Dzień cytatów – dobro i zło

„Na tym świecie nigdy dobrze nie będzie. Z ludzi zawsze wyjdzie samolubstwo. Dopiero teraz to zrozumiałam, jak mam osiemdziesiąt lat. Świat się może najwyżej pogorszyć. Tylko, że w tym wszystkim – my mamy być dobrzy.”

Te słowa powiedziała Gizela w „Kalamburce” M. Musierowicz. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że tylko człowiek płytki, który nie potrafi wniknąć w istotę rzeczy uzna je za pesymistyczne, lub zasmucające. Dla mnie tchną one optymizmem. Sugerują, że wszystko zależy od nas. Zdejmują z nas odpowiedzialność za zło tego świata, nakładając odpowiedzialność za siebie. To pomaga. Pomaga myślenie w mniejszych kategoriach, bo jeśli w nich zajdą zmiany to zmieni się też całokształt. A łatwiej robić małe kroczki, podejmować małe wyzwania niż próbować od razu zbawiać cały świat. Jan Paweł II powiedział: Wy musicie być tą zmianą, którą pragniecie ujrzeć w świecie. Musierowicz pokazuje nam też, że nasze zadanie jest jasno wyznaczone, (nie są to jakieś mgliste zapewnienia o naprawie świata wygłaszane uszminkowanymi ustami Miss Polonia) i bardzo proste. Nad czym bowiem człowiek ma większą władzę niż nad sobą? Na cóż mógłby mieć większy wpływ?

Źli ludzie to ci, którzy myślą, że świat jest zły i źli są wszyscy wokół. I czynią zło, myśląc, że bronią się przed złem innych.

Cóż powiedzieć? Czyste słowa ks. Popiełuszki: Zło dobrem zwyciężaj. Bo ogień zwalczany ogniem sprawia tylko, że pożar się rozprzestrzenia. Na myśl przychodzi mi też refleksja wspaniałego sir Anthony Hopkinsa: Kiedyś traktowałem ludzi dobrze – teraz z wzajemnością. Jak świetnie to rozumiem. Jak bardzo chciałabym działać tym systemem. Bo wtedy wszystko byłoby łatwe. Ale prawda jest taka, że nie zawsze łatwa droga jest tą właściwą. Tak po prawdzie to prawie nigdy nią nie jest. Ale: Nie obiecano nam spokojnej drogi, ale bezpieczne przybycie.

Postępy nocnikowe

O nocniku pisałam już tutaj. Zaczynaliśmy wtedy nocnikowanie na szeroką skalę, z dobrymi chęciami, kilkoma pomysłami i bez spiny, czyli ze świadomością, że może się nie udać. Ewcik miał wtedy 8 miesięcy. Teraz ma rok, (no dobra, będzie miała za 10 dni) i mogę powiedzieć, że jest dobrze, naprawdę dobrze.

Non stop czytam, że przed drugim rokiem życia nie ma co próbować odpieluchowania, bo dziecko w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że chce mu się siusiu, czy kupę i nie ma możliwości panowania nad potrzebami fizjologicznymi i ich sygnalizowania. I tutaj słowo do wszystkich ekspertów tak często spotykanych w gazetach: dupa. Ot, co. Dupa i dzyndzelek. Niedawno zauważyliśmy, że kiedy Kitka robi siusiu w pieluchę, staje gdzieś na uboczu, albo przykuca odkładając to czym była zajęta. A skoro tak, to znaczy, że może już aktywnie korzystać z nocnika, a nie tylko być nań wysadzana bez swojej wyraźnej woli. Co do dwójeczki, to cwaniara szybko załapała, że wygodniej jest kupę oddelegować do nocnika zamiast nurzać się w niej przy pomocy pieluchy, także okupana pielucha zdarzyła się ostatnio właśnie jak miała 8 m-cy. W tym przypadku wybór nocnika nosi wszelkie znamiona działania świadomego i celowego, bo nie raz na wyjazdach, (czasem całodziennych), potrafiła cały dzień wytrzymać by zaraz po powrocie do domu późnym wieczorem (raz nawet i nocą), z wielką ulgą rąbnąć klocka na nocnik. 

Dłuższy czas zakładaliśmy jej pieluchy tetrowe, ale widząc brak efektów ulegliśmy wygodzie i wróciliśmy do pampersów zakładając, że tetra posłuży nam kiedy zobaczymy, że Ewa wie, że przychodzi pora na siusiu. Ale i teraz lenistwo wzięło górę. Na szczęście ta mało szlachetna cech jest matką kreatywności. Wymyśliłam, że najlepiej będzie Effie założyć majtki, a na nie dopiero pieluchę. W ten sposób będzie czuła, że ma mokro, a nie ucierpią meble, dywany, mój kręgosłup (od latania ze szmatą), ani spodenki, które zapewne prać trzeba byłoby w ilościach hurtowych. Pomysł okazał się genialny, bo Kitka po pierwszym siknięciu w te pieluchomajtki zrozumiała, że ktoś tu zrobił jej brzydki kawał i energicznie zabrała się do pracy. Niedługo potem więc, kiedy znowu poczuła parcie na pęcherz, pobiegła do kąta, w którym stoi nocnik i przyniosła go, a nawet postawiła na kanapie gdzie zwykle staje. Posadzona zrobiła od razu pięknie siii, a pielucha i majtki zostały suche :) Również drzemki w ciągu dnia dobrze rokują, bo po dwóch godzinach snu możemy wysadzić malosię na nocnik i dalej używać tego samego pampersa.

Oczywiście nie zamierzam jeszcze otwierać butelki szampana i święcić tryumfów, bo na to za wcześnie. Jeszcze zdarza jej się siknąć w majty kiedy jest zajęta zabawą, albo odwrotnie – przynieść nocnik kiedy wcale jej się nie chce. Zdarza się też, że ja się zapomnę, bo kiedy mała biega i szaleje to moim zadaniem jest spytać co jakiś czas czy chce siusiu. Ale jeżeli o tym pamiętam to majtki raczej są suche :) Także jesteśmy na bardzo, baaaardzo dobrej drodze i jestem naprawdę zachwycona :)

Wyzwanie dzień 6 – książka, która Cię zasmuca

Mam w głowie dwie mocne pozycje i naprawdę tak samo zasługują na opisanie. Te tytuły to „Oskar i pani Róża” i „Kamienie na szaniec”. Ale „Oskara” będę miała jeszcze szansę opisać, choć dużo później. Wybieram więc „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego.

„Kamienie na szaniec” znają chyba wszyscy. Na pewno powinni, bo ostatecznie to lektura w szkole. Ci, którzy wtedy dali ciała i nie przeczytali być może skusili się i obejrzeli film. O nim się nie wypowiadam, bo nie widziałam, nie byłam, doszłam do wniosku, że wolę obraz, który pozostawiła po sobie książka. Dla niedouków streszczam szybko akcję: książka opowiada prawdziwą historię trójki przyjaciół, maturzystów z rocznika ’39, którzy w różny sposób aktywnie walczą z okupantem. Tyle. Żeby wiedzieć więcej przeczytajcie książkę.

Pierwszy raz natknęłam się na tę pozycję w bibliotece szkolnej kiedy byłam w czwartej klasie podstawówki. Wypożyczyłam ją i ku zdziwieniu dorosłych, którzy twierdzili, że to jeszcze dla mnie za trudne, przeczytałam wczuwając się gorąco w losy Zośki, Alka i Rudego. Drugi raz przeczytałam „Kamienie” kiedy udało mi się dorwać je w księgarni. Podekscytowana biegłam wtedy do mamy, żeby mi koniecznie kupiła, albo kupię sama z kieszonkowego, bo ja MUSZĘ mieć tę wspaniałą książkę. Trzeci raz – miałam trzynaście lat i przerabialiśmy ją jako lekturę w gimnazjum. Za każdym razem płakałam jak bóbr, a w przerabianiu lektury prawie nie brałam czynnego udziału, bo bałam się, że każda wypowiedź ustna skończy się falą łez. Wczułam się mocno w opisywane wydarzenia, zżyłam się z bohaterami, którzy przecież żyli naprawdę. Zraniła mnie ta książka do samego sedna duszy, bo nie mogłam ścierpieć, że to wszystko stało się naprawdę, że ludzie potrafią być aż tak okrutni. Głównie to zapamiętałam z trzykrotnej lektury – okrucieństwo. Bohaterstwo, przyjaźń, patriotyzm – owszem. Ale najbardziej ten ból, że człowiek potrafi taki być.

Więcej nie sięgnęłam po książkę Kamińskiego. Zapisałam ją w sobie, przeżyłam, zrozumiałam i zaakceptowałam istnienie tej strony natury ludzkiej. I starczy. „Kamienie na szaniec” zasmucają mnie bardziej niż wspomniany wcześniej „Oskar i pani Róża” właśnie z tego powodu, że wszystko to zdarzyło się naprawdę. I że nie było to nieuniknione. „Kamienie na szaniec” odarły mnie z dziecinnej niewinności, która kazała wierzyć małej dziewczynce, że świat jest bezpieczny, a ludzie z natury dobrzy.

http://2.bp.blogspot.com/-dZkxEI0APLA/Uw40rMKBQ9I/AAAAAAAAApQ/TUzeyqa4Eu0/s1600/kamienie_na_szaniec-1255621089.jpg

Wyzwanie dzień 5 – książka, która sprawia, że jesteś szczęśliwa

Książka, która sprawia, że jestem szczęśliwa? Nie ma takiej jednej. Uszczęśliwia mnie czytanie książek, które okazują się być dobre. Oczywiście wgryzając się w dzisiejszy temat wyzwania można uściślić, że niektóre są dobre, ale mnie zasmucają, bo np. pokazują świat w czarnych barwach. Inne zaś są dobre i uśmiecham się przy nich, ale to dlatego, że są po prostu zabawne. A jak wiadomo rozbawienie i szczęście to nie to samo. Ok. Niech będzie, że te odpadają. Jestem szczęśliwa czytając przykładowo kryminały Agaty Christie, bo mimo morderstwa, które jest niezaprzeczalnie najohydniejszym wynalazkiem ludzkości, mają w sobie jakieś takie… umiłowanie prawdy i sprawiedliwości. O! I całkiem tego nie planując sama przed sobą odkryłam jakie książki czynią mnie szczęśliwą! Te, które przedstawiają wizję świata sprawiedliwego. Świata, w którym dzieją się złe rzeczy, ale który sam w sobie jest dobry i uporządkowany. Książki, w których bohaterowie mają niezawodny kompas moralny. Które odróżniają wyraźnie dobro od zła i przekonują mnie, że ostatnie słowo zawsze należy do tego pierwszego.

Uszczęśliwiają mnie książki, które podtrzymują moją wiarę w to, że walka dobra ze złem jest być może naszym codziennym udziałem, ale jest też niejako „oszukana”, ponieważ dobro wygrało już dawno temu, a to co się dzieje na świecie jest ostatnim rozpaczliwym krzykiem powalonego przeciwnika, który chciałby, abyśmy uwierzyli w to, że wynik może się jeszcze zmienić.

Wyzwanie dzień 4 – ulubiona książka z ulubionej serii

Naturalna konsekwencja poprzedniego tematu. Tradycyjnie zacznę słowami: miałam nie lada zgryz przy wyborze ulubionej z serii. Tradycyjnie, bo jednak wyzwania czytelniczego podejmują się wszak ludzie rozmiłowani w książkach i czytaniu. A takim osobom naprawdę ciężko jest wybrać jedną z wielu przeczytanych i polubionych historii. Tym bardziej, że często mamy do czynienia z pozycjami zupełnie różnymi pod względem fabuły, stylu, nawet tematyki, ale tak samo zajmującymi i godnymi polecenia. Postaram się jednak, (nie obiecując nota bene, że mi się to uda), wybierać po jednym tytule do każdego wyzwania. Będę mogła wtedy skupić się na nim i obszerniej go opisać. Wracając do sedna wpisu – nie było łatwo wybrać jedną książkę z serii. Przede wszystkim dlatego, że każda stanowi – jak wspominałam ostatnio – zbiór opowiadań. Opowiadania te bywają różne, jedne podobają mi się bardziej inne mniej. Jak w takim razie zadecydować, który tom zawierał najwięcej tych pierwszych? Po takim czasie jaki minął od mojego ostatniego spotkania z mieszkańcami Niziny nawet tytuły poszczególnych opowiadań nic mi nie mówią. Na szczęście jest jeden tom, który – pamiętam to dobrze – spodobał mi się w całości i bez zastrzeżeń. „Towarzysz Don Camillo”.

W tej części „Małego światka” Peppone wraz z włoską delegacją zasłużonych działaczy zostają wysłani na wycieczkę do komunistycznego Związku Radzieckiego, aby na własne oczy przekonać się, jak mlekiem i miodem płynąca jest to kraina. Don Camillo podstępem zdobywa sobie miejsce wśród szanownych delegatów i przebrany za gorliwego działacza depcze po piętach swojemu ulubionemu antagoniście z misją odbicia zagubionych duszyczek i sprowadzenia ich na dobrą drogę. Ile odniesie sukcesów, a ile czeka go porażek? Zachęcam do czytania.

„Towarzysza Don Camillo” od pozostałych tomów różni większa spójność. Na ogół zebrane opowiadania Guareschiego wiążą się ze sobą luźno, lub wcale. Tym razem mamy do czynienia z ciasnym przedziałem czasowym i wąskim gronem bohaterów połączonych ze sobą ścisłymi zależnościami. To zagęszcza akcję, która do tej pory snuła się przyjemnie leniwie niczym wody Padu letnim popołudniem. Możemy bardziej wczuć się w fabułę, ponieważ jeszcze nie tak odległe są czasy kiedy i my żyliśmy w symbiozie ze Związkiem Radzieckim, a i geograficznie mamy do tych terenów bliżej niż Włosi, przez co także nasza mentalność mniej odbiega od rosyjskiej. (Wszak wszyscy pochodzimy ze szlachetnego rodu słowiańskiego, nie da się ukryć).

Podsumowując, wybrałam ten tom, bo lubię zabawne i absurdalne sytuacje, które po prostu muszą pojawić się kiedy ksiądz udaje partyjniaka w samym sercu Związku Radzieckiego, lubię perypetie dwóch silnych jak tury przeciwników – księdza i wójta, którzy tak naprawdę są najlepszymi przyjaciółmi, lubię wzruszać się nad dramatami ludzkimi, lubię dobre zakończenia i lubię czytać o sytuacjach, kiedy ludzie odsłaniają swoją prawdziwą naturę. Wszystko to znalazłam w „Towarzyszu” okraszone wspaniałym stylem Guareschiego.

http://ksiegarnia.pwn.pl/public/pic/hcovers/240/e1/towarzysz-don-camillo_41791.jpg

Wyzwanie dzień 3 – twoja ulubiona seria

Miałam mały zgryz. Po pierwsze: czy książki Królowej Kryminału – Agaty Christie – traktujące o moim ulubionym detektywie można nazwać serią? Po drugie: jeśli nawet, to czy wolę przenikliwą znawczynię natury ludzkiej i wszelakiej zbrodni, czy dowcipnego, a chwilami melancholijnego Guareschiego przykrywającego humorem poważne rozważania?

Ostatecznie, mimo całej mojej miłości do pani Christie i jej niepodważalnego talentu, którego pozostaję wierną fanką, wybrałam serię, której autorem jest Giovanni Guareschi, a która zwie się „Don Camillo”. Nie, wróć, seria zdaje się nazywa się „Mały światek”, a „Don Camillo” jest pierwszą w niej pozycją. Całość czytałam trzy razy i niewątpliwie przeczytam jeszcze kilka.

„Mały światek” to seria książek składających się z krótkich opowiadań. Spotykamy w nich ludzi mieszkających w małych wioskach rozsianych nad Padem, ich radości i problemy, cały szereg przeróżnych ludzkich postaw, zdrad, szlachetności, miłosierdzia, współczucia, odwagi, tchórzostwa, złośliwości, ale nade wszystko spotykamy dwóch bohaterów, których nie da się zapomnieć. Pierwszym z nich jest tytułowy Don Camillo - wiejski proboszcz o imponującej posturze, (bardziej przypominającej zawodowego zapaśnika niż kapłana), niemal nadludzkiej sile i niezachwianej wierze w Boga, (pomaga zapewne codzienna rozmowa z Chrystusem z Krzyża). Don Camillo jest prostym wiejskim człowiekiem i takie też są metody, którymi pasie swoje owieczki. Zna doskonale naturę ludzi znad Padu i wie kiedy wysłuchać i pocieszyć, wesprzeć silnym ramieniem, a kiedy strzelić w ucho tak żeby delikwent zobaczył przed oczami tańczących eklezjastów. Drugim, nie mniej ważnym bohaterem stanowiącym dopełnienie i przeciwwagę dla solidnego reprezentanta kleru jest wójt Peppone, czyli towarzysz Giuseppe Bottazzi, (w wolnych chwilach kowal i mechanik). Wójt jest przedstawicielem zgoła odmiennej ideologii. Mówiąc wprost jest komunistą, a nawet przewodniczącym lokalnej komórki partyjnej. Cechuje go imponująca postura, (bardziej przypominająca zawodowego zapaśnika niż polityka), niemal nadludzka siła i (na ogół) niezachwiana wiara w komunistyczne ideały i doktryny. Myli się ten, kto pomyśli, że mamy tu do czynienia z podziałem na dobrego i złego. Obaj panowie, równi sobie siłą, (tak fizyczną jak i siłą charakteru), prowokują wciąż pełne humoru sytuacje i wyśmienite nieszablonowe żarty, których aż trudno nie powtórzyć dalej.

Tym co jednak tworzy prawdziwą atmosferę tej serii, jest pewna uniwersalność. To co spotyka ludzi z Niziny, co wydobywa z nich najlepsze i najgorsze cechy, dotyczy także nas. Oczywiście to są inne czasy, inne sytuacje, ale natura ludzka pozostaje niezmienna. Książki z „Małego światka” ujmują nie tylko ponadczasową mądrością, ale też, a może nawet przede wszystkim, swoistą dobrocią i tkliwością jaka z nich płynie. Guareschi nieraz pokazuje w nich co to jest „miłosierdzie”. Udowadnia, że to słowo, często powtarzane, ale rzadko rozumiane, przeważnie wydający głuchy i pusty dźwięk, nie jest tylko słowem, ale najlepszą cechą człowieka. Często spotykaną, ale niedostrzeganą. Cichą i ukrytą. Książki tego autora są dobrym wyborem praktycznie zawsze. Kiedy chcemy się pośmiać, kiedy chcemy popłakać nad losem innych, kiedy chcemy się uwrażliwić na innych ludzi, kiedy szukamy pocieszenia, albo umocnienia w wierze. Szczególnie za to ostatnie podziwiam Guareschiego, bo pisze o wierze, a nie tylko religii i robi to na dodatek w tak delikatny i… piękny sposób, że za każdym razem jestem urzeczona tym stylem.

Ilekroć czytam „Mały światek” staję się lepszym człowiekiem. I za każdym razem znajduję nowe znaczenia i nauki ukryte w tych samych lekkich żartach, dyskretnych wzruszeniach i rozdzierających dramatach. Seria o wójcie i proboszczu to potok słów, które płyną prosto do serca i procentują tam jeszcze wiele dni po przeczytaniu ostatniego zdania z serii.

http://ecsmedia.pl/c/maly-swiatek-don-camillo-b-iext3335107.jpg

Wyzwanie dzień 2 – książka, którą przeczytałaś więcej niż trzy razy

Czasem czytam po raz wtóry znaną mi pozycję z poczuciem winy, bo czeka na mnie tyle innych ciekawych światów, a ja tu pakuję się w znane rejony. No trudno. Kiedy mam ochotę po raz setny zagłębić się w przygody Borejków z Jeżycjady to, mimo iż uwielbiam Pratchetta, jego nowy tytuł nie zrobi na mnie wrażenia. Nie ma po co się za niego zabierać. Jest sporo książek, które czytałam więcej niż raz. Mało tego, jestem gotowa znów po nie sięgnąć i wiem na pewno, że to zrobię. Ale ponieważ staram się być w tym wyzwaniu maksymalnie szczera, to muszę wyznać, że więcej niż trzy razy przeczytałam chyba tylko książki „posiłkowe”. Mam na myśli te, które współuczestniczą w tym niecnym i niemoralnym procederze jakim jest czytanie przy jedzeniu. Do posiłku wybieram książki lekkie, dobrze znane i interesujące. Absolutnie nie mogą wzbudzać gwałtownych emocji, bo w skrajnych przypadkach mogą doprowadzić do wrzodów żołądka, lub oplucia towarzyszy sztućca jedzeniem przy niepohamowanym parskaniu śmiechem. W lżejszym przypadku zaś, jeżeli książki nie znam, a jest wciągająca, do irytującego upośledzenia koordynacji, czyli niemożności trafienia sztućcem do ust. Słowem, książka posiłkowa ma być miła i odprężająca. To nie znaczy, że przy pierwszym czytaniu też ma budzić takie wrażenie. Zaznaczam to, bo wybrana przeze mnie „Achaja” Ziemiańskiego na pewno nie zalicza się do tych, po których żeglujemy spokojnie jednym okiem drugim obserwując pykający na gazie obiad.

„Achaja” to fantastyczna opowieść wydana przez specjalizujące się w tych klimatach wydawnictwo „Fabryka Słów”. Rzecz dzieje się w innym świecie, niemal łudząco podobnym do naszego. Akcja umiejscowiona jest na przełomie dwóch epok tegoż świata, u schyłku antyku. Tytułowa bohaterka jest księżniczką państwa Troy prowadzącego wieczną wojnę podjazdową z drugą potęgą znanego im świata – Luan. W wyniku intryg swojej młodej macochy Achaja trafia do wojska, po czym wraz ze swym oddziałem na bitwę, z której nie ma prawa wrócić do domu. W ten sposób zostaje luańską niewolnicą pracującą przy budowie drogi. Jednak los księżniczki nie raz się odmienia i popycha ją w najróżniejsze miejsca i pozycje społeczne. Równolegle prowadzony jest wątek czarownika Mereditha, który stara się wypełniać wolę bogów co sprawia, że i dla niego wydarzenia przybierają nieoczekiwany obrót.

Wielką zaletą tej książki jest wartka akcja. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie i bohaterowie, dosłownie, znajdują się raz na wozie raz pod wozem. Przy takiej fabule nie sposób się znudzić. Ziemiańskiego charakteryzuje dosadny, czasem wręcz wulgarny język, który jednak zaskakująco dobrze koresponduje ze stworzonymi przez niego realiami. „Achaja” daje do myślenia odsłaniając makiawelistyczne podejście do władzy i polityki. Rzuca bohaterów w niejednoznaczne sytuacje, w których ciężko określić nie tyle co jest dobre, a co złe, ale co tak naprawdę jest w tym momencie właściwe, zaś definicje dobra i zła uparcie poddaje w wątpliwość sugerując, że zależą one od wymogów chwili. Sama Achaja sprawia wrażenie jakby nie panowała nad swoim życiem, ale płynęła w nieznanym kierunku gnana niezależnym od siebie prądem. Gdy tylko udaje jej się zapanować nad własnym przeznaczeniem świat natychmiast weryfikuje to mylne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Mimo, że nie mogę nazwać tej książki optymistyczną, to jednak nie zaliczyłabym jej do literatury ciężkiej. Prawdopodobnie przez pełne humoru, przezabawne chwilami dialogi i zdystansowane podejście autora, które przekazał swoim bohaterom, dzięki czemu przeciwności losu przygniatają ich do ziemi, ale nie załamują. Oprócz tego styl Ziemiańskiego zachwycił mnie kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, w wieku 15 lat. Teraz jednak, (po setnym przeczytaniu), widzę wyraźnie jego mankamenty takie jak na przykład zbytni patos. Nie przez cały czas, ale mam wrażenie jakby czasami sam autor dał się porwać wymyślonej przez siebie chwili, która poniosła jego słowa. Obiektywnie muszę przyznać, że kiedy czytam „Achaję” po raz sto pierwszy to jest to aż śmieszne. Ale przy pierwszym spotkaniu ten emocjonalny styl bardzo mi się podobał, ponieważ pozwalał mocniej wejść w akcję, zespalał czytelnika z bohaterami. Czy wynikało to z młodości czy tak po prostu jest przy pierwszym czytaniu tej książki – nie wiem. Cała, bardzo ciekawa moim zdaniem fabuła, osadzona w atmosferze fantasy, w dodatku w świecie, który tak wiele elementów dzieli z naszym bardzo zyskuje na wartości. 

Przeczytałam „Achaję” zdecydowanie więcej niż trzy razy. I przeczytam ją jeszcze nie raz. Za pierwszym razem książka mnie zachwyciła, teraz po prostu miło do niej wracać. Niedawno Fabryka Słów wypuściła kontynuację tej trylogii – kolejne trzy tomy zatytułowane „Pomnik cesarzowej Achai”. Kupiłam i przeczytałam pierwszy złakniona wyjaśnień i zakończenia niektórych smakowitych luźnych wątków. Odkryłam jednak, że to już nie to samo. Czy zawinił autor, który nie potrafił po takim czasie odtworzyć tamtej lekkości i zaciekawienia z jakim czytało się „Achaję”? A może to ja dorosłam i – choć czytam wciąż tę powieść przez sentyment – oczekuję czegoś więcej? A może po prostu kontynuacja, jak to często bywa, bez wyraźnego powodu nie dorasta do oryginału? Nie wiem. Prawda jest taka, że po tylu latach nie potrafię obiektywnie ocenić wartości literackiej jaką przedstawia sobą „Achaja”. Dla mnie pozostanie ona tą książką, którą pewna piętnastolatka czytała z wypiekami na twarzy i marsem na czole, a potem dorastając przewracała co jakiś czas wytrwale coraz bardziej pożółkłe i poplamione, ale też coraz bardziej kochane, znane na wylot kartki.

http://polecksiazke.files.wordpress.com/2014/01/achaja-1.gif

Wyzwanie dzień 1 – najlepsza książka jaką przeczytałaś w zeszłym roku

Musiałam nieźle nad tym pomyśleć, bo jednak w zeszłym roku przeczytałam wiele książek i na pewno nie wszystkie pamiętam. Ale tą, która utkwiła mi w pamięci – chyba właśnie dlatego, że była najlepsza – jest „Intruz” autorstwa Stephanie Meyer.

Jest to opowieść o inwazji kosmitów. Autorka podeszła do tematu w dość nowatorski sposób, (przynajmniej ja się z takim jego ujęciem jeszcze nie spotkałam). Najeźdźcami jest rasa inteligentnych pasożytów, które nazywają siebie „duszami”. Dusze tworzą społeczeństwo na wysokim stopniu rozwoju i moralnie doskonałe. Nie ma u nich zbrodni, zawiści, morderstw, kłamstw, nienawiści. Są kochające, gotowe do poświęceń, pełne współczucia. Już samo to w połączeniu z ich pasożytniczą naturą i przejmowaniem kolejnych światów tworzy bardzo ciekawy zestaw dający wiele do myślenia. Główną bohaterką – czy raczej dwiema w jednym ciele – jest dusza o imieniu Wagabunda oraz jej nosicielka Melanie, której świadomość nie znikła z czasem, ale zaczęła koegzystować z pasożytem. Melanie ma informacje gdzie ukrywa się duże skupisko ludzi stawiających opór najeźdźcom. Stara się je za wszelką cenę chronić przed Wagabundą mając na uwadze nie tylko dobro ogółu, ale też życie własnego młodszego braciszka i ukochanego, którzy się tam skryli. Po mniejszych i większych perypetiach spowodowanych różnicą charakterów, (oraz zrozumiałą wściekłością Melanie spowodowaną przejęciem jej ciała i równie zrozumiałą irytacją Wagabundy spowodowaną przeszkodami natury technicznej w jej nowym życiu), obie panny docierają ledwo żywe do ludzkiej chudoby, której przewodniczy wuj Melanie. Odnajdują tam jej brata i ukochanego. I zaczynają się schody. Większość ludzi jest za natychmiastowym zabiciem przybyłej kierowana pewnością, że świadomość nosicielki dawno już zginęła. Jednak kilka bystrzejszych osób podejrzewa, że są tam obie i postanawia poczekać obserwując bieg zdarzeń. W głowie dziewczyny też nie jest łatwo, bowiem silna osobowość Melanie nie pozostaje bez wpływu na wrażliwą Wagabundę, która nagle odkrywa, że ukochany dziewczyny nie jest jej obojętny. Nie potrafi jednak określić czy są to jej własne uczucia, czy też „pamięć ciała”. Oczywiście sentymentalna i uwielbiająca baśniowe konwencje Stephanie Meyer nie byłaby sobą gdyby nie skomplikowała sytuacji i nie wprowadziła do gry drugiego adoratora, który jawnie adoruje „Wandę” (takie imię nadali ludzie Wagabundzie) powodując zamęt w jej przepełnionej głowie. Pytanie jak to wszystko się skończy i która z dziewcząt jest w tym ciele intruzem pozostawiam bez odpowiedzi, bo może ktoś zechce sięgnąć po tę książkę.

„Intruz” zasłużył sobie na miano najlepszej przeczytanej w zeszłym roku książki dzięki kilku cechom. Przede wszystkim rzuca się w oczy świetny styl autorki. Ma po prostu lekkie pióro, bardzo przyjemnie się to czyta, a to jednak ważne. Najlepsza nawet fabuła opisana kiepskim, albo zbyt ciężkim stylem nie będzie poczytna. Spodobało mi się też świeże podejście do tematu. Obcy nie są typowo źli, nie pragną nam wyrządzić krzywdy, są wręcz przekonani, że dobrze robią. Dodatkowo inne światy przez nich skolonizowane nie opierają się na modelu „amerykańskim”, czyli takim, w którym na każdej planecie żyją ludzie, albo istoty humanoidalne. Różnorodność form porusza wyobraźnię. Niemniej ludzie są najbardziej złożonymi psychicznie istotami i dlatego przysparzają duszom sporo problemów poddając w wątpliwość ich „działalność kolonizacyjną”. Ważna była dla mnie złożoność bohaterów. Nie ma tam wyraźnego podziału na dobrych i złych, tych przeznaczonych do polubienia i tych, którzy są tak skonstruowani, żebyśmy ich od razu znienawidzili. To znamienne u tej autorki, że każdy bohater jest bardzo prawdziwy – postępuje raz dobrze, raz źle kierowany różnymi impulsami, egoizmem, zazdrością, miłością, szlachetnością. Każdy ma swoje racje i jesteśmy w stanie je zrozumieć nawet jeśli się z nimi nie do końca zgadzamy. Nienachalny wątek miłosny. Znacie ten typ? Czytacie książkę i wątek miłosny wręcz przytłacza całą resztę. Powstaje nienaturalne wrażenie, (kompletnie oderwane od prawdziwego życia), że wszystko co nas otacza i co się wokół nas dzieje stanowi tylko marne tło dla namiętności i gorących uczuć, które powinny nami targać od rana do wieczora od kiedy tylko do tego dorośniemy. U Stephanie Meyer jest inaczej. Wątek miłosny, (choć jakby nie patrzeć jest raczej wątkiem głównym), toczy się jakby z boku, nie góruje nad innymi przez co powieść jest życiowa i czytelnikowi łatwiej w nią „wejść”. Poza tym sprawia to bardziej realistyczne wrażenie i powoduje, że cała historia nie jest naiwna. Ale to czym autorka mnie absolutnie „kupiła” to fakt, że książka ta skłania do refleksji. Głównie nad istotą człowieczeństwa. Nad tym co to znaczy „być człowiekiem”. Jak nasza rasa prezentowałaby się w oczach innych. Nad tym co znaczy „moralny ład”, czy ideał moralności jest możliwy i czy dusze miały prawo robić to co robiły? Nic nie jest tutaj jednoznaczne i to jest największa zaleta tej książki. Po przeczytaniu „Intruza” ładne parę tygodni chodziłam i wciąż rozmyślałam nad różnymi niuansami tej powieści. Tej przedziwnej powieści, która poruszyła moją wyobraźnię, przy której śmiałam się do rozpuku czytając pewne fragmenty na głos rodzinie i przy której w głos szlochałam o drugiej nad ranem, bo nie byłam w stanie jej odłożyć.

Mieliście kiedyś przyjemność czytać książkę, po której zakończeniu nie mogliście sięgnąć po następną? Dla mnie „Intruz” był jedną z tych właśnie wyjątkowych pozycji, po których trzeba sobie dać trochę czasu na przetrawienie. Na odżałowanie, że to już koniec. Każdy zapalony czytelnik wie, że po takiej uczcie nie ma co brać następnej książki, bo i tak wyda nam się miałka i nijaka, choćby obiektywnie była fenomenalna. Kiedy skończyłam „Intruza” wiedziałam, że odstawienie go na półkę i sięgnięcie po coś innego byłoby barbarzyństwem. Musiałam najpierw należycie pożegnać wszystkich bohaterów, których Stephanie Meyer podstępnie wprowadziła do mojej głowy i ożywiła swoimi idealnie dobranymi słowami.

http://4.bp.blogspot.com/-VNfzKtzg0J8/UatVg1cDckI/AAAAAAAACF0/tiWa4FMHGiw/s1600/intruz.jpg

30-dniowe wyzwanie książkowe – z czym to się je.

U Agulca, (muszę uaktualnić ulubione blogi chyba), potknęłam się o 30-dniowe wyzwanie książkowe i postanowiłam je podjąć. Faktycznie może mi się nie udać pisać codziennie o jednej książce, ale postaram się w miarę często. Aż cała się do tego palę :) Podaję tutaj harmonogram wyzwania dla zainteresowanych:

Dzień 1. Najlepsza książka, jaką przeczytałaś/eś w zeszłym roku.
Dzień 2. Książka, którą przeczytałeś/aś więcej niż trzy razy.
Dzień 3. Twoja ulubiona seria.
Dzień 4. Ulubiona książka z ulubionej serii.
Dzień 5. Książka, która sprawia, że jesteś szczęśliwy/a.
Dzień 6. Książka, która cię zasmuca.
Dzień 7. Książka, przy której się śmiejesz.
Dzień 8. Najbardziej przeceniana książka.
Dzień 9. Książka, która ci się bardzo spodobała, chociaż się tego nie spodziewałeś.
Dzień 10. Książka, która przypomina ci o domu.
Dzień 11. Książka, której nie znosisz.
Dzień 12. Książka, którą kochasz i nienawidzisz jednocześnie.
Dzień 13. Twój ulubiony autor.
Dzień 14. Książka, która została zekranizowana i przez to zbeszczeszczona.
Dzień 15. Ulubiony literacki bohater.
Dzień 16. Ulubiona literacka bohaterka.
Dzień 17. Ulubiony cytat z twojej ulubionej książki.
Dzień 18. Książka, która cię rozczarowała.
Dzień 19. Ulubiona książka, która była zekranizowana.
Dzień 20. Ulubiona historia miłosna.
Dzień 21. Pierwsza książka, jaką pamiętasz, że czytałeś.
Dzień 22. Książka, przy której płakałeś.
Dzień 23. Książka, którą od dłuższego czasu planujesz przeczytać.
Dzień 24. Książka, którą twoim zdaniem więcej ludzi powinno przeczytać.
Dzień 25. Bohater literacki, z którym najbardziej się utożsamiasz.
Dzień 26. Książka, która zmieniła twoją opinię na jakiś temat.
Dzień 27. Najbardziej zaskakujące rozwiązanie wątku lub zakończenie książki.
Dzień 28. Ulubiony tytuł książki.
Dzień 29. Książka, którą wszyscy krytykowali, a tobie się podobała.
Dzień 30. Twoja ulubiona książka.

Słomiane sierotki

Jak wiecie, (pisałam o tym tutaj), mieszkamy z moimi rodzicami. Ostatnio wyjechali na pięć dni na zasłużony odpoczynek i zostaliśmy na gospodarstwie sami. Pięć dni to odpowiedni kawałek czasu, żeby wydać osąd jakby to było gdybyśmy mieszkali tylko we trójkę już na stałe.

Po pierwsze miałabym dużo więcej obowiązków. To się, oczywiście, rozumie samo przez się, bo jednak z mamą dzielimy się obowiązkami domowymi, których to komplet został przekazany na te kilka dni w moje ręce. Nie ma z tym większego problemu. Prawdę mówiąc spodziewałam się po sobie większego rozmemłania. Tymczasem okazało się, że jestem lepiej zorganizowana niż się o to posądzałam i mimo wszystko znalazłam czas na sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się Ewą i czytanie książek. (Nowa dostawa z biblioteki. Szał literacki.) Chociaż M. zdradziecko i kusicielsko zaproponował, żebyśmy jeździli na obiady do jego mamy. Teściowa osobiście nam to zaproponowała. Moja mama też poparła. A ja się zaparłam i stwierdziłam, że prędzej zjem własne cycki niż zniżę się do tego poziomu. Jeszcze czego? Żeby potem każdy mówił: tak, tak, pewnie, „mogłaś ale nie chciałaś” gotować obiadów, jaaaasneee ;) ” Nie ma mowy. Phi.

Po drugie mielibyśmy z M. dla siebie dużo mniej czasu. W tej chwili jeżeli potrzebujemy czasu dla siebie, lub chcemy gdzieś razem wyjść, zostawiamy Kitkę z rodzicami. Nawet jeżeli wcześniej ją kąpiemy i usypiamy to i tak nie zostawiamy jej przecież samej tylko ktoś musi przy niej być. Dlatego dziadkowie na miejscu są po prostu nieocenieni. Nie musimy rezerwować sobie ich czasu wcześniej, możemy zdecydować się nawet w ostatniej chwili. Oprócz tego w chwilach kompletnego wycieńczenia kiedy nie stać nas na nic więcej poza ślinieniem się z bezmyślnym wyrazem twarzy też możemy liczyć na świeże pokłady dziadkowych sił. Czy poradzilibyśmy sobie bez nich? Jasne, że tak. Ale po co?

Po trzecie, ostatnie i najważniejsze – byłoby niesamowicie, nieopisanie, beznadziejnie… pusto. Zwariowałabym przez te pięć dni gdyby M. nie miał jeszcze chorobowego po złamaniu. Dzięki temu w dzień było normalnie. Ale wieczorami i tak chodziliśmy po pustym domu mijając ciemne pokoje. Było niepokojąco i nieprzyjemnie. Zimno. Pusto. Cicho. Wiem, że kiedyś niestety przyjdzie czas, że tak będzie już codziennie. Nie wiem jak sobie z tym poradzę. Nie wiem jak przywyknę. Mam nadzieję, że jeszcze dużo wody upłynie zanim takie dni nadejdą. Mam nadzieję, że Ewa będzie już dorosła i będzie miała własne dzieci. Mam nadzieję, że będzie mieszkała z nami, choć jeśli nie będzie chciała to nie będę jej zatrzymywać ani przekonywać. Bo poza wszystkim, pomijając kwestię podziału obowiązków, pomocy przy dziecku, nieuniknionych niesnasek itd., po prostu kocham tą typowo domową atmosferę – pełną chatę, głośne śmiechy, różne opinie, rozmowy, żarty…

Powiedziałabym, że nie wyobrażam sobie mieszkania tylko we trójkę, ale nie jest to prawda. Wyobrażam sobie. A nawet wiem jakby to wyglądało. I nie jestem zainteresowana. Kocham moją małą rodzinę w składzie: Kawa, Herbata, Mleko i żywo odczuwam jej odrębność. Ale ta odrębność nie kłóci się z symbiozą w jakiej żyjemy w większej grupie. Powiedziałabym nawet, że bez niej traci swój pozytywny wydźwięk. Dla mnie. Dla nas.