przekonujemy ich, że na ten szacunek nie zasługujemy? Nawet w naszym własnym mniemaniu? Jeżeli dziecko mówi, że mama jest głupia, to oprócz „oczywistej oczywistości”, że jest źle wychowane, może trzeba się zastanowić czy nie słyszało pierdyliard razy jak ona sama mówi tak o sobie?

 Moja rodzina zrobiła i robi dla mnie wystarczająco dużo. Nie chcę kazać im jeszcze wciąż od nowa i to z coraz mniejszym przekonaniem upewniać mnie, że jestem wspaniałą, kochaną, mądrą osobą. Bo im więcej na siebie narzekam tym bardziej podpieranie mojej samooceny staje się ich przykrym obowiązkiem. Ile razy można powtarzać kobiecie, że jest piękna i pociągająca i otrzymywać te same negatywne odpowiedzi? Może się znudzić, prawda?

 Dlatego od dziś zaczynam się „dobrze sprzedawać”! Będę podkreślać i doceniać swoje dobre cechy tak samo jak to robię z zaletami innych. Może uda mi się stworzyć Kitkowej dom pełen dobrych słów i pozytywnej energii. Bo chcę, żeby i ona umiała zawsze docenić siebie i nie miała kompleksów. I żeby dorastała w fantastycznej atmosferze, a nie w zgniliźnie wiecznego narzekania.

Kochajmy siebie trochę bardziej

Wczoraj zauważyłam u siebie coś niepokojącego. Miałam właśnie wchodzić pod prysznic. W drodze do kabiny rzuciłam ostatnie przelotnie spojrzenie na kobietę w lustrze. I powiedziałam jej chłodno:

- Ależ jesteś okropna. 

Stanęłam jak wryta. Dokładnie w tej sekundzie dotarło do mnie, że praktycznie za każdym razem jak patrzę w lustro, jak myślę o sobie, powtarzam sobie to zdanie. Dotarło do mnie ile takich miłych słów dziennie od siebie słyszę. I że jest to już dla mnie tak normalne, że przestałam na to zwracać uwagę. Tym razem przedarło się to do mojej świadomości, bo nie miałam żadnego powodu, żeby tak siebie skrytykować, a i tak to powiedziałam. I zaczęłam się zastanawiać.

O czym myślę, kiedy myślę o sobie? O swoich błędach. O sytuacjach kiedy byłam niecierpliwa, złośliwa, wybuchowa, porywcza, niesprawiedliwa. Spekuluję jak postrzegają mnie inni. Mąż, rodzice, teściowie, córeczka, szwagier, przyjaciele… I wydaje mi się, że każdy patrzy na mnie tak jak ja. Że mają mnie za wredną, ohydną babę, którą niestety trzeba znosić, skoro już się przypałętała. Przeraziłam się, że może oni jeszcze mnie taką nie widzą, ale zaczną jeśli i ja nie zacznę patrzeć lepiej na siebie. Zastanowiłam się na ile nasza samoocena ma wpływ na to jak nas postrzegają inni i na to jak się zachowujemy.

No bo jeżeli cały czas powtarzam sobie, że jestem beznadziejna, okropna, niesprawiedliwa i niecierpliwa, to zamiast nad sobą pracować zaczynam przyjmować taki stan rzeczy za normalny. I przestaję się starać. Zamiast tego serwuję sobie ciągłe wyrzuty sumienia i kary w postaci obrażania siebie, co owocuje coraz gorszą samooceną. Błędne koło się domyka.

Nie mówię, że powinnam wychwalać siebie pod niebiosa, ale jak się tak dobrze zastanowić i popatrzeć na siebie z dystansu, to chyba nie jestem aż taka zła jak mi się wydaje. Nie jestem tak dobra jak chciałabym być, ale bez przesady, nie zasługuję chyba na to, żeby siebie regularnie policzkować i sobie dokopywać. Jakbym zareagowała gdyby to ktoś inny się tak w stosunku do mnie zachowywał? A gdybym to ja była taka dla kogoś innego? Czy więc uważam siebie za stworzenie niższego rzędu niż reszta ludzi, skoro tak pozwalam się poniżać? Czy jestem jakąś sadystką skoro trzymam siebie w psychicznym piekle ciągłej dyskryminacji?

Przyszły też refleksje natury religijnej. Pamiętam, że najważniejsze przykazanie Boga, przykazanie miłości, mówiło dokładnie: Będziesz kochał Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich. A bliźniego swego jak siebie samego. No właśnie. A bliźniego swego jak siebie samego

Poświęćcie ze mną chwilę na rozebranie tego na części. Bóg jest nieskończenie dobry, tak? Zostawia nam to przykazanie jak najważniejsze, tak? Czy Bóg chce więc, żebyśmy siebie nienawidzili i czy uszczęśliwi go jeśli będziemy w stosunku do siebie super-krytyczni? Czy to będzie pokora, czy brak miłości?  Nie sądzicie, że druga część zdania zostawia delikatną wskazówkę, że mamy siebie samych kochać i być dla siebie dobrzy? Co mówicie? Że to trąci ekstremalnym egoizmem? Przecież wyraźnie jest powiedziane, że póki bliźnich traktujemy tak samo dobrze jak siebie, to wszystko jest cud miód malina. Wygląda więc na to, że będąc okrutna dla siebie, nie wypełniam najważniejszego przykazania, które zostawił mi mój Bóg tak? I tak Herbata kruszy żelazną logikę ascezy jako formy służby Bogu :D Hahaha! Ale wróćmy jeszcze na chwilę do powagi ;)

Teraz odwróćmy trochę te słowa i zadajmy pytanie: jak ja mogę dać swoim bliźnim, swoim najbliższym nawet coś dobrego, skoro sama sobie tego nie potrafię dać? Skoro mam traktować bliźnich tak jak siebie, to broń ich ode mnie Panie Boże! Dlatego może najpierw powinnam zacząć traktować siebie tak ich. A wtedy wszystkim nam będzie lepiej.