Archiwa tagu: rodzicielstwo

Wieczorne spostrzeżenia matki

W książce „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, o której pisałam tutaj, jest taki ciekawy cytat. Autorka przytacza słowa swojej koleżanki, Francuzki, która mówi, że wieczorem po całym dniu nie chce już widzieć zabawek swoich dzieci w innych pomieszczeniach w domu. Muszę przyznać, że z jednej strony ją rozumiem. Człowiek chce się zrelaksować po męczącym dniu a tu – bach! – nadeptujesz na piszczącego misia, drugą stopą na piłeczkę, przewracasz się, suniesz majestatycznie dwa metry na pozostawionym na środku pokoju jeździku i z gracją lądujesz w nieuprzątniętym zamku z klocków. 10 na 10!

Niemniej ja sama mam trochę inne odczucia. Usypiam Ewę, wychodzę z jej pokoju i mój wzrok trafia na:

a) jeden różowy bucik, rozmiar 19, pozostawiony na biurku,

b) plastikową, nakręcaną żabkę, która ma akurat przerwę w skakaniu, również pozostawioną na biurku,

c) zabawkowy kręgiel, koloru fioletowego koło misek z psim jedzeniem,

d) plastikowe kółeczko z wieży wkopane pod biurko,

e) krasnala – magnes na lodówkę zażywającego relaksu na stoliczku, obok zegara,

f) jeździk zaparkowany tuż koło drzwi do pokoju dziecięcego, (zapewne, żeby właścicielka mogła go użyć zaraz po wstaniu),

g) lalkę porzuconą w dziwacznej pozie koło naszego łóżka,

h) dowolny przedmiot niewielkich rozmiarów ułożony troskliwie w nocniku,

i) kolorowego bąka przewróconego na bok i czyhającego na naiwniaka, który nadepnie go łamiąc tym samym pręcik napędowy (ha! niedoczekanie podstępny bąku, ty!),

j) kilka magnesów, które zamiast grzecznie trzymać się lodówki zostały schowane pod leżący pod nią dywanik, (na później),

k) dywan upstrzony klamerkami (to ostatnio zabawkowy hit – koszyczek z klamerkami).

Co ciekawe naprawdę to lubię :) Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży czekałam na to. Na ten moment kiedy Ewa wygospodaruje sobie swoje własne miejsce w naszej przestrzeni. Kiedy cały dom będzie naznaczony jej radosną obecnością. Cieszy mnie to, a takie „znaleziska” mnie rozczulają :) Przyjdzie niedługo moment, kiedy zacznie mi pomagać w sprzątaniu, ale to jeszcze nie teraz. Jeszcze jest na etapie wyciągania, a nie wkładania. Ale powoli oswajam ją ze sprzątaniem, zapraszam mówiąc wieczorem „Chodź Ewuniu, teraz powkładamy zabaweczki do pudełka, tak? Pomożesz mamie? I siuuup! Zobacz, klocek ląduje w pudełku.” Nie chciałabym wprawdzie utonąć w morzu zabawek zostawionych beztrosko przez dziecko w całym domu, ale nie chciałabym też nie mieć ani jednego namacalnego „dowodu”, że moja mała szkrabo-szelma cały dzień tu kitkowała :)

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Garść inspirujących cytatów

Są dwie drogi aby przeżyć życie: żyć tak jakby nic nie było cudem, albo tak jakby cudem było wszystko.

Jeśli kapitan okrętu nie wie, do której przystani chce przybić, to żaden wiatr nie będzie mu pomyślny.

Jak bardzo zależymy od ludzi, którzy od nas zależą. Ten silny jest całkowicie bezbronny wobec tego słabego. Bo ten słaby mu zaufał i już nie może być zostawiony. Kochać tę maleńką istotę to w sposób nieunikniony od niej zależeć, to dawać jej „wszechwładzę” nad sobą.

Ostrożni żyją dłużej od odważnych. Umierają mniej tragicznie. I rzadziej przy tym krzyczą ze strachu.

Kiedyś na pewno zmądrzeję, ale to jeszcze nie pora na takie wybryki.

Kiedy decydujesz się na dziecko, zgadzasz się, że od tej chwili Twoje serce będzie przebywało poza Twoim ciałem.

Gdy człowiek umiera nie pozostaje po nim na tej ziemi nic oprócz dobra, które uczynił innym. 

Są ludzie nieuleczalnie okaleczeni, których chciwość i próżność skaziła tak głęboko, że nie ma żadnego sposobu, aby zbliżyć się do ich chorej duszy.

Every man dies. Not every man really lives.

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. 

Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że nasz dom był domem prawdziwie szczęśliwym. W dużej mierze dzięki mojemu ojcu, człowiekowi niezwykle zgodliwemu. Dzisiaj ta zaleta nie bywa mocno podkreślana.

Jak to powiedziała pewna stara Irlandka o swoim mężu: – On jest moją prawdziwą głową. – Właśnie tego potrzebuje kobieta. Musi czuć, że małżonek jest człowiekiem prawym, że może na nim polegać i cenić sobie jego zdanie, że w razie konieczności jemu można pozostawić podjęcie trudnej decyzji. 

Dziwne wydaje mi się twierdzenie, że jest coś chwalebnego w pracy. Dlaczego? [...] Praca to kwestia ekonomii i konieczności, dlaczego zatem miałaby być czymś chwalebnym?

Matka na poligonie

Przy ostatnim wpisie podejmując próbę sklasyfikowania różnych rodzajów macierzyństwa nie napisałam o macierzyństwie poligonowym. A to dlatego, że każdy z pomniejszych rodzajów wpisuje się w ten jeden uniwersalny.

Matka jest jak świetnie wyszkolony żołnierz, a dom to jej codzienny poligon. Matka ma wiele blizn wojennych – rozstępy, siniaki i ślady po ugryzieniach, (Kitka wprawdzie ma dopiero dwa zęby ale już zdążyła je zacisnąć na moim palcu z taką siłą, że spuchł na cały wieczór) i otarcia. Matka ma prawdziwe pagony – przynajmniej dopóki trzyma dziecko pionowo do odbicia po jedzeniu – wyciąga z szafy piątą z rzędu bluzkę i okazuje się, że ta również jest wyposażona w malownicze blado-białe pagony nadane przez Małego Generała. Matka magazynuje łupy wojenne – wszystkie piękne wspomnienia – nie tylko w albumach i pudełeczkach z pamiątkami, ale też w pokaźnych worach pod oczami. Matka jest jednocześnie kronikarzem wojennym, bo wszystko skrzętnie spisuje w pamiątkowych albumach dla swojej pociechy i dla siebie na starość. Matka walczy jak lwica z wszystkimi Wiedzącymi Lepiej, z lekarzami, urzędami, przedszkolami i innymi rodzicami o prawa swojego dziecka. Matka jest najlepszym i najważniejszym szkoleniowcem dla swojego dziecka. To ona nauczy je jak samemu walczyć o siebie i swoich bliskich.

Nasz codzienny poligon jest prawdziwym majstersztykiem. Tor przeszkód z Zabawek i Dziecięcych Rzeczy, Bałaganu Własnego i Obowiązków Stałych, do którego wciskamy ruchomy punkt: Relaks (często wyrzucany) i dla lepszej nauki organizacji dodajemy ograniczenie czasowe. Tak więc usadzamy Generała w strategicznym miejscu, z którego będzie mógł obserwować całe pole bitwy i miotamy się sprzątając Bałagan Własny, Bałagan w pokoju dziecięcym, (który jak na razie poniekąd też jest własny), latamy ze szmatą przepłaszając wszystkie kurze, układając ciuchy, książki i drobiazgi, wynosząc rzeczy do zmywania, do prania. Potem zmieniamy miejsce i sadzamy Generała przed łazienką, w której to myjemy wanienkę, zabawki, szykujemy pranie. Mycie „dorosłej” części łazienki zostawiamy na czas kiedy Generałem zajmie się babcia, żeby nie zatruł się bojowymi gazami Tytana, Clina i Domestosa. W błędzie jest ten kto sądzi, że Generalicja zajmuje się biernym obserwowaniem toczących się wojen. Dowództwo lubi zmieniać miejsce pobytu i domaga się tego głośno i nachalnie. Zatem z bujaka przenosimy się na matę, a z maty do jeździka. Wszystkie trzy Sztaby łączy wspólna cecha – Generał w nich pozostawiony to Generał znudzony – czasami więc trzeba jednocześnie toczyć boje i dostarczać rozrywki. A czasami przerwać boje i dostarczać większej ilości rozrywki.

Prawdziwe przeszkolenie wojskowe zaczyna się jednak wieczorem. I mam na to dowód. Ostatnio moja Generalicja miała ciężki wieczór z zasypianiem. Najpierw było 50 podejść, żeby zjadła kaszkę. Udało się do połowy. Od połowy butli ani rusz. Ponieważ znam moje dziecko i wiem, że po połowie kaszki uda mi się przespać połowę nocy musiałam znaleźć inny sposób na wpompowanie w nią reszty. Zabawa przeniosła się więc do łóżeczka. Czytałam jej bajkę i mniej więcej w połowie podawałam kaszkę. Piła łapczywie po czym stanowczo odsuwała butelkę. Czytałam więc dalej. Po skończonej bajce kolejna próba. Udana. Weszło jeszcze trochę. Zaczęła następną historyjkę i znów w połowie proponowałam kaszkę – znów się udało. Jeszcze raz i cała butla została wciągnięta. Zwycięstwo! Ale Generał odmówił dalszej współpracy i zasnąć nie chciał. „Popsułaś sobie dziecko na własne życzenie to teraz masz!” – zgrzytnęłam w duchu zębami próbując sobie przypomnieć dlaczego właściwie nauczyłam moje grzecznie śpiące w łóżeczku dziecko zasypiać na rękach. I to w momencie kiedy osiągnęło 7 kg wagi i systematycznie dokładało kolejne. Rzuciłam tęsknym okiem w kierunku rozłożonego łóżka, na którym wyłożył się już M. prezentując w całej okazałości swój nagi tors. „Trudno,” – westchnęłam wiedząc, że uśpienie małej na rękach będzie szybsze, – „naukę samodzielnego zasypiania zaczniemy od jutra.” Sapnęłam, stęknęłam i dźwignęłam 8 kilo Szczęścia na ręce. Piątą kończyną włączyłam kołysanki i zaczęłam rytmicznie bujać Mleko kontrolując spod oka zmniejszający się kąt między jej górną a dolną powieką. Udało się! Odłożyłam ją ostrożnie do łóżeczka… Nie dość ostrożnie najwyraźniej, bo obudziła się i – stwierdzając widocznie, że tego nie zauważyłam – nadała sygnał dźwiękowy, aby mnie o tym poinformować. No to jeszcze raz – stęknięcie, sapnięcie, dźwignięcie, bujanie, i deeeeliiiikaaaaatneee odkładnie. Syrena alarmowa znów zawyła. Westchnięcie – stęknięcie – sapnięcie – dźwignięcie – bujanie i… nie tyle odłożyłam dziecko co teleportowałam ją z moich ramion na materacyk. Czekam. Cisza. Triumf! Oto dziecko śpi i mogę pofrunąć na skrzydłach miłości do męża, aby oddać się rozkoszom cielesnym! Pełna optymizmu wtańczyłam się do pokoju i… uśmiech z twarzy zmyło mi donośne pochrapywanie M. No cóż. Westchnęłam sobie pod nosem i stwierdziłam, że skoro z uciech cielesnych nici to chociaż pójdę wyparzyć smoczki, (dla jasności – mamy ich 4, z czego wyparzane miały być dwa.) Czekając aż woda się zagotuje usłyszałam ciche, ale niepokojące pomiaukiwanie nadawane z Dowództwa. Weszłam więc cicho do ciemnego Sztabu i z ulgą zauważyłam, że to tylko Generał szuka smoczka, który wypadł. Szybki rekonesans upewnił mnie, że zguby nie ma nigdzie na materacyku – musiała więc znajdować się pod łóżeczkiem. Podałam Generalicji ostatni czysty smoczek i schyliłam się w poszukiwaniu poprzedniego. Pod łóżeczkiem stoi waga dla niemowląt i przenośny przewijak w formie małej walizeczki, więc, żeby odnaleźć Zaginionego w Akcji musiałam któreś z nich odsunąć. Na pierwszy ogień poszedł bardziej prawdopodobny przewijak. Pociągnęłam to-to, ale cholerstwo wydało w połączeniu z dywanem szuranie, które rozeszło się echem po cichym pokoju. Spojrzałam zaniepokojona na pogrążonego we śnie Generała, ale nie drgnęła mu nawet powieka, więc uspokojona pociągnęłam jeszcze raz. Sięgnęłam zagubiony smoczek, ale w momencie kiedy już go wyciągałam coś innego musiało zakłócić sen Dowództwa, bo usłyszałam przeciągłe jęknięcie i nagłe poruszenie w łóżeczku. Zrobiłam wręcz wzorowe „padnij!” i nie oddychając poczekałam na pewność, że dziecko dalej spokojnie śpi. Wtedy powoli wstałam i bezszelestnie wycofałam się z Poligonu.

I niech mi ktoś powie, że matka nie sprawdziłaby się jako komandos ;)

Matka przeciętna

Mam paskudne wrażenie, że jestem niemodną matką. I zawartość mojej szafy nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o moje podejście do rodzicielstwa. Jakieś takie… mało zaangażowane się wydaje. Przeciętne. Nie zdeklarowane. A ostatnio modne jest być w jakiś sposób awangardową, inną. Pomijam fakt, że każdy kto chce być inny i awangardowy w końcu nieuchronnie trafi do grupy ludzi, którzy też chcą i razem stają się mainstreamowi. Ad rem.

Gdybym chociaż była matką… eko! Stosowałabym ekologiczne pieluchy, albo wychowywała bezpieluchowo – przyjaźnie dla środowiska i naturalnie dla dziecka. Nosiłabym dziecko w chuście – ekologicznej, wygodnej, pozwalającej na bliskość z matką, znaczne odchudzenie jej portfela a przy okazji i jej samej kiedy to będzie się wściekać i pocić próbując zawiązać to cholerstwo!!! Robiłabym samodzielnie środki czyszczące na bazie octu i wyszukiwała eko-produkty żywieniowe serwując kolejną kurację odchudzającą portfela. Hmm… Nie, nie dla mnie.

Ale może mogłabym zostać matką nieszczepką! Czyli taką, która dzieci nie szczepi. Albo wszechszczepką! Czyli dla odmiany taką, która szczepi na wszystko na co tylko może. Odpada. Na pierwsze nie pozwoli mi strach, a na drugie strach.

To może zostanę matką nowoczesną. To akurat powinno być proste – wystarczy uważnie czytać gazety o dzieciach i stosować się do wszystkich rad. Makulatura zalega sobie w ładnym stosie zbierana skrupulatnie i czytana od deski do deski już w czasie ciąży, więc tu problemu być nie powinno. Tym sposobem zaczęłabym myć dziecko co drugi, albo co trzeci dzień, żeby nie zmywać płaszcza lipidowego. Przeniosłabym grzecznie śpiącą w swoim łóżeczku Kitkę do naszego małżeńskiego łoża, bo tak lepiej dla rozwoju dziecka, stosowałabym przy karmieniu metodę BLW… Kurde, na cyca już za późno! Mogłabym w sumie spróbować jeszcze pobudzić laktację…

Albo zostanę matką bzową! Będę dziecko wychowywać bez. Bez smoczka, bez butelki, bez telewizora, bez komputera, bez usypiania na rękach, bez spania z rodzicami, bez szczepień, bez jedzenia ze słoiczków, bez pieluch, bez codziennej kąpieli. Oszczędnie i awangardowo.

Jest jeszcze opcja matki naturalnej. Nie mylić z ekologiczną. Matka naturalna robi wszystko tak jak natura chciała. Rodzi, pielęgnuje, wychowuje. Daje dziecku naturalny wybór naturalnych produktów żywieniowych. Karmi tylko piersią, bo przecież inne karmienie prowadzi do kalectwa. Zabawki – tylko z naturalnych materiałów i jak najmniej edukacyjne, bo dziecko z natury samo się edukuje. Naturalne wspieranie rozwoju dziecka. Naturalna odporność. Naturalne zabawy. Czas na nocnik? Kiedy dziecko samo będzie gotowe. Czas na jedzenie? Niech samo wybierze co chce jeść. Pożegna smoka kiedy samo będzie gotowe. Naturalnie. Czyli oczywiście.

A tu klops. Jestem matką przeciętną. Niczym się nie wyróżniam niestety. Szczepię dziecko, ale tylko szczepionkami obowiązkowymi. Sadzam na nocnik odkąd stabilnie samo siedzi. Karmię mieszanką mleczną prawie od początku. Obiadki dostaje na przemian gotowe i domowe. Nie śpi z nami w łóżku. Oglądam telewizję przy karmieniu przez co i Kitka na nią czasem patrzy. Za pieluchy mam pampersy. Myję małą codziennie. Nie daję jej obiadków do wyboru. Zjada to co dostaje. Ciągnie sobie smoka do spania. Popełniam same błędy, z której strony by nie patrzeć. Nie jestem eko. Bzowa jestem tylko po części. Naturalna też. I nowoczesna. W całości jestem tylko… przeciętna. Niemodna, szara mysz macierzyństwa. Kończę z ironicznej otchłani depresji.

A wy znacie jeszcze jakieś ciekawe typy? ;)

Wyjaśnienie: nie chciałabym, żeby niektórzy z was poczuli się urażeni, bo z pewnością chociaż częściowo należycie do wymienianych przeze mnie kategorii. To co wyśmiewam w tym poście, to próba dopasowania się do jednej z wyżej wymienionych grup, nie dla dobra dziecka, ale dla własnej próżności i chęci wyróżniania się. Przesada jest szkodliwa we wszystkim. Czy też, jak to mówiła moja babcia, nadgorliwość – gorsza od faszyzmu ;)