Archiwa tagu: matka

Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

Jak rasowy psycholog, którym nie jestem, zacznę od osoby mojej matki. Moja mama jest typową Matką Polką. Podręcznikowy przykład. Oddana dziecku i mężowi, absolutnie altruistyczna, odmawiająca sobie, żeby tylko oni mieli. Zawsze tak było. Kiedy byłam całkiem mała uważałam, że to standard, bo tylko z takim podejściem matki do dziecka miałam styczność. Potem, kiedy podrosłam i poszłam do szkoły, okazało się, że nie każdy ma tak dobrze jak ja i zaczęłam mamę bardziej doceniać, chwalić się nią i okazywać jej jak bardzo jest wyjątkowa. W okolicach gimnazjum i liceum byłam już na tyle dojrzała, żeby zrozumieć, że mimo całego poświęcenia dla nas, które daje mamie widoczną satysfakcję, powinna mieć też czas dla siebie i pozwalać sobie na jakieś przyjemności i wydatki. Starałam się ją do tego nakłaniać, często bezskutecznie, ale jednak jakieś małe sukcesy były. Kiedy urodziła się Ewa mama stała się babcią. Bardzo zaangażowaną babcią. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć kiedy potrzebuję rady, albo pomocy. Wiem, że mogę zostawić z nią małą i nie martwić się czy da sobie radę, czy będzie wiedziała co i jak, albo czy nie zrobi czegoś wbrew moim metodom wychowawczym. Ewa też jest do niej bardzo przywiązana, myślę, że traktuje ją wręcz jak drugą mamę.

Zawsze widziałam siebie w roli matki i żony. To była moja „droga zawodowa”, w tym się chciałam realizować. I dalej chcę, to jest mój sposób na spełnienie. Jednak z czasem pojawiło się małe „ale”. Kiedy wyobrażałam sobie swój model macierzyństwa, widziałam dokładną kopię mojej matki. I na początku do tego dążyłam. Wprowadziłam tylko małą zmianę już na starcie, bo poświęcałam więcej czasu mężowi, (chodzimy na randki, wybywamy na zakupy tylko we dwoje itp.) Jednak ogólny kierunek jeszcze się nie zmienił.

Ostatnio miałam ciężki czas. Złożyło się na to kilka czynników – ciężka i zmienna pogoda, co za tym idzie kiepski humor Ewy, dużo wrzeszczenia z jej strony, pewnie częściowo przez pogodę, a częściowo przez zęby, moje zmęczenie tym wszystkim, a przypuszczam, że i kiepski wpływ na mnie mają tabletki hormonalne, które muszę brać (na szczęście jeszcze tylko parę dni.) Dodatkowo Kitka zredukowała ilość i długość drzemek, a w sobotę w ogóle dała wieczorny popis swoich umiejętności wokalnych od 19 do 23. Wszystko to sprawiło, że kiedy miałam czas dla siebie nie chciało mi się szukać ambitnych rozrywek, więc siadałam przy komputerze i przeglądałam Wasze blogi, facebook’a, albo włączałam tv i oglądałam co się nawinęło, (głównie bajki i mózgojeby takie jak „Trudne sprawy”, czy „Szpital”.) Doszło do tego, że zajmowanie się Ewą widziałam jako przykry obowiązek, a nie przyjemność. Popadłam w czarną rozpacz, że jestem złą matką, że jestem okropnym człowiekiem, że w ogóle nic nie umiem, nic nie robię i jestem do kitu.

Szukając wymówek na podrzucenie Kikulka mamie jednego dnia upiekłam roladę. A raczej twór roladopodobny, bo wyszła z tego totalna masakra :D Ale bawiłam się przy tym nieźle. Drugiego dnia wyekspediowałam małą z rodzicami na spacer, a sama odkurzyłam dom, pozbyłam się owadów za pomocą morderczego muchozolu, wywietrzyłam wszystkie pomieszczenia i pomyłam podłogi. Trzeciego dnia gruntownie wysprzątałam łazienkę, pomyłam lustra i pościerałam kurze. Okazało się, że po każdym takim dniu czuję się coraz lepiej i już nie zalegam na kanapie oprowadzając małą wzrokiem po domu, ale chętnie bawię się razem z nią. I wtedy do mnie dotarło, że nigdy nie będę taką mamą jak moja. Zrozumiałam, że choć zdecydowanie realizuję się jako kura domowa, to jednak nie jestem typem Matki Polki, która potrafi z radością zapomnieć o sobie. Muszę mieć czas dla siebie i – co ważniejsze – dobrze go wykorzystywać. Nie umiem z siebie zrezygnować. Chcę mimo wszystko rozwijać swoje mizerne talenty: fotografię, pisanie, szczątkowy już, (bo kiedyś niezły) talent plastyczny, a także językowy i kulinarny (ten ostatni dość dyskusyjny…)

Oprócz tego przypomniało mi się to co wiedziałam już w czasie ciąży, a co mi się jakoś ostatnio „zapomniało”, a mianowicie, że nienawidzę nicnierobienia. Po ciężkim dniu, po wyczerpującej pracy – owszem, relaks i leżing jest ok. Ale ostatnio nawet w domu robiłam absolutne minimum, bo mi się nic nie chciało. I tak nakręciła się spirala rozlazłości. Nie cierpię być rozlazła, ugh! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że już mi mięło :) Mam nadzieję, że uda mi się zająć trochę sobą, bo wtedy jestem też lepszą mamą i żoną. Postaram się też częściej pisać na blogu, bo to też karygodnie zaniedbałam przez co pogorszył się mój styl… :/ A jak już się nie pniemy w górę to chociaż trzymajmy poziom, doprawdy…

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

Kobieta in making

Wszędzie słyszę o tym jaka jest kobieta. Jaka jest kobieta XXI wieku. Jaka jest kobieta sukcesu. Jaka jest kobieta około 40-stki.

A jaka jest kobieta na półmetku między 20-stką a 30-stką? Kobieta, żona, matka, nie-karierowa?

Jest niecierpliwa i niezdecydowana. Ma pomysł na siebie, ale ciągle go zmienia. Jedną nogą jeszcze w młodzieńczym szaleństwie, a drugą w statecznym małżeństwie. Ciągnie za sobą opary zaskoczenia, że życie z mężem to nie to samo co życie z chłopakiem. Próbuje wszystko zrozumieć i wszystko wyjaśnić. Dąży we wszystkim do perfekcji. Chciałaby być najlepszą żoną, najlepszą matką, najlepszą córką, najlepszą gospodynią, ale wciąż pozwala by te kanony wyznaczał świat zewnętrzny. Dołuje ją więc, że nie może osiągnąć niedoścignionego ideału. Upada, ale się podnosi. Przenosi góry dla swojego dziecka. Największe motywatory: dziecko, mąż. Często nieogarnięta, bo za dużo myśli i wątpliwości kłębi się w jej gorącej głowie. Jednak kiedy przyjdzie do dziecka, albo do poważnych decyzji dotyczących rodziny, finansów, życia – zdecydowana i pewna swoich wyborów. Ciągle pracująca nad sobą, zawsze znajdzie coś do poprawki. Nauczyła się już, żeby nie wymagać od innych więcej niż od siebie, ale nie umie jeszcze wymagać od innych mniej niż od siebie. Nawet jeśli nie skacze na bungee i nie jeździ na Openera to żyje pełnią życia. Przecież tyle spraw wymaga jej uwagi, tyle problemów egzystencjalnych trzeba rozwiązać, albo chociaż się nad nimi zastanowić. Ma zdanie na każdy temat. Ugodowa i skłonna do kompromisów zmienia się w lwicę kiedy walczy ze światem zewnętrznym. Nie zawsze pamięta, żeby w konfliktach z mężem schować kły i pazury. Próbuje godzić odpoczynek i obowiązki w taki sposób, że oba wychodzą kulawo. Nigdy nie przestaje próbować, uparta i wytrwała w kształtowaniu siebie, wie że wysiłki w końcu dadzą efekty. Na pierwszym miejscu stawia potrzeby dziecka. Wszystko może nie wypalić, wszystko może się sypnąć, ale dziecko musi być zadbane, kochane i mieć wszystko na czas. Stara się dbać o swoje pasje i zainteresowania, choć doba ma za mało godzin. Mąż i dziecko są ważniejsi od wszystkiego. Dom może być nieposprzątany, pasje odłożone chwilowo w kąt, ale czas dla rodziny musi być. Wciąż mówi więcej niżby chciała. Komplikuje zamiast upraszczać. Kocha do szaleństwa. Gdzieś już zgubiła młodzieńczą niewinność, a jeszcze nie nabyła pełnej dojrzałości średniego wieku. Zna już swoje wartości i umie żyć według nich. Wie, że nic już nigdy nie wróci do normy, więc ustala nowe normy. Wszystko może, wszystko potrafi, ze wszystkim sobie poradzi, nawet jeśli styka się z czymś po raz pierwszy. Jednocześnie jest na tyle mądra, żeby umieć przyjąć pomoc. Uczy się nowych ról, odnajduje się na nowo i od zera układa siebie, bo stary porządek zniknął akurat w momencie kiedy nauczyła się w nim funkcjonować.

Podsumowując: niecierpliwa, nieogarnięta, nie do końca pewna kim jest, za to w miarę pewna kim ma się stać, daje radę, choć sama nie wie jak, pełna miłości i ciepła, a dla rodziny gotowa na wszystko.

Kobieta in making.

Matka przeciętna

Mam paskudne wrażenie, że jestem niemodną matką. I zawartość mojej szafy nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o moje podejście do rodzicielstwa. Jakieś takie… mało zaangażowane się wydaje. Przeciętne. Nie zdeklarowane. A ostatnio modne jest być w jakiś sposób awangardową, inną. Pomijam fakt, że każdy kto chce być inny i awangardowy w końcu nieuchronnie trafi do grupy ludzi, którzy też chcą i razem stają się mainstreamowi. Ad rem.

Gdybym chociaż była matką… eko! Stosowałabym ekologiczne pieluchy, albo wychowywała bezpieluchowo – przyjaźnie dla środowiska i naturalnie dla dziecka. Nosiłabym dziecko w chuście – ekologicznej, wygodnej, pozwalającej na bliskość z matką, znaczne odchudzenie jej portfela a przy okazji i jej samej kiedy to będzie się wściekać i pocić próbując zawiązać to cholerstwo!!! Robiłabym samodzielnie środki czyszczące na bazie octu i wyszukiwała eko-produkty żywieniowe serwując kolejną kurację odchudzającą portfela. Hmm… Nie, nie dla mnie.

Ale może mogłabym zostać matką nieszczepką! Czyli taką, która dzieci nie szczepi. Albo wszechszczepką! Czyli dla odmiany taką, która szczepi na wszystko na co tylko może. Odpada. Na pierwsze nie pozwoli mi strach, a na drugie strach.

To może zostanę matką nowoczesną. To akurat powinno być proste – wystarczy uważnie czytać gazety o dzieciach i stosować się do wszystkich rad. Makulatura zalega sobie w ładnym stosie zbierana skrupulatnie i czytana od deski do deski już w czasie ciąży, więc tu problemu być nie powinno. Tym sposobem zaczęłabym myć dziecko co drugi, albo co trzeci dzień, żeby nie zmywać płaszcza lipidowego. Przeniosłabym grzecznie śpiącą w swoim łóżeczku Kitkę do naszego małżeńskiego łoża, bo tak lepiej dla rozwoju dziecka, stosowałabym przy karmieniu metodę BLW… Kurde, na cyca już za późno! Mogłabym w sumie spróbować jeszcze pobudzić laktację…

Albo zostanę matką bzową! Będę dziecko wychowywać bez. Bez smoczka, bez butelki, bez telewizora, bez komputera, bez usypiania na rękach, bez spania z rodzicami, bez szczepień, bez jedzenia ze słoiczków, bez pieluch, bez codziennej kąpieli. Oszczędnie i awangardowo.

Jest jeszcze opcja matki naturalnej. Nie mylić z ekologiczną. Matka naturalna robi wszystko tak jak natura chciała. Rodzi, pielęgnuje, wychowuje. Daje dziecku naturalny wybór naturalnych produktów żywieniowych. Karmi tylko piersią, bo przecież inne karmienie prowadzi do kalectwa. Zabawki – tylko z naturalnych materiałów i jak najmniej edukacyjne, bo dziecko z natury samo się edukuje. Naturalne wspieranie rozwoju dziecka. Naturalna odporność. Naturalne zabawy. Czas na nocnik? Kiedy dziecko samo będzie gotowe. Czas na jedzenie? Niech samo wybierze co chce jeść. Pożegna smoka kiedy samo będzie gotowe. Naturalnie. Czyli oczywiście.

A tu klops. Jestem matką przeciętną. Niczym się nie wyróżniam niestety. Szczepię dziecko, ale tylko szczepionkami obowiązkowymi. Sadzam na nocnik odkąd stabilnie samo siedzi. Karmię mieszanką mleczną prawie od początku. Obiadki dostaje na przemian gotowe i domowe. Nie śpi z nami w łóżku. Oglądam telewizję przy karmieniu przez co i Kitka na nią czasem patrzy. Za pieluchy mam pampersy. Myję małą codziennie. Nie daję jej obiadków do wyboru. Zjada to co dostaje. Ciągnie sobie smoka do spania. Popełniam same błędy, z której strony by nie patrzeć. Nie jestem eko. Bzowa jestem tylko po części. Naturalna też. I nowoczesna. W całości jestem tylko… przeciętna. Niemodna, szara mysz macierzyństwa. Kończę z ironicznej otchłani depresji.

A wy znacie jeszcze jakieś ciekawe typy? ;)

Wyjaśnienie: nie chciałabym, żeby niektórzy z was poczuli się urażeni, bo z pewnością chociaż częściowo należycie do wymienianych przeze mnie kategorii. To co wyśmiewam w tym poście, to próba dopasowania się do jednej z wyżej wymienionych grup, nie dla dobra dziecka, ale dla własnej próżności i chęci wyróżniania się. Przesada jest szkodliwa we wszystkim. Czy też, jak to mówiła moja babcia, nadgorliwość – gorsza od faszyzmu ;)