Archiwa tagu: dziecko

Nienia

Mam taki zbiór wierszyków zatytułowany „Dyrdymałki”. Jest ze mną od niepamiętnych czasów, ma już pożółkły papier, zniszczone strony, gdzieniegdzie rysunki są „upiększone” moją zamaszystą rączką… Na przestrzeni lat stracił w tajemniczych okolicznościach okładkę, więc mama sama zrobiła mu nową. I w tym tomiku ślicznych i pouczających wierszyków jest taki jeden:

Nienia

- Nie chcę bułki

Ani kęsa,

Nie chcę zupy,

Nie chcę mięsa.

Nie!

- Nie chcę sosu

I sałaty,

Nie chcę mleka

I herbaty.

Nie!

- Nie chcę bawić się

Dziś wcale,

Nie chcę misia,

Nie chcę lalek.

Nie!

- Nie chcę leżeć,

Nie chcę spać,

Nie chcę chodzić,

Nie chcę stać.

Nie!

- Jeśli jesteś 

Taka „Nienia”,

To cześć Nieniu,

Do widzenia.

Pa!

Świetnie się odnosi do obecnej sytuacji mojego dziecięcia. Dziecię jeszcze wprawdzie nie mówi, ale to nie znaczy, że nie umie się porozumiewać z otoczeniem. Umie. A najsprawniej opanowała klasyczne zaprzeczenie i odmowę, czyli kręcenie głową na „nie”. Bardzo szybko odkryła, że nowa umiejętność nie tylko wzbudza zachwyt rodziny, ale daje jej pewien zakres władzy. Z każdym kolejnym dniem obserwowałam jak Kitka wciąż na nowo upaja się tym, że może czegoś odmówić i że ta odmowa zostanie uszanowana. W ten oto sposób zostaliśmy pozbawieni buziaków i przytulasów, bo każde pytanie: „Dasz mamie buzi?” zostaje skwitowane pełnym zadowolenia kręceniem głową. Czasami z bonusem w postaci efektów dźwiękowych takich jak: „m-m-m”, albo „ne, ne, ne, ne”. Za każdym razem widzę ten badawczy wzrok pytający czy tym razem ta dziwna magiczna władza też podziała, czy nie? A potem tryumfujący uśmiech. Tak! Znowu się udało! Oh, yeah! I’ve got the power! Mały Bruce Wszechmogący :) Od czasu do czasu z wyżyn swej łaskawości Kikul sypnie jakimś buziakiem i pobłażliwie patrzy, że mamy z tego taką radochę. Jak małpa z kostki mydła.

Niestety weszliśmy też w etap prób siły. No, bo skoro zwykłym „ne, ne, ne” da się do pewnego stopnia kształtować rzeczywistość, to czym jeszcze? Gdzie są granice? A może ja mogę wszystko? Obstawiam, że takie właśnie myśli roją się w tej kudłatej ponad miarę główce. Tak więc Ewa sprawdza granice swojej władzy nad otaczającym ją światem a przy okazji, (taki mały efekt uboczny), granice naszej cierpliwości. Z uporem maniaka powtarza czynności, których jej zabraniamy, (wrzucanie psiej karmy do psiej miski z wodą), zagląda w miejsca, w które zaglądać jej nie wolno, (szuflada i szafka biurka), dotyka zakazanych rzeczy, (słoiki – jak uda się, któryś dorwać należy zrobić co następuje: zacząć szybko uciekać, głośno piszczeć z zadowolenia). Oprócz tego niestety próby siły odbywają się czasem w sposób jednostronnie siłowy. To znaczy ona używa wobec nas siły pięści, a nas świerzbi ręka, ale wiemy, że należy nadstawić drugi policzek. Choć najczęściej oba rozwiązania zawodzą, bo świerzb nie zostaje zaspokojony siarczystym klapsem (powiedziałam, że nie to nie), ale i drugiego policzka nie nadstawiamy, tylko się oburzamy, mówimy, że absolutnie nie wolno i obrażamy się. Działa doraźnie. Ale na skutki długofalowe mamy jeszcze czas.

W każdym razie Ewa chyba w swoim pokrętnym toku myślenia połączyła chęć czułości z odmawianiem nam jej właśnie przez bicie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie raz bowiem spotkałam się z taką sytuacją: trzymałam Kikula na rękach, ona zaczynała mnie bić po twarzy, ja oburzonym głosem mówiłam: „Hej! Dlaczego bijesz mamę? Nie wolno bić!”, a ona natychmiast z szerokim uśmiechem podstawiała mi policzek do całusa. Najwyraźniej wyznaje filozofię, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie…

Dość długo mnie nie było, bo ponad miesiąc, ale postaram się wrócić do normalnej rutyny pisania. Co zrobić. Shit happens.

Wieczorne spostrzeżenia matki

W książce „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, o której pisałam tutaj, jest taki ciekawy cytat. Autorka przytacza słowa swojej koleżanki, Francuzki, która mówi, że wieczorem po całym dniu nie chce już widzieć zabawek swoich dzieci w innych pomieszczeniach w domu. Muszę przyznać, że z jednej strony ją rozumiem. Człowiek chce się zrelaksować po męczącym dniu a tu – bach! – nadeptujesz na piszczącego misia, drugą stopą na piłeczkę, przewracasz się, suniesz majestatycznie dwa metry na pozostawionym na środku pokoju jeździku i z gracją lądujesz w nieuprzątniętym zamku z klocków. 10 na 10!

Niemniej ja sama mam trochę inne odczucia. Usypiam Ewę, wychodzę z jej pokoju i mój wzrok trafia na:

a) jeden różowy bucik, rozmiar 19, pozostawiony na biurku,

b) plastikową, nakręcaną żabkę, która ma akurat przerwę w skakaniu, również pozostawioną na biurku,

c) zabawkowy kręgiel, koloru fioletowego koło misek z psim jedzeniem,

d) plastikowe kółeczko z wieży wkopane pod biurko,

e) krasnala – magnes na lodówkę zażywającego relaksu na stoliczku, obok zegara,

f) jeździk zaparkowany tuż koło drzwi do pokoju dziecięcego, (zapewne, żeby właścicielka mogła go użyć zaraz po wstaniu),

g) lalkę porzuconą w dziwacznej pozie koło naszego łóżka,

h) dowolny przedmiot niewielkich rozmiarów ułożony troskliwie w nocniku,

i) kolorowego bąka przewróconego na bok i czyhającego na naiwniaka, który nadepnie go łamiąc tym samym pręcik napędowy (ha! niedoczekanie podstępny bąku, ty!),

j) kilka magnesów, które zamiast grzecznie trzymać się lodówki zostały schowane pod leżący pod nią dywanik, (na później),

k) dywan upstrzony klamerkami (to ostatnio zabawkowy hit – koszyczek z klamerkami).

Co ciekawe naprawdę to lubię :) Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży czekałam na to. Na ten moment kiedy Ewa wygospodaruje sobie swoje własne miejsce w naszej przestrzeni. Kiedy cały dom będzie naznaczony jej radosną obecnością. Cieszy mnie to, a takie „znaleziska” mnie rozczulają :) Przyjdzie niedługo moment, kiedy zacznie mi pomagać w sprzątaniu, ale to jeszcze nie teraz. Jeszcze jest na etapie wyciągania, a nie wkładania. Ale powoli oswajam ją ze sprzątaniem, zapraszam mówiąc wieczorem „Chodź Ewuniu, teraz powkładamy zabaweczki do pudełka, tak? Pomożesz mamie? I siuuup! Zobacz, klocek ląduje w pudełku.” Nie chciałabym wprawdzie utonąć w morzu zabawek zostawionych beztrosko przez dziecko w całym domu, ale nie chciałabym też nie mieć ani jednego namacalnego „dowodu”, że moja mała szkrabo-szelma cały dzień tu kitkowała :)

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

Tłuściutki bobas w dobrym tonie

Ostatnio zauważyłam, że ten świat jest dziwny. To znaczy, zauważyłam to już dawno, ale wciąż mnie zaskakuje. Mianowicie odkryłam, że w moich stronach najwyraźniej kultura wymaga, żeby powiedzieć o małym dziecku znajomego (lub nieznajomego), że jest okrąglutkie, grubiutkie, czy, że „dobrze sobie wygląda”. Początkowo wszelkie takie spostrzeżenia: „ależ ona ma wałeczki na rękach”, (chyba jak sobie narysuje…), „jaka papulaśna buzia”, (że łot?), „ale ma pupkę, lubi sobie podjeść”, (taaa…pełny pampers nie ma tu NIC do rzeczy…), no więc początkowo wszystkie te mądrości grzecznie i z uśmiechem prostowałam: „nieee… to tylko pampers”, „wałeczki? gdzie niby?”, „ona akurat jest szczuplutka”. Teraz już się poddałam i po prostu przyklejam na twarz miły sztuczny uśmiech i kiwam głową.

Nie chodzi o to, że nie chcę mieć grubego dziecka, czy uważam, że już od najmłodszych lat trzeba dbać o linię, ale Ewa akurat nie jest typowym okrąglutkim bobaskiem z reklam. Nie ma żadnych wałeczków, ani fałdek. Policzki ma jak to dziecko – trochę chomiczkowe, ale twarzyczka raczej powoli robi się owalna niż okrągła. Jej wagę i wzrost dzielą dwa pasma centylowe i robię wszystko co mogę (w granicach rozsądku), żeby ta odległość się nie zwiększała, żeby dziecko zostało w granicach zdrowej wagi. Nie jest niejadkiem, dostaje pełnowartościowe pięć posiłków dziennie, ale po prostu tak się rusza, że wszystko spala. Zresztą kiepsko wystartowała, bo przez zapalenie płuc w pierwszym miesiącu nie przybierała na wadze tak jak powinna. W każdym razie usłyszeć, że Twoje dziecko, które nie ma ani jednej niemowlęcej fałdki, bo żadna nie nadążyła za jej bieganiem, jest „grubiutkie”, „tłuściutkie”, „okrąglutkie”, to bezcenne doświadczenie.

Najlepsze jest to, że na moje zaprzeczenia rozmówca zazwyczaj reagował natarczywym powtarzaniem, że jest wręcz przeciwnie. Tak więc dziwię się niepomiernie jak dalece można się posunąć w kłamstwie aby uczynić zadość dobrym obyczajom, ale już nie oponuję. No, widać tak już tutaj jest, że dziecko musi być tłuściutkie, a jak nie jest to w dobrym tonie leży wmawianie rodzicom, że jest. Ale naprawdę nie można pochwalić u bobasa czegoś co faktycznie posiada? Długie włoski, śliczne oczka, zgrabny nosek? Nie wiem, ja tu jestem naturalizowana obywatelka w tych stronach ;) więc po prostu się dostosuję. A zdziwioną minę schowam do kieszeni i wyjmę przed Wami. Ot, co.

Najfajniejszy wiek i problem nie do rozwiązania

Ewa 11 dni temu skończyła 10 m-cy i muszę przyznać, że – jak do tej pory – to chyba jej najfajniejszy wiek. Zaczęła już sama chodzić, (choć nadal jest ostrożna – przez progi przechodzi na czterech, a na nieznanym terenie woli trzymać kogoś za rękę), potrafi się fajnie bawić, tak sama jak i z nami, umie się skupić na coraz dłużej. Oprócz tego nie zniknęła na szczęście jej najwspanialsza cecha czyli niesamowita pogoda. Dzidzior jest roześmiany i zawsze skory do żartów i zabawy. Potrafi popłakać, potrafi zaprotestować jak coś, lub ktoś jej się nie podoba, a nawet dzisiaj przeszła pierwszy pokaz buntu dwulatka (przed roczkiem???). Mianowicie uznała, moją prośbę o niewyciąganie piłek z kosza w sklepie z zabawkami za bezzasadną. Kiedy z kolei ja uznałam, że skoro powiedziałam „nie” i przeniósłszy ją dwa metry dalej próbowałam postawić na podłodze, zaczęła mi się pokładać, krzyczeć i zalewać się rzewnymi łzami. Moją fantastyczną cechą jest konsekwencja, więc nie przejęłam się kompletnie ludźmi w sklepie, wzięłam Ewę na ręce i zainteresowałam ją czymś innym. Tak czy siak, mimo wszystko, (również mimo upartego budzenia się w nocy i odmowy zaśnięcia…), Kitka weszła w najfajniejszy jak do tej pory wiek. Najgorsze doświadczenia jak na razie miałam w miesiącach 8 – 9. Zaczęła się wtedy budzić w nocy a w dzień była wyjątkowo marudna i płaczliwa. Przypuszczam, że mogło to mieć coś wspólnego z tym, że dużo chciała, a jeszcze nie mogła. Nie chciała bawić się sama i nie umiała się skupić na dłuższy czas przez co zajmowanie się nią w połączeniu z jej ciągłymi napadami frustracji naprawdę było trudne i mało przyjemne. Ale teraz jest super :)

Tylko co z tym budzeniem się? Może ktoś z Was miał podobny problem, albo ma jakiś pomysł? Kikul budzi się w nocy między 2 a 5, dostaje mleko, ma przebranego pampera, a potem nie śpi od 1,5 do nawet 3 godzin. Czasem chce jej się bawić, ale przeważnie wygląda na śpiącą. Ale nie śpi. Próbowałam chyba wszystkiego. Wymyśliłam mianowicie, że: może jest jej duszno, może nie podoba jej się całkowita ciemność, może jest jej za gorąco, za zimno, może chce przytulankę, może trzeba lulać i kołysać tak, siak i jeszcze inaczej, może zamiast kołysać lepiej pogłaskać po buzi, albo po pleckach, puścić kołysanki, posiedzieć w pokoju, wyjść z pokoju i przez dłuższą chwilę nie reagować na marudzenie, (spokojnie, nie pozwoliłam jej płakać rzewnymi łzami), dokarmiać ją na śpiku około 22 – 23, czyli przed naszym pójściem spać… To chyba wszystko. Za każdym razem staram się jej nie rozbudzać. Przebieram jej pieluchę z mizernym światełkiem (najczęściej wyświetlaczem radia) bez wyciągania z łóżeczka, staram się do niej odzywać tylko w ostateczności a i to szeptem i kojącym głosem, nie reaguję na jej zaproszenia do zabawy. Naprawdę nie wiem już co robić. Czy w ogóle da się coś zrobić czy po prostu to przeczekać?

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

Dla brzuszka maluszka – domowy kisiel

Ostatnio odkryłam przepis na domowy kisiel dla niemowlaka. Podeszłam do sprawy bardzo entuzjastycznie, bo zawsze to nowość dla kikulowego podniebienia oraz inny sposób na podanie owoców. Trochę deserkowej odmiany się przyda, a taki domowy kisielek będzie bardziej owocowy niż kupny no i rzecz jasna pozbawiony chemii i konserwantów. Przepis jest wyjątkowo prosty i szybki.

Czego Ci trzeba: ok. 100 g dowolnych owoców, szklanka wody, 15 – 20 g mąki ziemniaczanej (ilość zależy od tego czy chcemy, żeby kisiel był rzadszy czy gęstszy).

Jak tego użyć: zagotować szklankę wody; na wrzątek wrzucić umyte pokrojone owoce i pogotować jakąś minutę, może mniej, dopóki nie zrobią się bardzo miękkie; wyjąć owoce i przetrzeć przez sito; uzyskaną papkę dodać do wody i znów moment pogotować; jeśli ktoś sobie życzy można dosłodzić, jeśli nie to nie; od 6-ego miesiąca życia dziecka można dodać pół surowego żółtka i dokładnie zagotować, albo trochę mleka dla zwiększenia wartości odżywczej – ja tego akurat nie robiłam, bo kisiel z żółtkiem i mlekiem jakoś mi się nie widzi, ale może spróbuję kiedyś :) ; mąkę ziemniaczaną rozrobić niewielką ilością wody i dolać do rondelka ciągle mieszając aż do uzyskania konsystencji kisielu; pogotować jeszcze z 15 sekund i przelać do miseczki celem wystudzenia i konsumpcji :)

Można oczywiście dodać pokrojone kawałki świeżych owoców. Kitka wcinała aż jej się uszy trzęsły i bardzo sobie chwaliła taki deser :) Ja też, bo było szybko, smacznie i wiem co podaję dziecku.

http://3.bp.blogspot.com/-6MRidkJIaMU/UQp-oq6X1ZI/AAAAAAAADdk/4K7L2DrWyDs/s1600/DSC00010.JPG

zdjęcie

Garść inspirujących cytatów

Są dwie drogi aby przeżyć życie: żyć tak jakby nic nie było cudem, albo tak jakby cudem było wszystko.

Jeśli kapitan okrętu nie wie, do której przystani chce przybić, to żaden wiatr nie będzie mu pomyślny.

Jak bardzo zależymy od ludzi, którzy od nas zależą. Ten silny jest całkowicie bezbronny wobec tego słabego. Bo ten słaby mu zaufał i już nie może być zostawiony. Kochać tę maleńką istotę to w sposób nieunikniony od niej zależeć, to dawać jej „wszechwładzę” nad sobą.

Ostrożni żyją dłużej od odważnych. Umierają mniej tragicznie. I rzadziej przy tym krzyczą ze strachu.

Kiedyś na pewno zmądrzeję, ale to jeszcze nie pora na takie wybryki.

Kiedy decydujesz się na dziecko, zgadzasz się, że od tej chwili Twoje serce będzie przebywało poza Twoim ciałem.

Gdy człowiek umiera nie pozostaje po nim na tej ziemi nic oprócz dobra, które uczynił innym. 

Są ludzie nieuleczalnie okaleczeni, których chciwość i próżność skaziła tak głęboko, że nie ma żadnego sposobu, aby zbliżyć się do ich chorej duszy.

Every man dies. Not every man really lives.

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. 

Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że nasz dom był domem prawdziwie szczęśliwym. W dużej mierze dzięki mojemu ojcu, człowiekowi niezwykle zgodliwemu. Dzisiaj ta zaleta nie bywa mocno podkreślana.

Jak to powiedziała pewna stara Irlandka o swoim mężu: – On jest moją prawdziwą głową. – Właśnie tego potrzebuje kobieta. Musi czuć, że małżonek jest człowiekiem prawym, że może na nim polegać i cenić sobie jego zdanie, że w razie konieczności jemu można pozostawić podjęcie trudnej decyzji. 

Dziwne wydaje mi się twierdzenie, że jest coś chwalebnego w pracy. Dlaczego? [...] Praca to kwestia ekonomii i konieczności, dlaczego zatem miałaby być czymś chwalebnym?

Bright Starts i Baby Mix (aka Fisher Price) – ocena porównawcza bujaczków

Odświeżam starą funkcję bloga, czyli oceny artykułów dziecięcych :) Dziś będzie ocena porównawcza dwóch bujaczków, które miałam przyjemność używać. A właściwie Kitka miała tę przyjemność, bo ja – choć nie uważam się za grubą – dawno już przekroczyłam przepisowe 18 kg.

Bujaczek – leżaczek Bright Starts Comfort and Harmony, Hipopotam:

http://zabawkidoris.eu/userdata/gfx/4530f3e50a4a0317588726a11603b88b.jpg

zdjęcie

Leżaczek służy dzieciom o wadze od 3 do 9 kg, ma funkcję wibracji, kilka melodyjek, które można ustawić na dwóch poziomach głośności, dwustopniową regulację położenia, demontowany pałąk z zabawkami i odpinaną wkładkę dla niemowląt (widoczną na zdjęciu).

Wibracja i melodyjki zainteresowały Kitkę tylko na samym początku, kilka razy. Kiedy przestały być nowością, Ewa ordynarnie się nimi znudziła i bezczelnie je ignorowała. Melodyjki są dość ciche, co może być wadą (słabo je słychać, więc dziecko niezbyt się nimi interesuje), albo zaletą (nie doprowadzają rodzica do szewskiej pasji). Pałąk, (za który NIE należy przenosić bujaka), początkowo jej nie interesował, a potem kiedy była większa musiał zostać zdemontowany na stałe, bo zabawki latały jej po buzi kiedy próbowała siadać. Dwustopniowa regulacja położenia faktycznie jest przydatna. Dziecko albo leży, albo na wpół siedzi i każda z tych pozycji jest dla niego wygodna. W pozycji leżącej nawet zdarzało się mojemu dzieciowi zasnąć, więc najwyraźniej leżaczek był wygodny. Tapicerkę niestety niemiłosiernie trudno się zakłada, więc ściągnęłam ją do prania dopiero teraz, kiedy przeszliśmy na bujaczek o szerszym zakresie wagowym. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, że przecierałam ją mokrą gąbką i wszystkie plamy ładnie schodziły, więc łatwo się pierze. Z tym nie było akurat problemów. Bujaczek jest na solidnej metalowej ramie i ma porządne zapięcia, więc nigdy nawet przez chwilę się nie bałam, że się przewróci, to jest wielki plus. Kiedy Ewa zaczęła się wiercić i interesować wszystkim wokół, a nawet wyginać maksymalnie do przodu, żeby sięgnąć coś co leżało przed nią – bujak twardo stał w miejscu, a zapięcia nigdy nie dały mi powodów do obaw. Dobrze nam służył do tych dziewięciu kilogramów i trochę mi żal go sprzedawać, ale Kikulek rośnie. Mogę go z czystym sumieniem polecić, jeśli ktoś się nad nim zastanawia.

Bujaczek – leżaczek Baby Mix

http://www.wujekfranek.pl/public/gallery/78356/baby_mix_lezaczek_niemowlecy_0_18_kg_cena_hurt(2).jpg

zdjęcie 

Z tego cudeńka korzystamy dopiero od niedawna, ale jakieś spostrzeżenia jednak już są. Przede wszystkim bujak jest identyczny jak ten z Fisher Price, z tym, że cena jest odpowiednio niższa. Okazało się, że skończył się czas patentu FP na ten model, dlatego inne firmy też zaczęły go produkować. Bujaczek posiada funkcję wibracji, której nie używałyśmy, więc o niej nic nie napiszę. Wibracje to wibracje, wątpię, żeby nas czymś zaskoczyły. Melodyjka jest tylko jedna – uruchamia się kiedy dziecko pociągnie za jedną z zabawek. I tu niestety wielki minus, bo melodyjka jest dość przenikliwa i dla mnie osobiście wkurzająca. Pałąk można odwrócić tak, żeby nie przeszkadzał, jeżeli maluch nie ma ochoty się nim bawić. Niestety – nie wiem czy to cecha tego modelu, czy my mamy po prostu taki egzemplarz – odsunięty lubi „wracać” na swoje miejsce, także w chwilach bezczynności musi być demontowany. Prawda jest taka, że Kiki w zasadzie w ogóle się nim nie interesuje także przeszedł w permanentny stan spoczynku. Liczę, że może się ewentualnie przydać w jakiejś bardzo ciężkiej chwili, kiedy Ewa będzie rozmarudzona – zamontuję wtedy pałąk, zaskoczy ją to i zajmie choć przez chwilę. Innego zastosowania dla niego w tej chwili nie widzę.

Bujaczek ma cztery nóżki, które można rozłożyć, (na zdjęciu wszystkie są złożone) i wtedy przekształca się w leżaczek – krzesełko, na którym dziecko stabilnie siedzi, można je nakarmić itp. Spotkałam się nawet z opinią, że jest do niczego, bo kobieta zostawiła w nim 7-miesięczne, ruchliwe dziecko i wyszła z pokoju, a jak wróciła to synek leżał nakryty bujaczkiem. Poprosiłam o pomoc moją profesjonalną testerkę i w kontrolowanych warunkach sprawdziłam jak to wygląda w praktyce. Owszem, ruchliwe dziecko może się przewrócić razem z leżakiem, ale tylko jeśli przednie nóżki są złożone (jak na zdjęciu). Jeśli wszystkie cztery są rozłożone – leżaczek stoi stabilnie. Mimo usilnych prób Kikula, żeby zmienić ten stan rzeczy. Przy złożonych nóżkach można malucha przyjemnie kołysać. Za oparciem jest jeszcze jeden zatrzask. Zapięty podnosi je trochę do góry, tak żeby dziecko mogło się oprzeć na siedząco, a rozpięty pozwala mu opaść do pozycji leżącej. Tylne podpory można również wydłużyć, lub skrócić, wtedy bujak analogicznie przyjmuje pozycję krzesła, albo płaskiej kołyski. Haczyk jest taki, że kołyska ma ograniczenie wagowe do 9 kg. Jak widać zakres pozycji, które może przyjmować jest wystarczający dla dziecka od okresu niemowlęcego aż po siedzącego juniora.

Niezadowolona matka, o której pisałam powyżej, miała też żale, że dziecko ilekroć wstaje przy bujaczku kończy się to upadkiem i uderzeniem w głowę. No cóż. Bujaczek nie służy jako stabilna podpora dla wstającego dziecka. Z tego prostego powodu, że ma lekką ramę. Nie wyobrażam sobie przenoszenia go gdyby było inaczej, więc nie pozwalajcie dzieciom przy nich wstawać. Myślałam, że to oczywiste, ale… Sprawdziłam też spieralność tapicerki. Przetarta mokrą gąbką puszcza plamy. Do pralki jej nie wrzucimy, bo w siedzisku jest zaszyta deseczka – żeby mogło na nim usiąść cięższe dziecko. No chyba, że ktoś ma ochotę pruć, wyciągać deseczkę, prać i zaszywać z powrotem. Na zapięcia służące do przytrzymania malucha patrzę cały czas podejrzliwym okiem, bo wydają nie wydają mi się tak mocne jak te przy Bright Starts, ale jak na razie jest to podejrzliwość na wyrost, bo Kikul naprawdę robi kosmiczne ewolucje, obraca się na wszystkie strony i wygina jak może, a nic nigdzie nie puściło. Regulacja długości pasków ma oczywiście szerszy zakres niż przy poprzednim, bo ten bujaczek ma służyć dzieciom dłużej.

Podsumowanie

Pałąki są do niczego w obu bujakach. Albo dla nas są do niczego, bo ani jeden, ani drugi nie wzbudził zainteresowania Kikula. Prawdę mówiąc karuzelka nad łóżeczkiem interesowała ją niewiele bardziej i to chyba tylko z tego powodu, że się kręci, więc widać moje dziecko tak już ma. Bright Starts jest trochę cięższy niż Baby Mix, bo rama jest metalowa. Żadnego jednak nie nazwałabym szczególnie trudnym do przenoszenia z powodu wagi. Być może noworodkowi będzie wygodniej w pierwszym bujaczku, bo to jest materiał zawieszony na ramie, dzięki czemu w miarę dopasowuje się do dziecka. Ale z drugiej strony Baby Mix można przerobić na kołyskę, co powinno je bardziej ucieszyć niż zwykłe bujanie w Bright Starts. Dla rodzica nie ma różnicy, bo obie opcje zakładają napęd ręczny. Co najważniejsze oba bujaczki są bezpieczne, stabilne, łatwo spieralne i wygodne. Oba można łatwo przenieść, choć zajmują sporo miejsca w pokoju. Baby Mix ma może tę przewagę, że ustawiony w pozycji kołyski „spłaszcza się”, przez co można go postawić gdzieś pionowo, albo wsunąć pod łóżeczko.

Uważam, że oba są godne polecenia, a który będzie wygodniejszy w użytkowaniu to już muszą zadecydować rodzice :) Niby ekonomiczniej kupić jeden na dłużej, ale ja nie żałuję w sumie, że zaczęliśmy od Bright Starts :)