Archiwa tagu: noworodek

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Bright Starts i Baby Mix (aka Fisher Price) – ocena porównawcza bujaczków

Odświeżam starą funkcję bloga, czyli oceny artykułów dziecięcych :) Dziś będzie ocena porównawcza dwóch bujaczków, które miałam przyjemność używać. A właściwie Kitka miała tę przyjemność, bo ja – choć nie uważam się za grubą – dawno już przekroczyłam przepisowe 18 kg.

Bujaczek – leżaczek Bright Starts Comfort and Harmony, Hipopotam:

http://zabawkidoris.eu/userdata/gfx/4530f3e50a4a0317588726a11603b88b.jpg

zdjęcie

Leżaczek służy dzieciom o wadze od 3 do 9 kg, ma funkcję wibracji, kilka melodyjek, które można ustawić na dwóch poziomach głośności, dwustopniową regulację położenia, demontowany pałąk z zabawkami i odpinaną wkładkę dla niemowląt (widoczną na zdjęciu).

Wibracja i melodyjki zainteresowały Kitkę tylko na samym początku, kilka razy. Kiedy przestały być nowością, Ewa ordynarnie się nimi znudziła i bezczelnie je ignorowała. Melodyjki są dość ciche, co może być wadą (słabo je słychać, więc dziecko niezbyt się nimi interesuje), albo zaletą (nie doprowadzają rodzica do szewskiej pasji). Pałąk, (za który NIE należy przenosić bujaka), początkowo jej nie interesował, a potem kiedy była większa musiał zostać zdemontowany na stałe, bo zabawki latały jej po buzi kiedy próbowała siadać. Dwustopniowa regulacja położenia faktycznie jest przydatna. Dziecko albo leży, albo na wpół siedzi i każda z tych pozycji jest dla niego wygodna. W pozycji leżącej nawet zdarzało się mojemu dzieciowi zasnąć, więc najwyraźniej leżaczek był wygodny. Tapicerkę niestety niemiłosiernie trudno się zakłada, więc ściągnęłam ją do prania dopiero teraz, kiedy przeszliśmy na bujaczek o szerszym zakresie wagowym. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, że przecierałam ją mokrą gąbką i wszystkie plamy ładnie schodziły, więc łatwo się pierze. Z tym nie było akurat problemów. Bujaczek jest na solidnej metalowej ramie i ma porządne zapięcia, więc nigdy nawet przez chwilę się nie bałam, że się przewróci, to jest wielki plus. Kiedy Ewa zaczęła się wiercić i interesować wszystkim wokół, a nawet wyginać maksymalnie do przodu, żeby sięgnąć coś co leżało przed nią – bujak twardo stał w miejscu, a zapięcia nigdy nie dały mi powodów do obaw. Dobrze nam służył do tych dziewięciu kilogramów i trochę mi żal go sprzedawać, ale Kikulek rośnie. Mogę go z czystym sumieniem polecić, jeśli ktoś się nad nim zastanawia.

Bujaczek – leżaczek Baby Mix

http://www.wujekfranek.pl/public/gallery/78356/baby_mix_lezaczek_niemowlecy_0_18_kg_cena_hurt(2).jpg

zdjęcie 

Z tego cudeńka korzystamy dopiero od niedawna, ale jakieś spostrzeżenia jednak już są. Przede wszystkim bujak jest identyczny jak ten z Fisher Price, z tym, że cena jest odpowiednio niższa. Okazało się, że skończył się czas patentu FP na ten model, dlatego inne firmy też zaczęły go produkować. Bujaczek posiada funkcję wibracji, której nie używałyśmy, więc o niej nic nie napiszę. Wibracje to wibracje, wątpię, żeby nas czymś zaskoczyły. Melodyjka jest tylko jedna – uruchamia się kiedy dziecko pociągnie za jedną z zabawek. I tu niestety wielki minus, bo melodyjka jest dość przenikliwa i dla mnie osobiście wkurzająca. Pałąk można odwrócić tak, żeby nie przeszkadzał, jeżeli maluch nie ma ochoty się nim bawić. Niestety – nie wiem czy to cecha tego modelu, czy my mamy po prostu taki egzemplarz – odsunięty lubi „wracać” na swoje miejsce, także w chwilach bezczynności musi być demontowany. Prawda jest taka, że Kiki w zasadzie w ogóle się nim nie interesuje także przeszedł w permanentny stan spoczynku. Liczę, że może się ewentualnie przydać w jakiejś bardzo ciężkiej chwili, kiedy Ewa będzie rozmarudzona – zamontuję wtedy pałąk, zaskoczy ją to i zajmie choć przez chwilę. Innego zastosowania dla niego w tej chwili nie widzę.

Bujaczek ma cztery nóżki, które można rozłożyć, (na zdjęciu wszystkie są złożone) i wtedy przekształca się w leżaczek – krzesełko, na którym dziecko stabilnie siedzi, można je nakarmić itp. Spotkałam się nawet z opinią, że jest do niczego, bo kobieta zostawiła w nim 7-miesięczne, ruchliwe dziecko i wyszła z pokoju, a jak wróciła to synek leżał nakryty bujaczkiem. Poprosiłam o pomoc moją profesjonalną testerkę i w kontrolowanych warunkach sprawdziłam jak to wygląda w praktyce. Owszem, ruchliwe dziecko może się przewrócić razem z leżakiem, ale tylko jeśli przednie nóżki są złożone (jak na zdjęciu). Jeśli wszystkie cztery są rozłożone – leżaczek stoi stabilnie. Mimo usilnych prób Kikula, żeby zmienić ten stan rzeczy. Przy złożonych nóżkach można malucha przyjemnie kołysać. Za oparciem jest jeszcze jeden zatrzask. Zapięty podnosi je trochę do góry, tak żeby dziecko mogło się oprzeć na siedząco, a rozpięty pozwala mu opaść do pozycji leżącej. Tylne podpory można również wydłużyć, lub skrócić, wtedy bujak analogicznie przyjmuje pozycję krzesła, albo płaskiej kołyski. Haczyk jest taki, że kołyska ma ograniczenie wagowe do 9 kg. Jak widać zakres pozycji, które może przyjmować jest wystarczający dla dziecka od okresu niemowlęcego aż po siedzącego juniora.

Niezadowolona matka, o której pisałam powyżej, miała też żale, że dziecko ilekroć wstaje przy bujaczku kończy się to upadkiem i uderzeniem w głowę. No cóż. Bujaczek nie służy jako stabilna podpora dla wstającego dziecka. Z tego prostego powodu, że ma lekką ramę. Nie wyobrażam sobie przenoszenia go gdyby było inaczej, więc nie pozwalajcie dzieciom przy nich wstawać. Myślałam, że to oczywiste, ale… Sprawdziłam też spieralność tapicerki. Przetarta mokrą gąbką puszcza plamy. Do pralki jej nie wrzucimy, bo w siedzisku jest zaszyta deseczka – żeby mogło na nim usiąść cięższe dziecko. No chyba, że ktoś ma ochotę pruć, wyciągać deseczkę, prać i zaszywać z powrotem. Na zapięcia służące do przytrzymania malucha patrzę cały czas podejrzliwym okiem, bo wydają nie wydają mi się tak mocne jak te przy Bright Starts, ale jak na razie jest to podejrzliwość na wyrost, bo Kikul naprawdę robi kosmiczne ewolucje, obraca się na wszystkie strony i wygina jak może, a nic nigdzie nie puściło. Regulacja długości pasków ma oczywiście szerszy zakres niż przy poprzednim, bo ten bujaczek ma służyć dzieciom dłużej.

Podsumowanie

Pałąki są do niczego w obu bujakach. Albo dla nas są do niczego, bo ani jeden, ani drugi nie wzbudził zainteresowania Kikula. Prawdę mówiąc karuzelka nad łóżeczkiem interesowała ją niewiele bardziej i to chyba tylko z tego powodu, że się kręci, więc widać moje dziecko tak już ma. Bright Starts jest trochę cięższy niż Baby Mix, bo rama jest metalowa. Żadnego jednak nie nazwałabym szczególnie trudnym do przenoszenia z powodu wagi. Być może noworodkowi będzie wygodniej w pierwszym bujaczku, bo to jest materiał zawieszony na ramie, dzięki czemu w miarę dopasowuje się do dziecka. Ale z drugiej strony Baby Mix można przerobić na kołyskę, co powinno je bardziej ucieszyć niż zwykłe bujanie w Bright Starts. Dla rodzica nie ma różnicy, bo obie opcje zakładają napęd ręczny. Co najważniejsze oba bujaczki są bezpieczne, stabilne, łatwo spieralne i wygodne. Oba można łatwo przenieść, choć zajmują sporo miejsca w pokoju. Baby Mix ma może tę przewagę, że ustawiony w pozycji kołyski „spłaszcza się”, przez co można go postawić gdzieś pionowo, albo wsunąć pod łóżeczko.

Uważam, że oba są godne polecenia, a który będzie wygodniejszy w użytkowaniu to już muszą zadecydować rodzice :) Niby ekonomiczniej kupić jeden na dłużej, ale ja nie żałuję w sumie, że zaczęliśmy od Bright Starts :)

Dziecięca wyprawka – nasze kity

Było o hitach to teraz pora na obiecany post o kitach, czyli rzeczach, które były nieprzydatne, albo po prostu po zakupie okazały się być bublami.

1. Małe okrycia kąpielowe. Będąc w ciąży kupiłam do naszej dziecięcej wyprawki jedno małe okrycie kąpielowe i jedno duże. O ile duże służy nam do dziś i moje jedyne zastrzeżenie to rozdarcie przy kapturku, o tyle mały ręcznik bardzo szybko okazał się być do wyrzucenia. Niestety Kitka błyskawicznie z niego wyrosła. Ponadto nie był specjalnie niezastąpiony na samym początku, bo duży był równie dobry. W ogóle mamom zastanawiającym się nad kupnem osobnego ręcznika dla dziecka raczej bym to odradzała. W zupełności wystarczy normalny ręcznik kąpielowy. Trzeba tylko zwrócić uwagę na to, żeby nie był szorstki i oczywiście prać go w detergentach dla dzieci jeśli takich używacie.

Fot. z exclusivebaby.pl

Fot. z exclusivebaby.pl

2. Proszki dla dzieci. Ciuszki Ewy zostały pierwszy raz wyprane oczywiście jeszcze przed jej urodzeniem. Od tego pierwszego razu aż po dziś dzień używam do tego celu normalnego proszku do prania, a nie tego dedykowanego dla niemowląt i nic jej nie jest. Do płukania używamy wciąż płynu Jelp, ale zrobimy próbę przejścia na zwykły kiedy skończy nam się ta butelka. Myślę, że jeżeli dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą to kupowanie specjalnego proszku do prania jest zwyczajnie niepotrzebne.

Fot. z alejka.pl

Fot. z alejka.pl

3. Puder i krem dotyłeczny. I tu jak wyżej – rozumiem, że są dzieci, które muszą mieć pomazianą pupę, bo inaczej kwitnie niczym róża. Kikul akurat do tych dzieci nie należy na szczęście. Od samego początku nie miała żadnych zadnich problemów. Początkowo używałyśmy kremu dotyłecznego Nivea. W pewnym momencie zaczęłam czasami pomijać jego użycie, (kilka razy zapomniałam, kilka razy się bardzo spieszyłam i tak wyszło). W końcu krem był używany sporadycznie. I skoro nic się nie działo to czym prędzej go odstawiłam, bo po co smarować dziecięcą pupkę czymś co jest niepotrzebne? Kremik ostatecznie pożegnałyśmy chyba w trzecim miesiącu jej życia i definitywnie. Aha! A puder! Pudru użyłam raz – z Linomaga. Pośladki obsypały się piękną uczuleniową wysypką, więc też trafił na śmietnik.

Fot. z babynet.pl

Fot. z babynet.pl

4. Siedzisko do wanienki. Kurczę, tu mam mieszane uczucia czy siedzisko zasłużyło sobie na miejsce w kitach czy nie. Prawda jest taka, że dla noworodka to się kompletnie nie nadaje. Potem tzw. „rynienka” służyła nam mniej więcej przez dwa miesiące kiedy Ewcia była już większa i lubiła się bawić w kąpieli, czyli tak ok. 5 – 6 miesiąca. Nie musiałam się martwić, że kiedy nagle gibnie się do tyłu to natychmiast znajdzie się pod wodą. Ale teraz kiedy dziecko siedzi stabilnie znowu okazała się nieprzydatna, bo była dla ruchliwej Kitki niewygodna. W związku z czym została z wanienki wyeksmitowana. Początkowo Ewa miała syndrom odstawienia, który objawiał się tym, że przy myciu głowy był straszny płacz, protest, lament, kurczowe chwytanie się brzegów wanienki, albo dla odmiany podpieranie się rączką o dno za plecami. Normalna rzecz. Wszak ostatnie dwa miesiące miała w tym momencie pod plecami twardą, solidną podporę, a tu nagle kładą dziecko podpierając jeno wątłą matki ręką. To i nie dziwota, że rzeczone dziecko próbuje ratować swoje młode życie i głośno wzywa pomocy od kogokolwiek, kto nie jest aż tak obłąkany. Na szczęście te lęki już minęły i córa zaczęła ufać moim powtarzanym spokojnym i stanowczym głosem zapewnieniom, że „nic się nie stanie, kochanie, nic się nie może złego stać, bo mama cię trzyma i nie puści, obiecuję”. Także podsumowując: rzecz była przydatna, ale bardzo krótko. Kosztowała mnie w sumie kilkanaście złotych więc, źle na tym nie wyszłam. Niech każdy sam sobie oceni, czy kit czy hit.

http://img26.olx.pl/images_tablicapl/142128105_3_644x461_wkladka-siedzisko-do-wanienki-meble-dla-dzieci.jpg

Fot. z tablica.pl - oferta tu

5. Pieluchy wielorazowe. O nich pisałam osobny post tu. Dla nas kompletny niewypał. Nie będę się powtarzała i opisywała ich wad, każdy zainteresowany może zajrzeć do tamtego posta. Pampersy jednak rządzą. A niedługo zacznie rządzić tetra, bo będziemy się przestawiać ostro na nocnik. Zobaczymy jak wyjdzie :)

http://nocniki.com.pl/photos/hit-pieluszki-pieluchy-wielorazowe-gzooby-2-wk-3348982012.jpg

Fot. z nocniki.com.pl

6. „Pierwszy rok życia dziecka”. O ile jej poprzedniczka, czyli ogólnie znane z każdego amerykańskiego filmu i serialu „What to expect when you’re expecting”, czyli polskie „W oczekiwaniu na dziecko” była kiepska, o tyle ta to po prostu żenada. W obu przypadkach wszelkie zawarte w nich informacje można znaleźć w internecie łatwiej i szybciej, a w dodatku są obszerniejsze, nowsze i lepiej podane. Sorry, taki mamy klimat. W przypadku „Pierwszego roku…” dochodzi jeszcze ta wada, że duża część informacji w niej zawartych jest po prostu… niepotrzebna. Infantylna. Nie podoba mi się i odradzam jej zakup.

http://merlin.pl/W-oczekiwaniu-na-dziecko-Poradnik-dla-przyszlych-matek-i-ojcow_Heidi-Murkoff-Sharon-Mazel,images_big,23,978-83-7510-508-7.jpghttp://ecsmedia.pl/c/pierwszy-rok-zycia-dziecka-b-iext6791167.jpg

Fot. z merlin.pl i emipik.com

7. Rożek. Piękny, uroczy, śliczniutki, a bobas wygląda w nim słodko nie do wytrzymania. Prawda. Będąc w ciąży kupiłam dwa. Jeden usztywniany i absolutnie cudowny, a drugi mięciutki i też przepiękny. Z tego miękkiego Ewa korzystała może z pięć razy będąc zupełnym noworodkiem, a z usztywnianego może ze dwa, tylko dlatego, że uparłam się, że skoro kupiony to musi być użyty. A potem oklapłam i przyznałam się do porażki. Nie jest to po prostu przydatne. Dziecko najpierw jest za małe, potem nie chce w tym być, potem jest za duże i nie chce w tym być. Miękki rożek został złożony na pół i leży w wózku w celu „zmiękczenia podłoża docelowego”. I tyle jego zastosowania. Naprawdę, lepiej już zawinąć dziecko w kocyk jeśli lubi być czymś owinięte. Są jeszcze jakieś specjalne otulaczki, ale nie wiem, nie testowałam, więc się nie wypowiadam.

http://www.bewis.pl/images/images/rozek%20polar/IMG_2342.jpg

Fot. z bewis.pl

8. Rondo kąpielowe. Kiedy Kikul przechodził lęk separacyjny z siedziskiem kąpielowym i nie dawał się położyć do mycia głowy, musiałam na szybko opracować nowy sposób. Polewanie jej główki wodą na siedząco z jednoczesnym osłanianiem oczu okazało się beznadziejnym planem. Pomyślałam więc o rondzie kąpielowym. Cholerstwo okazało się równie bezużyteczne. Założyłam je Ewie i – raz kozie wio! – polałam jej główkę wodą. Wszystko pięknie spłynęło po oczach powodując strach, mruganie i prychanie. Wściekła ściągnęłam dziecku z głowy to ustrojstwo, pogryzłam dotkliwie, a następnego dnia rzuciłam nim w sprzedawcę. No dobra, ograniczyłam się do ściągnięcia tego g…(uzik wartego) i odłożenia go w miejsce gdzie nie będzie mnie kłuło w oczy i przypominało o niepotrzebnie wydanych pieniądzach.

http://www.mamaija.pl/product_images/3447_48665.jpg

Fot. z mamaija.pl

Wyprawka dziecięca – nasze hity

Ostatnio u Zuzi z Milly Me! natknęłam się na post o hitach i kitach i postanowiłam bezczelnie zgapić pomysł, ale niech się nazywa, że się zainspirowałam. Zuzi, sorry, ale za to robię Ci reklamę, więc… kwita? ;)

Nasze hity, czyli co było (i jest) najbardziej przydatne przy dziecku:

1. Mata. Jesteśmy posiadaczami maty Tiny Love Gigant i jesteśmy bardzo zadowoleni. Kitka kitkuje na całej powierzchni, może tam rozwalać sobie zabawki, ślinić ją do woli, szeleścić i piszczeć… Wszystko może. Prawda jest taka, że nie raz i nie dwa skitkuje się na dywan i tam się bawi, ale jak rozkładam jej matę to przynajmniej sumienie mam czyste, że dziecko kładę na przystosowanej do tego celu powierzchni ;) Poza tym mata jest kolorowa, szeleszcząca i Kiki się nią interesuje. Niby można rozłożyć koc i wychodzi na to samo, ale do koca więcej farfocli się czepia.

Fot. ze strony sklepu SmykFot. ze strony sklepu Smyk

2. Śliniak. Śliniaków mamy trzy rodzaje.

Pierwszy to zwykłe śliniaki wiązane na szyi. Były przydatne kiedy Kikul miał 4 miesiące i dopiero zaczynaliśmy wprowadzanie pokarmów stałych. Miała po prostu tak małą szyjkę, że przy śliniakach zapinanych cokolwiek wydostawało się z buzi trafiało w gigantyczną dziurę między brodą, a śliniakiem. Materiałówki dość łatwo utrzymać w czystości wbrew obiegowej opinii. Ja miałam 5 sztuk i po każdym posiłku śliniak lądował pod strumieniem wody i całe jedzonko pięknie i bezproblemowo się spłukiwało.

Drugi rodzaj to śliniaki ceratowe, czy też plastikowe, które nazywają się śliniakami „z kieszonką.” Z tym, że te kieszonki to pic na wodę fotomontaż, bo one ściśle przylegają do całej powierzchni. Za to ta powierzchnia jest na tyle kozacka, że zakrywa dziecko aż po stópki. Przydatne. Tak jest przy każdym śliniaku „miękkim”, czyli nie usztywnianym. mamy ich dwa.

Trzeci rodzaj to śliniaki gumowe. Sztywne. My mamy „Super Miękki” z Baby Ono. Jest sztywny, więc i kieszonka jest prawdziwa i łapie wszystko co wypada z buzi czy z rączki Ewasi. Mamy jeden i jest najczęściej używany i najłatwiej zmywalny. Nie odparza, nie grzeje, dziecko się pod nim nie poci, nie płonie i nie ocieka toksycznymi substancjami ;) Jest super!

fot. Apteka GeminiFot. aptekagemini.pl

3. Bujaczek. Świetna rzecz. Wsadzamy dziecko i pyk! Możemy zrobić w domu porządek, ugotować obiad, chwilę odpocząć, albo po prostu nakarmić malucha i tym sposobem oszczędzamy pieniądze i miejsce, bo nie musimy kupować krzesełka do karmienia. Dodatkowo przy okazji świąt, czy wizyty gości malec może siedzieć z nami w pokoju bez angażowania cały czas rąk rodzica. Nasz model – Bright Starts Comfort and Harmony – ma kilka melodyjek na dwóch poziomach głośności, wibracje i pałąk z zabawkami. Melodyjki szybko się dziecku znudziły, wibracje w ogóle jej nie zainteresowały, choć słyszałam, że pomagają w czasie kolki, a pałąk najpierw jej nie interesował, a potem zabawki latały jej po buzi, więc szybko został odłączony i wywalony. Plusem jest to, że odłączyć go bardzo łatwo, nie trzeba się było trudzić, a sam bujak jest bardzo wygodny dla Ewy, (zdarzało jej się w nim zasnąć i spać), dla mnie (z powodów, które opisałam wyżej) i spełnia swoją funkcję bez zarzutu. Kiedy dziecko staje się bardzo ruchliwe i wygina się na wszystkie strony trzeba bardzo uważać i nie wolno zostawiać w nim malucha bez opieki!

fot. ze smyk.com

Fot. ze sklepu Smyk

4. Kołysanki. Przepiękne, uspokajające, słowem idealne. Kołysanki śpiewane przez Umer i Turnaua. Wspaniała płytka, dzięki której Ewciak zasypia bez problemu. W dzień ma zapętlone, natomiast przy nocnym zasypianiu puszczam płytę tylko raz. Pomagają jej się wyciszyć i zasnąć.

fot. ze strony merlin.pl

Fot. ze sklepu merlin.pl

5. Tetra. Pieluchy tetrowe w zasadzie odeszły do lamusa. Mało kto chyba już w dzisiejszych czasach ich używa mając do wyboru pampersy i pieluchy eko, czyli wielorazówki. Ale sklepy są wciąż pełne tego towaru. Jak to się stało? Kiedy kompletowałam wyprawkę dla Kruśki mama do listy zakupów dorzuciła 10 pieluch tetrowych. Początkowo odniosłam się do tego pomysłu bardzo sceptycznie, ale kupiłam je i okazało się, że bez nich byłoby strasznie ciężko. Służą przede wszystkim jako śliniak przy karmieniu mlekiem, a także jako szmatka do wycierania buzi dziecka. To ostatnie zastosowanie trochę straciło na znaczeniu kiedy Kiki zaczęła jeść stałe posiłki, bo kaszki bardzo kleiły pieluszki, a obiadki plamiły, więc przy obiedzie i drugim śniadaniu wycieram jej buzię papierowymi ręcznikami. Są na tyle miękkie, że nie robią jej krzywdy, a ja nie mam problemu z ciągłym praniem. W upały można malucha zakryć pieluszką zamiast kocykiem, żeby nie spiekł sobie nóżek, albo po prostu dla komfortu – niektóre dzieci lubią czuć, że są czymś przykryte.

fot. otostrona.pl

Fot. z otostrona.pl

6. Przypinka do smoczka. Designerska, czy nie, kolorowa czy nie, szeroka, wąska, długa, krótka – przydaje się. I to bardzo. Pierwsze wyjście do lekarza sprawiło, że leciałam kupować przypinkę – czy też klips jak kto woli – i to w trybie now! Smoczki mają to do siebie, że wypadają. Ewentualnie w późniejszym wieku nasz potomek odkrywa jak fajnie działa grawitacja i smoczki zostają bezlitośnie wyrzucane za burtę. Wtedy klips zostaje bohaterem dnia uniemożliwiając smoczkowi pozbieranie wszystkich okolicznych bakterii. Niestety trzeba dalej pilnować w jakimże to środowisku majta się oswobodzony z małych usteczek smok, ale przynajmniej nie zgubimy go gdzieś na amen ;)

Fot. ze sklepu Smyk

Fot. ze sklepu Smyk

7. Cebuszka. Fantastyczna poducha, której przydatność zaczęła się w ciąży i nie wiem kiedy się skończy. W ciąży była świetna na bóle kręgosłupa. Poza tym mi na przykład ciężko było się ułożyć z tym gigantycznym brzuchem, bo lubię spać na boku, więc opierałam na niej ten balon. Po porodzie pomagała w karmieniu piersią. Kiedy przeszłyśmy z Kitką na butelkę składałam Cebuszkę na pół i opierałam na niej ramię z głową dziecka, żeby nie ciążyło. Kiedy Ewcia zaczęła czuć się dobrze w pozycji pół-siedzącej i siedzącej – podpierałam ją Cebuszką, a jak była całkiem malutka to i położyć ją w niej mogłam i robić „brrr” w brzuszek :) Aktualnie poducha służy nam jako zapora do wszelkich miejsc, do których dziecię mogłoby się dokitkować i coś tam wykitkować. Przykładowo – kiedy Ewa bawi się na podłodze kładę Cebuchę między jej placem zabaw, a psimi miskami. Obicie łatwo się zdejmuje i pierze. Rewelacja. Naprawdę udana inwestycja.

Fot. ze strony cebuszka.pl

Fot. ze strony cebuszka.pl

Tyle o hitach. O kitach napiszę następnym razem, bo inaczej post – i tak już kobylasty – zrobiłby się wręcz niemożliwy do przeczytania ;)

Czas wolny

Przy noworodku możesz go spędzić na trzy sposoby:

1)      Spać – szybko uczysz się spać wtedy kiedy dziecko śpi, bo innej okazji raczej nie będzie ;) Świeżo upieczoną matkę na ogół łatwo pomylić z narkoleptykiem, bo potrafi zasnąć wszędzie, w każdej pozycji i sytuacji, (w poczekalni u lekarza, na fotelu dentystycznym, w tramwaju, w samochodzie w drodze do teściów, u teściów jeśli dostatecznie długo nikt nic do niej nie mówi, w wannie itp.)

2)      Nadganiać obowiązki domowe – nagle okazuje się, że istnieje coś takiego jak: akceptowalna grubość warstwy kurzu, (warstwa kurzu cieńsza niż na palec jest jak najbardziej do zaakceptowania, a poza tym jeśli kurz jest wszędzie to i tak go nie widać), porządek kupkowy (bałagan gromadzi się w schludnych kupkach, ułożonych w odstępach nie mniejszych niż 20 cm), strefa niewidoczna dla klienta (bałagan gromadzimy w jednym pokoju, do którego nie wpuszczamy nikogo pod karą dożywocia), względnie czysta łazienka (wystarczy przelać muszlę Domestosem, umywalkę przelecieć resztkami proszku naprędce wygarniętymi gąbką z pralki, a prysznic codziennie przecież spłukuje się wodą z mydłem, tak? W ten sposób myjemy wszystkie strategiczne miejsca), czy specjalny rodzaj okien: okna-przez-które-jeszcze-coś-widać.

3)      Relaksować się – czyli po prostu wypiąć się na potrzebę snu i obowiązki i skorzystać z czasu wolnego robiąc to co lubisz. To wcale nie takie głupie jakby się wydawało. Jeśli naprawdę już padasz na twarz, albo dom wygląda tragicznie, możesz znaleźć pomoc do dziecka w postaci mamy, teściowej, czy męża i każdy zrozumie, że no niestety, ale to są rzeczy, które musisz zrobić i nie ma przebacz. Gorzej wypada prośba o zajęcie się dzieckiem, bo chciałabym sobie przejrzeć joemonstera / demotywatory / facebooka, poczytać książkę, obejrzeć film, porysować, napisać notkę na bloga (niepotrzebne skreślić).

Zresztą spędzanie wolnego czasu zmienia się etapowo. Najpierw śpisz, bo nie umiesz utrzymać powiek w górze. Potem łapiesz drugi oddech i nadganiasz obowiązki, bo cierpi Twoje ego idealnej pani domu. A potem zaczynasz rozumieć, że dom już nigdy nie będzie tak idealnie czysty jak przed pojawieniem się dziecka (no chyba, że będziesz się zajmowała tylko nim i sprzątaniem i niczym więcej), a wyśpisz się dopiero snem wiecznym i zaczynasz zajmować się rozwijaniem swoich zainteresowań, albo leniuchowaniem. Które to też jest szlachetnym zainteresowaniem :)

banalna rada dla początkujących mam

Wiecie już na pewno, że przy maleńkim dziecku nie należy zgrywać super-wonder-hiper-duper-woman tylko z wdzięcznością przyjąć każdą pomoc, a w tym czasie wypocząć. I tu moje ostatnie, (spóźnione o pół roku) odkrycie – jak już odpoczywać to z głową! To znaczy w takiej pozycji, w której mięśnie nie będą napięte, plecy zgarbione itp., bo potem wrócimy do obowiązków w identycznym stanie w jakim je zostawiłyśmy. Cokolwiek robimy podczas wypoczynku niech to będzie w wygodnej pozycji, żeby rozluźnić mięśnie.

Niezniszczalne kruche dzieci

Dzieci nie są tak odporne i niezniszczalne jakbyśmy tego chciały.

Dzieci nie są też tak kruche i delikatne jak nam się wydaje.

Nie bój się przewijać, kąpać, ubierać i chwytać swojego dziecka. Prawda jest taka, że jeżeli uważasz i usilnie starasz się nie zrobić mu krzywdy przy tych czynnościach to na 99,9% tego nie zrobisz. Śliskie kocyki nie istnieją.