Archiwa tagu: rodzice

Słomiane sierotki

Jak wiecie, (pisałam o tym tutaj), mieszkamy z moimi rodzicami. Ostatnio wyjechali na pięć dni na zasłużony odpoczynek i zostaliśmy na gospodarstwie sami. Pięć dni to odpowiedni kawałek czasu, żeby wydać osąd jakby to było gdybyśmy mieszkali tylko we trójkę już na stałe.

Po pierwsze miałabym dużo więcej obowiązków. To się, oczywiście, rozumie samo przez się, bo jednak z mamą dzielimy się obowiązkami domowymi, których to komplet został przekazany na te kilka dni w moje ręce. Nie ma z tym większego problemu. Prawdę mówiąc spodziewałam się po sobie większego rozmemłania. Tymczasem okazało się, że jestem lepiej zorganizowana niż się o to posądzałam i mimo wszystko znalazłam czas na sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się Ewą i czytanie książek. (Nowa dostawa z biblioteki. Szał literacki.) Chociaż M. zdradziecko i kusicielsko zaproponował, żebyśmy jeździli na obiady do jego mamy. Teściowa osobiście nam to zaproponowała. Moja mama też poparła. A ja się zaparłam i stwierdziłam, że prędzej zjem własne cycki niż zniżę się do tego poziomu. Jeszcze czego? Żeby potem każdy mówił: tak, tak, pewnie, „mogłaś ale nie chciałaś” gotować obiadów, jaaaasneee ;) ” Nie ma mowy. Phi.

Po drugie mielibyśmy z M. dla siebie dużo mniej czasu. W tej chwili jeżeli potrzebujemy czasu dla siebie, lub chcemy gdzieś razem wyjść, zostawiamy Kitkę z rodzicami. Nawet jeżeli wcześniej ją kąpiemy i usypiamy to i tak nie zostawiamy jej przecież samej tylko ktoś musi przy niej być. Dlatego dziadkowie na miejscu są po prostu nieocenieni. Nie musimy rezerwować sobie ich czasu wcześniej, możemy zdecydować się nawet w ostatniej chwili. Oprócz tego w chwilach kompletnego wycieńczenia kiedy nie stać nas na nic więcej poza ślinieniem się z bezmyślnym wyrazem twarzy też możemy liczyć na świeże pokłady dziadkowych sił. Czy poradzilibyśmy sobie bez nich? Jasne, że tak. Ale po co?

Po trzecie, ostatnie i najważniejsze – byłoby niesamowicie, nieopisanie, beznadziejnie… pusto. Zwariowałabym przez te pięć dni gdyby M. nie miał jeszcze chorobowego po złamaniu. Dzięki temu w dzień było normalnie. Ale wieczorami i tak chodziliśmy po pustym domu mijając ciemne pokoje. Było niepokojąco i nieprzyjemnie. Zimno. Pusto. Cicho. Wiem, że kiedyś niestety przyjdzie czas, że tak będzie już codziennie. Nie wiem jak sobie z tym poradzę. Nie wiem jak przywyknę. Mam nadzieję, że jeszcze dużo wody upłynie zanim takie dni nadejdą. Mam nadzieję, że Ewa będzie już dorosła i będzie miała własne dzieci. Mam nadzieję, że będzie mieszkała z nami, choć jeśli nie będzie chciała to nie będę jej zatrzymywać ani przekonywać. Bo poza wszystkim, pomijając kwestię podziału obowiązków, pomocy przy dziecku, nieuniknionych niesnasek itd., po prostu kocham tą typowo domową atmosferę – pełną chatę, głośne śmiechy, różne opinie, rozmowy, żarty…

Powiedziałabym, że nie wyobrażam sobie mieszkania tylko we trójkę, ale nie jest to prawda. Wyobrażam sobie. A nawet wiem jakby to wyglądało. I nie jestem zainteresowana. Kocham moją małą rodzinę w składzie: Kawa, Herbata, Mleko i żywo odczuwam jej odrębność. Ale ta odrębność nie kłóci się z symbiozą w jakiej żyjemy w większej grupie. Powiedziałabym nawet, że bez niej traci swój pozytywny wydźwięk. Dla mnie. Dla nas.

O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka, zafundowaliśmy sobie wyjazd do Sulistrowiczek pod Ślężą. Pojechaliśmy wszyscy, czyli my z Kitką i moi rodzice, z którymi mieszkamy. I tym sposobem znalazłam wreszcie motywację i inspirację, żeby napisać o rodzinie wielopokoleniowej.

Rodzina wielopokoleniowa jest jak karmienie piersią. Dokładnie.

Naturalna, bo od zarania dziejów ludzie żyli w gromadach, a w nich w grupach rodzinnych składających się zazwyczaj ze starców, dzieci i tych co pośrodku ;) Długo to było później jeszcze szeroko praktykowane, obecnie mam wrażenie, że stało się to „niemodne” i trochę nie na miejscu, bo jeżeli ktoś nie pójdzie „na swoje” to dowodzi swojego braku zaradności życiowej i nadmiernego przywiązania do spódnicy mamusi.

Wymaga trochę wysiłku i wyrzeczeń. A co w życiu nie wymaga? Zakładanie swojej rodziny z dala od starego gniazda jest też ciężki, bo człowiek musi sobie ze wszystkim radzić sam, lepiej zorganizować się czasowo i finansowo… Ale widzę, że dla niektórych ludzi to wszystko jest jednak łatwiejsze niż sztuka wspólnego życia z rodzicami, (lub teściami), która wymaga lepszych umiejętności rozwiązywania konfliktów, dzielenia przestrzeni, ciągłej konfrontacji – rozbieżnych często – poglądów i dostosowania się do nich, a czasami dostosowania ich do siebie. To wszystko nie przychodzi samo z siebie. O to trzeba zadbać. Celowo piszę „zadbać”, a nie „walczyć”, bo doświadczenie nauczyło mnie, że niezmiernie rzadko w rodzinie walka daje dobre rezultaty. I uważam, że łatwiej jest stanąć i zawalczyć o swoje poglądy, swoje wybory, swoje racje, niż przeprowadzać obustronny proces dyplomatyczny zakładający ustępstwa i częste chowanie dumy do kieszeni. Kiedy mieszkamy osobno – nie ma problemu, żeby się pokłócić, każde wróci do siebie, ochłonie, ponarzeka do innych i za jakiś czas się pogodzą. Kiedy mieszkamy razem widzimy siebie praktycznie cały czas, więc kiedy zacznie się konflikt nie ma od niego „przerwy”. Trwa cały czas i cały czas rodzi nieustanne napięcia dopóki się nie zakończy. Zdaję sobie sprawę, że rodziny mieszkające osobno też przeżywają konflikty, też im to „leży na wątrobie” dopóki się nie skończy, ale prawdą jest, że nie myślą o tym non stop. Mają inne zajęcia, obowiązki, które zmuszają ich, żeby chcąc nie chcąc oderwali się na moment od problemu. We wspólnym domu natykamy się cały czas na siebie nawzajem, wspólnie wykonujemy te obowiązki i nie ma możliwości odłożenia kłótni na jakiś czas na półkę. Jest to niewątpliwy minus, bo atmosfera potrafi być naprawdę ciężka. Jest to też plus, bo dzięki temu każda, nawet najpoważniejsza kłótnia, bardzo szybko znajduje swój finał. Ludzie są po prostu zmuszeni, żeby porozmawiać o problemie i go rozwiązać. Dzięki temu – nikt mi nie wmówi, że jest inaczej – ludzie żyjących w rodzinach wielopokoleniowych są fantastycznymi dyplomatami i potrafią szybko zażegnać konflikty.

Bywa trudna. Jakby nie było to są trzy pokolenia, trzy spojrzenia na świat i każdą jedną sprawę. Ba! Żeby tylko! Życie byłoby mlekiem i miodem płynące gdyby każda sprawa rozgrywała się na płaszczyźnie rodzice – dzieci. Niestety nie. Często zdarza się, że matka i córka mają jedno zdanie, a ojciec i zięć drugie. Albo matka i zięć. Albo córka i jedno z rodziców, a drugie się wstrzymuje. Albo zięć i teściowie kontra córka / żona. Albo córka z rodzicami kontra zięć / mąż. Różnie bywa. Niezliczona ilość kombinacji. Dojdzie jeszcze więcej kiedy i Kitka zacznie się upominać o swój udział. W każdym razie w tak zagmatwanych sytuacjach wszystko jest bardzo delikatne, bo napięcia obarczają relacje rodzic – dziecko, ale też relacje partnerskie między mężem a żoną. Często zmusza nas to do prowadzenia dysput „na dwa fronty.” Często w jednym czasie. Ale nie tylko to jest kłopotliwe. Jest mnóstwo drobnych kwestii sprawiających trudność. Np. wyczucie kiedy korzystamy z pomocy rodziców, a kiedy już ich wykorzystujemy. Albo z drugiej strony: kiedy dajemy dzieciom rady, a kiedy wtrącamy się w ich życie. Albo: druga para mocno się pokłóciła – zignorować nie da rady, w dodatku mamy swoje zdanie. I co dalej? Porozmawiać z nimi? A czy to na pewno nasza sprawa? A jeżeli porozmawiać to jak dalece odsłonić swoje zdanie, żeby nie wziąć czyjejś strony i nie zaognić konfliktu? Jak go załagodzić, żeby osoba, która nam się żali nie poczuła, że stoimy po stronie tego drugiego? Co zrobić kiedy pocieszanie ociera się o zajmowanie stanowiska po jednej ze stron? Mamy też kwestię dopasowania planów, zorganizowania czasu tak, żeby każdy mógł zrealizować swoje indywidualne plany… Jest mnóstwo drobiazgów.

Daje nam to co najlepsze. Zupełnie jak karminie piersią życie w rodzinie wielopokoleniowej daje nam wiele cennych umiejętności: dyplomacja, wysoko rozwinięta umiejętność współżycia z innymi, dzielenia się nie tylko przedmiotami materialnymi, ale też czasem, miłością, uwagą, poglądami, radami, wyznaczania i zachowania własnej przestrzeni – zarówno mieszkaniowej jak i umysłowej, elastyczność, kompromisowość i wiele innych. Oprócz tego korzystamy z wzajemnej pomocy. Najpierw rodzice pomagają dzieciom, (np. tak jak teraz u nas – przy dziecku), a potem dzieci zajmują się rodzicami na starość.

Od kiedy wyszłam za mąż, a na świecie pojawiła się Kitka jeszcze bardziej doceniam to nasze stadne mieszkanie. Większość wątpliwość dotyczących pielęgnacji niemowlaka rozwiewa mama, daje dobre rady, ale też możliwość nie skorzystania z nich, jest z nami cały czas, więc nawet jeżeli mi coś umknie to jest duża szansa, że ona to wychwyci, pomaga mi kiedy jestem zmęczona, muszę coś pilnie zrobić, albo po prostu kiedy chcemy z M. mieć czas dla siebie – czy to w domu czy na randce.

Nie każdy się do tego nadaje. Nie wszyscy rodzice dobrze sprawdzą się w roli tych mieszkających z dzieckiem i jego partnerem. Nie każde dziecko będzie się czuło szczęśliwe mieszkając z rodzicami. Nie chodzi mi w całym tym tekście o udowodnienie, że mieszkanie młodego małżeństwa z rodzicami jest lepszym rozwiązaniem, ale o obalenie mitu, że to dowód nieudolności. Nie czujcie się więc atakowani z tego powodu, że wyprowadziliście się z domu.

Niektórzy uważają mieszkanie razem za dziecinne, za przejaw braku dojrzałości. Niektórzy uważają, że takie osoby nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Niektórzy uważają, że to katorga.

Niektórzy się mylą.

Wyjaśnijmy coś sobie. Mieszkanie z rodzicami ma plusy i minusy. Mieszkanie samemu ma plusy i minusy. Jedni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie opuszczenia rodzinnego gniazda. Inni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie poszerzenia tegoż gniazda o swoją własną rodzinę. Na wybór składają się preferencje i warunki. Ale przede wszystkim preferencje. Bo tam gdzie wola jest i sposób.Ale gdzie takiej woli brak… tam… inny sposób.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca to pewnie odnieśliście wrażenie, że rodzina wielopokoleniowa to głównie kłótnie i problemy. Nie dajcie się zwieść pozorom. Pisałam tak dużo o konfliktach, bo bez dobrze opanowanej umiejętności ich rozwiązywania i unikania nie da się żyć pod jednym dachem. Już z samym mężem i dziećmi jest to trudne, a co dopiero jeszcze z rodzicami czy teściami. Zarówno ja jak i mój mąż wychowaliśmy się w takich domach i dlatego mieszkanie z rodzicami jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Kiedyś analizowaliśmy naszą sytuację i doszliśmy do wniosku, że nawet gdyby było nas stać na wyprowadzenie się, (bo mieszkanie z rodzicami to także wielka ulga dla budżetu), nie zrobilibyśmy tego, bo nie wyobrażamy sobie zostania tylko we trójkę. Dla mnie to jest kwintesencja rodziny. Bronimy się nawzajem, tworzymy jedną całość. Rodzina wielopokoleniowa to ogromna dawka codziennej miłości i wsparcia, a także mnóstwo śmiechu i zabawy. To także wytchnienie kiedy tego potrzebujesz i porządny kopniak w tyłek kiedy tego potrzebujesz. To szkoła miłości i wybaczania na poziomie zaawansowanym. To spełnienie marzenia o dużej rodzinie nawet dla jedynaków.

„Kosmonautka” w DDTVN

Dziś rano w „Dzień Dobry TVN” wystąpili ludzie z wydawnictwa Poławiacze Pereł ze swoją książką „Kosmonautka”.

http://2.bp.blogspot.com/-Tw7M-DR_B9U/UzRgf7eygKI/AAAAAAAACY0/aPQNze1-FdQ/s1600/kosmonautka_okladka_wojciechowska.jpg

Książeczka traktuje o mamach wykonujących zawody zdominowane przez mężczyzn. Jest to pierwszy z trzech tomów. Czwarty ma być o ojcach wykonujących zawody sfeminizowane. Nie interesuje mnie publiczne zapotrzebowanie na tego typu lektury krzewiące tolerancję. Nie zamierzam się wypowiadać o istocie tego produktu. Jest mi to prawdę mówiąc w 100% obojętne. To o czym chciałam napisać to wypowiedź gości DDTVN – wspomnianych wyżej ludzi w wydawnictwa – na temat tego dziełka.

Otóż Pani stwierdziła, że pierwszy tomik z serii opowiada o matkach w zawodach z górnej półki dziecięcych marzeń, związanych z wiedzą i władzą”  tj. neurochirurgach, prezeskach banków, kosmonautkach itp. I to mnie zainteresowało.

To dzieci marzą, żeby zawody ich rodziców, (nie tylko matek), były związane z wiedzą i władzą??? Pierwsze słyszę prawdę mówiąc. Z tego co wiem to raczej dzieci same marzą o takich zawodach, dla siebie. Natomiast rodziców chciałyby chyba mieć w domu. Blisko siebie. No chyba, że każde rozsądne dziecko marzy o rodzicach z prestiżowymi zawodami i błyskotliwymi karierami. Szczytem dziecięcych marzeń przecież jest mieć zamiast czasu spędzanego z rodzicami kupę kasy, tak? Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mówię, że taki neurochirurg, (lub PANI neurochirurg), to automatycznie zły rodzic, bo nie ma czasu dla dziecka. Pewnie go znajdzie, w końcu dla chcącego nic trudnego. Tam gdzie wola jest i sposób. Ale choćby stawała na rzęsach tego czasu będzie mniej niż u rodzica wykonującego jakiś pośledni, (pogardzany?) zawód, np. instruktora jazdy.

Naturalnie zaraz nasuwa się przykład matek i ojców harujących na dwie, trzy zmiany, zarabiających grosze i ledwo wiążących koniec z końcem i również nie mających zbyt wiele czasu dla dzieci. Ja się zgadzam, że i tak bywa. Dlatego nie mówię, że dziecko woli mieć rodzica na niższym stanowisku. Ja po prostu twierdzę, że jemu to jest obojętne. 

Pamiętam jak byłam w przedszkolu. Szczytem moich marzeń dotyczących kariery mojej mamy było stanowisko… przedszkolnej kucharki. Dlaczego? Bo jadłabym wtedy same dobre rzeczy i co najważniejsze - miałabym ją cały czas blisko! 

Pamiętam jak byłam w podstawówce. Była w klasie taka dziewczyna – córka pani chirurg, (sorry, słowo „chirurżka” nie przechodzi mi przez gardło). Była strasznie agresywna i wściekła na cały świat. Wywodziło się to właśnie z tego, że jej matka nie miała dla niej czasu. Dzień Matki, szkolne przedstawienia, wycieczki, nawet głupie odprowadzanie na basen – wszystko to powodowało grymas bólu i wściekłości kiedy zamiast mamy widziała tam babcię. Babcię, którą znienawidziła za to, że zajmowała jej miejsce mamy. Dziewczyna chwaliła się owszem, że ma mamę chirurga, że jeżdżą na wakacje do Kenii i mają kasy jak lodu. Szkoda tylko, że nie była szczęśliwa. Kiedyś w kłótni wyśmiała mnie, że mój ojciec jest tramwajarzem. A ja zamiast się wściec poczułam jak opadają ze mnie wszystkie negatywne emocje. Zrobiło mi się jej zwyczajnie żal, więc zamiast kłócić się dalej zawinęłam się i poszłam sobie. Nie zabolało mnie to, nie zawstydziło, nikt z obecnych, nawet stojących wcześniej po jej stronie jej nie poparł.

Jako dzieci wiedzieliśmy to czego – jak się wydaje dorosłym – muszą nas nauczyć. Że rodzic to rodzic. Że jest najważniejszy i najukochańszy i jest się z niego dumnym bez względu na wykonywany zawód i zasobność portfela. Bez względu na to czy to ojciec – pielęgniarz, czy matka – prezeska banku. Że jego wartości nie określa zajmowane stanowisko i posiadana władza tylko to czy nas kocha i czy nam to okazuje.

Mama jest wszechwiedząca. Tato jest wszechpotężny. Żadne wymysły świata dorosłych tego nie zmienią.