Archiwa tagu: bogactwo

Dzwonek polny i dzwon spiżowy

Zastanawiałam się. Jakie jest życie wielkich, wpływowych ludzi? Gwiazd, ale tych naprawdę pamiętanych przez pokolenia. Dyktatorów, strasznych i okrutnych, ale na wieki zapisanych na kartach historii świata. Bogaczy, tych z samego szczytu. Takich, dla których miliard to najwyżej napiwek pozostawiany przez życie.

Zastanawiałam się. I doszłam do wniosku, że dla znakomitej większości z nich to musi być jednak życie zmarnowane. To są ludzie, którzy żyją niejako dla innych, nie dla siebie. Nie w tym dobrym sensie. Ale tak wiele z siebie rozsyłają na świat, próbując w ten sposób ten świat anektować, zajmować swoją osobą przez zasiedzenie w umysłach, sercach i pamięci ludzkiej, że nic nie zostaje im dla nich samych.

Nie zostało ani trochę Marylin dla Marylin. Doszła do momentu, w którym okazało się, że żadna jej część nie rozwija się. Nie wzrasta w górę. Płoży się raczej, zajmując dużą powierzchnię, przekraczając granice zwykłej popularności, ale w tym całym blichtrze i świecie, o którym tylu marzyło, zatraciła siebie. Swoją istotę. Tę część, która mówi: „jestem tylko twoja, rośnij, pnij się, rozwijaj swoje dobre cechy, zostaw za sobą błędy, pokonuj własne wady, bądź najlepszą wersją siebie!”

Żaden dyktator nie sypia spokojnie. Najpierw obsesyjnie pragnie zdobyć władzę wkładając w ten cel całego siebie, każdą cząstkę swoich myśli, swojego jestestwa, po to tylko, by po odniesieniu sukcesu równie obsesyjnie martwić się, że straci swoją pozycję. Wkłada więc nadludzki wysiłek, cały swój spryt i poświęca wszystkie myśli, kierując każde działanie na utrzymanie tego co już osiągnął. Nie wierzę w mit, że dyktatorzy i tyrani są nieustraszeni. Myślę, że to ludzie, których strach wypełnia wręcz po brzegi. Człowiek bywa odważny, nawet nieustraszony wtedy kiedy widzi przed sobą drogę. Kiedy widzi alternatywy. Czuje się wtedy dzielny, bo wie, że ma różne możliwości, różne drogi do różnych swoich celów. Ktoś stojący na szczycie nie ma już przed sobą żadnej drogi oprócz tej prowadzącej na samo dno. To smutne być człowiekiem jednego celu. Jakże ubogie musi być jego życie.

Bogaczowi natomiast wydaje się, że jest potężny jak bizon, dostojny jak lew, sprytny jak pantera, podczas gdy ja i mnie podobni patrzą na niego i widzą chomika biegającego w kołowrotku. Biedne stworzenie, które nigdy nie dogoni tego za czym tak obsesyjnie przebiera łapkami, bo nie istnieje w ogóle szczyt, na który mogłoby się wspiąć i powiedzieć: „jestem kontent, osiągnąłem co chciałem.” Nie istnieje bowiem taka miara bogactwa, która zaspokoiłaby potrzeby człowieka już posiadającego fortunę. I znów, zamiast podążać swoją drogą do stania się najlepszą wersją siebie, Krezusi tego świata stoją wciąż parę metrów od linii startu i zachłannie ryją nosem w trawie na poboczu, żeby wyzbierać każde lśniące szkiełko, ścigać każdy odblask, który potencjalnie może być złotem.

Każdy ma w życiu jakieś cele. Większe, mniejsze. Jeden chce zostać wiceprezesem sporej korporacji, inny chce mieć jednoosobową firmę, w której sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeden chce pomagać ludziom, poświęcać się dla sprawy, rozdawać im siebie, ale w taki sposób, żeby to co dobre w sobie rozwijać i pomnażać, innemu zaś wystarczy założyć małą rodzinę, którą będzie ze wszystkich sił ochraniał i uszczęśliwiał. To jest dobre. Każde życie jest cenne, bo każde życie można uczynić dobrym, jeśli tylko się chce. Ale aby nadać mu sens, prawdziwy, głęboki sens, trzeba wzrastać do światła. Rozwijać siebie. To co mamy dobrego pielęgnować i dzielić się tym. To co mamy w sobie złego wyrywać i odrzucać jak chwast, by wypaliło się na słońcu. Pracować nad sobą, całe życie pracować nad sobą. A wtedy nawet jeśli po naszej śmierci nie zagrają orkiestry, nie okryje się czernią imperium, które zbudowaliśmy, zyskamy coś cenniejszego. Choćby tylko jedna osoba powiedziała: „Odszedł człowiek dobry i prawy”, choćby tylko ktoś jeden przechował w sobie to co mogliśmy dać mu najlepszego i uznał, że jest to dość dobre, by przekazać to innym – nasze życie miało sens.

Ludzie wielcy są widoczni z daleka. Czy źli, czy neutralni są zapamiętywani. Dla nas, dla historii, dla świata ich życie miało jakiś sens. W jakiś sposób na nas wpłynęli, zmienili nas. Ale to co liczy się naprawdę w ostatecznym rozrachunku, to czy dla nich to życie miało jakiś sens. Czy oni go widzieli? Są jak ogromny dzwon. Widzialni, słyszalni, echa ich czynów, ich osobowości, rozbrzmiewają długo, a oddźwięk niesie się daleko. Ale żeby mogli uzyskać taki efekt, musieli najpierw opróżnić swoje wnętrze. Musieli poświęcić to co w nich było żywe i dla nich cenne. Wolę być małym polnym dzwonkiem, takim samym jak setki innych wokół mnie. Pochylać się na wietrze, mieć świadomość, że jestem mała i tak nieznacząca dla świata, że można mnie zdepnąć i nawet o tym nie wiedzieć. Ale wiedzieć, że moje życie jest cenne dla mnie, a po mojej śmierci inne dzwonki pochylą głowy i zapłaczą choć przez krótką chwilę.