Archiwa tagu: gorączka weselna

„Marsz weselny Mendelsona, powróci echem nam…” – jak to Herbata za mąż się wydawała

W sieci natknęłam się ostatnio na list pewnej Zuzanny. List traktuje o jej ślubie i ślubnym szaleństwie. Dzisiejszy wpis będzie o moim własnym „najpiękniejszym dniu życia”, ale pozostanie w dość ścisłym związku z tym produkcji Zuzanny także polecam go przeczytać TUTAJ. Leniwcom dardanelskim, (sama bym się do takich zaliczała, także no offence maj frencz), rzucam kilka cytatów z wyżej wymienionego, żeby złapali o co cho.

Przygotowania i ślub to jeden wielki teatr. Człowiek musi się dostosować do sztywnych ram i robić dokładnie to, co niby wypada. Ma być tak, tak i tak. Chcesz inaczej? Nie wygłupiaj się, bo co ludzie powiedzą?! Gdybym mogła cofnąć czas, podeszłabym do tematu zupełnie inaczej…

No i przez 1,5 roku żyłam w takim amoku, chociaż wcześniej byłam przekonana do skromnej uroczystości dla najbliższych. Nie wiem jak to się stało, ale lista gości z 40-50 osób osiągnęła liczbę 200.

Suknię wybierałam przez 8 miesięcy. Jedna była już prawie gotowa, ale wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że nie pasuje do mnie. Pieniądze wyrzucone w błoto i szukanie następnej. Potem kolejne poprawki, które zupełnie nie wiem skąd się brały. Jak mnie się podobało, to teściowa się krzywiła, jak nie ona, to mama miała jakiś pomysł. 

Kiedy przyszło co do czego, to nie miałam już siły dojść do ołtarza.  I po co się tak męczyć i utrudniać sobie życie?! Dziewczyny, nie bierzcie ze mnie przykładu! To jest nic niewarte. To szopka dla innych. Ślub i wesele nie są dla państwa młodych, jak powinno być. Albo się temu przeciwstawimy, albo będziemy cierpieć. Ja nic z tym nie zrobiłam i wspomnienia mam fatalne. Przeżyłam, bo musiałam, ale to nie było nic fajnego.

Sam ślub – sztuczny, nudny i też nerwowy

Przyjmowanie życzeń to jest istny koszmar. [...] To trwało prawie 2 godziny! Na pełnym słońcu. Jedni już jechali na salę weselną, inni mieli jeszcze godzinę czekania w kolejce do życzeń. Nie da się tego zgrać. Czułam się zmęczona i zmaltretowana. 

To i tak nic w porównaniu z głupimi przyśpiewkami, całowaniu się z mężem na siłę i kretyńskimi zabawami o północy. Byłam na wielu weselach, wydawało mi się to całkiem zabawne, ale teraz zobaczyłam, jaki to koszmar.

Ślub to jest szopka dla gości, a nie wyjątkowy dzień młodych. Nie ma czasu na refleksję, spojrzenie sobie w oczy, prawdziwe wyznanie miłości. Jest scenariusz, którego trzeba się trzymać, ludzkie spojrzenia, utarte wzorce. Nic fajnego, serio.

Mnie własny ślub nie kojarzy się z niczym poza zmęczeniem, stresem i kiczem.

Przygotowywałam ślub dwa razy. (To znowu ja – Herbata) Moja wizja była jednak za każdym razem taka sama – skromny ślub, tylko najbliższa rodzina, ograniczanie kosztów do niezbędnego minimum, bo jest mnóstwo ważniejszych wydatków i pominięcie wszystkich żenujących weselnych zabaw, które jak dla mnie są po prostu wsiurskie.

Za pierwszym razem narzeczony  miał inny pomysł na ślub niż ja. Książę Guła okazał się księżniczką i zażyczył sobie pięknej oprawy, miliona cudownych kwiatów z mamusinej kwiaciarni, pysznych strojów, wielu gości i ogólnej pompy. Postanowił pozapraszać ludzi, których sam niespecjalnie znał i nigdy w życiu nie miał z nimi kontaktu. Na moje pytania dlaczego i po co odpowiedział, że jego mama na pewno będzie chciała ich zaprosić. Na wszelkie prośby o poskromienie zapędów, bo zwyczajnie nas na pewne rzeczy nie stać, odpowiadał, że ślub to wyjątkowy dzień i on sobie zawsze wyobrażał to a to. No dobrze, ja rozumiem, ale trzeba też brać pod uwagę rzeczywistość. Ostatecznie szczęśliwie ślub nie doszedł do skutku, a straciłam pieniądze tylko na suknię ślubną, zaliczkę za salę i niestety obrączki. Ale zostały u mnie także to taka strata-nie strata, bo to jednak złoto, które zawsze będzie coś warte. Pamiętam jak w trakcie przygotowań wpadła do mnie koleżanka. Oczywiście jak to standardowa „psiapsióła” chciała wiedzieć wszystko. Usłyszawszy, że żadnych zabaw weselnych nie ma w planie spojrzała na mnie jakby na głowie usiadł mi Shrek i zawiedzionym głosem wyjęczała:

- Nie będzie… zabaw…?

- Nie, – odpowiadam, – bo nie podobają nam się te wszystkie „rozrywkowe inaczej” konkursy. Są beznadziejne, wieśniackie, a niektóre wprost wulgarne i prostackie.

- Goście będą zawiedzeni. – stwierdziła bystrze.

- To ich problem. Ślub to jest nasz dzień i nam ma się podobać.

- Głupia jesteś. – padła odpowiedź – Wesele się organizuje do gości i to oni mają się dobrze bawić.

No, jeżeli tak to ja dziękuję za wesele. To jest jakieś nieporozumienie, żeby państwo młodzi w najważniejszy dla siebie dzień latali z wywieszonymi jęzorami i martwili się tylko o to, żeby każdemu było dobrze. Ujmując rzecz w bardzo cyniczny sposób – państwo młodzi stają na rzęsach i skaczą wokół ludzi, którzy i tak potem obgadają wesele, że jedzenie niedobre, wódka za zimna, tort za słodki, albo muzyka nie taka. Jest w tym sens?

Drugi raz organizowałam ślub ze swoim właściwym księciem :) Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, bo dowiedziawszy się o rychłym powiększeniu rodziny postanowiliśmy przyspieszyć wcześniej zaplanowany mariaż, żeby nie trzeba było robić cyrku z uznawaniem dziecka itd. I tak nie planowaliśmy wielkiego wesela, więc nic nie stało na przeszkodzie. Tego dnia obudziliśmy się wyspani i zadowoleni. Noc poślubną postanowiliśmy przesunąć na noc przed ślubem, bo wiedzieliśmy, że po wszystkim nie będziemy mieć na nic siły. Pojechaliśmy do fryzjera, po bukiet i po torty (dwa zwykłe duże, tylko miały ozdoby z kwiatów i serc). Potem do teściów, którzy spełniali warunki lokalowe, czyli byli w stanie pomieścić 23 gości, (sama najbliższa rodzina, z nami było 25 osób), na obiedzie przy stołach ustawionych w podkowę. Obiad był naprawdę wspaniały. Obie rodzinki się zintegrowały, wszystko było smaczne i sprawdzone, bo gotowały obie mamy. Po obiedzie przyszła pora na clue całej sprawy, czyli ślub. Był środek czerwca, gorąco, a ja w dość zaawansowanej ciąży miałam tendencję do opuchlizn na dłoniach. Nasmarowałam więc ręce kremem. Zauważyła to moja świadkowa i jeszcze kilka osób, więc przed wyjściem urządziliśmy sobie rodzinne kremowanie rąk. Potuptaliśmy grzecznie do USC gdzie złapała mnie prawdziwa trema. Zresztą nie tylko mnie. Cała sala milczała, a nad nami snuła się ciężka od stresu atmosfera. Wszedł urzędnik przystrojony tradycyjnym łańcuchem na szyi. I w tym momencie usłyszeliśmy za sobą głos mojego chrzestnego:

- Fajne korale.

Wszyscy, nie wyłączając rzeczonego urzędnika, wybuchli śmiechem i atmosfera się rozluźniła. Uroczystość była piękna i wzruszająca. Trafił nam się dobry mówca. Po wszystkim przyjęliśmy od każdego gościa kwiaty i życzenia, które były o wiele lepsze od tych opisanych przez Zuzannę, bo każde były serdeczne, szczere i jakieś takie… nie wiem, indywidualne? Spersonalizowane?

Wróciliśmy do mieszkania teściów na torty, kawę i ciasta. I deserek lodowy. Każdy coś tam skubnął, staraliśmy się nie objadać do nieprzytomności, bo popołudniu przeszliśmy do kolejnej, ostatniej już, części imprezy – grilla. Oczywiście nie był to maraton obżarstwa. Po obiedzie, a przed ślubem było trochę odpoczynku. Po kawie i słodkościach też. Moja rodzina, (która przyjechała z daleka i miała wynajęte noclegi w pobliskich domkach na campingu), pojechała się spokojnie zainstalować w miejscu noclegu. Rodzina M. trochę odpoczęła zawiązując sadełko. Kiedy wszyscy zjechali się na miejsce, (do nas do domu, bo na grilla z kolei my mamy lepsze warunki), powoli i leniwie zaczęto się zbierać do szykowania jadła, a my z M. wyskoczyliśmy na sesję zdjęciową w plenerze, czyli w okolicach domu. Po powrocie przebraliśmy się – wzorem reszty gości – w bardziej odpowiednie, swobodne ciuchy i zaczęło się wieczorne grillowanie ze sporym ogniskiem. Mój chrzestny z pięcioletnią córeczką szaleli na kocu rozłożonym na trawie, ogień trzaskał wesoło w tle, a na grillu skwierczały różne kiełbaski, mięska, warzywka i szaszłyki. Goście krążyli od jednego do drugiego prowadząc luźne rozmowy, albo po prostu siadali i wypoczywali delektując się przyjemną atmosferą.

O północy zjedzono wszystko co miało być zjedzone, wypito dostępne napoje, wybawiono się na różne sposoby i rozjechano się na noclegi. Moi rodzice, M. i ja posprzątaliśmy to co musiało zostać sprzątnięte jeszcze tego dnia resztę zostawiając na rano i poszliśmy spać. O pierwszej kładliśmy się z M. do łóżka zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy raz jako mąż i żona :) W pokoju unosił się piękny zapach z bukietów, które dostaliśmy. Omiotłam wzrokiem te wszystkie kwiaty poustawiane w każdym kącie i mały stoliczek kawowy, na którym stał koszyk ze stosem otrzymanych kartek. Spojrzałam na mężczyznę mojego życia, na swojego męża, na twardziela, na którym zawsze mogę polegać, a który miał wilgotne oczy kiedy składał przysięgę, pogładziłam się po sporym już brzuchu mówiąc w myślach „dobranoc” nienarodzonej jeszcze Ewuni, po czym wtuliłam się w te ciepłe, szerokie ramiona i szczęśliwa zasnęłam.

Ze ślubu mam same piękne wspomnienia. Żadnego stresu, za wyjątkiem tremy przed wejściem na salę i przed pierwszym spotkaniem z wujostwem M., którego dotąd nie znałam. Żadnego martwienia się czy wszystkim dogodzimy, czy nikt nie będzie miał powodu nas obgadać. Mnóstwo dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Bez względu na to czy ślub jest wystawny, czy kameralny, czy gości będzie dwustu, czy dwudziestu – to jest dzień państwa młodych i to oni powinni być z niego zadowoleni. Nie należy z tego robić cyrku gdzie narzeczeni, ich rodzice i świadkowie będą mieli za zadanie zabawiać gości, a goście „zapłacić za talerzyk” jak za bilet wstępu na dobre show. Goście powinni cieszyć się szczęściem i miłością młodych małżonków, a małżonkowie pamiętać, że goście to bliscy, z którymi oni pragną to szczęście dzielić.

Na koniec kilka zdjęć :)

DSC_5071

Pierwsza sukienka, czyli ta, którą miałam na sobie przed ślubem, a podczas obiadu.

DSC_5401

Figurka, która stała na naszym torcie, robiona własnoręcznie przeze mnie. Wyszła trochę maława, ale i tak jestem z niej zadowolona :) Do tej pory stoi na półce w naszym pokoju.

DSC_5342

Jeden z naszych tortów, ten ładniejszy z ciastem red velvet :) Na nim postawiliśmy figurkę.

DSC_5282

Druga kreacja, czyli suknia, którą miałam na sobie w czasie ślubu, a przy okazji mój piękny bukiet, w którym się zakochałam :)

I coś co nie jest wprawdzie zdjęciem, ale jest dla mnie ważne, czyli piosenka, która leciała w tle kiedy wchodziliśmy z M. na salę: