Archiwa kategorii: The Life

„Marsz weselny Mendelsona, powróci echem nam…” – jak to Herbata za mąż się wydawała

W sieci natknęłam się ostatnio na list pewnej Zuzanny. List traktuje o jej ślubie i ślubnym szaleństwie. Dzisiejszy wpis będzie o moim własnym „najpiękniejszym dniu życia”, ale pozostanie w dość ścisłym związku z tym produkcji Zuzanny także polecam go przeczytać TUTAJ. Leniwcom dardanelskim, (sama bym się do takich zaliczała, także no offence maj frencz), rzucam kilka cytatów z wyżej wymienionego, żeby złapali o co cho.

Przygotowania i ślub to jeden wielki teatr. Człowiek musi się dostosować do sztywnych ram i robić dokładnie to, co niby wypada. Ma być tak, tak i tak. Chcesz inaczej? Nie wygłupiaj się, bo co ludzie powiedzą?! Gdybym mogła cofnąć czas, podeszłabym do tematu zupełnie inaczej…

No i przez 1,5 roku żyłam w takim amoku, chociaż wcześniej byłam przekonana do skromnej uroczystości dla najbliższych. Nie wiem jak to się stało, ale lista gości z 40-50 osób osiągnęła liczbę 200.

Suknię wybierałam przez 8 miesięcy. Jedna była już prawie gotowa, ale wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że nie pasuje do mnie. Pieniądze wyrzucone w błoto i szukanie następnej. Potem kolejne poprawki, które zupełnie nie wiem skąd się brały. Jak mnie się podobało, to teściowa się krzywiła, jak nie ona, to mama miała jakiś pomysł. 

Kiedy przyszło co do czego, to nie miałam już siły dojść do ołtarza.  I po co się tak męczyć i utrudniać sobie życie?! Dziewczyny, nie bierzcie ze mnie przykładu! To jest nic niewarte. To szopka dla innych. Ślub i wesele nie są dla państwa młodych, jak powinno być. Albo się temu przeciwstawimy, albo będziemy cierpieć. Ja nic z tym nie zrobiłam i wspomnienia mam fatalne. Przeżyłam, bo musiałam, ale to nie było nic fajnego.

Sam ślub – sztuczny, nudny i też nerwowy

Przyjmowanie życzeń to jest istny koszmar. [...] To trwało prawie 2 godziny! Na pełnym słońcu. Jedni już jechali na salę weselną, inni mieli jeszcze godzinę czekania w kolejce do życzeń. Nie da się tego zgrać. Czułam się zmęczona i zmaltretowana. 

To i tak nic w porównaniu z głupimi przyśpiewkami, całowaniu się z mężem na siłę i kretyńskimi zabawami o północy. Byłam na wielu weselach, wydawało mi się to całkiem zabawne, ale teraz zobaczyłam, jaki to koszmar.

Ślub to jest szopka dla gości, a nie wyjątkowy dzień młodych. Nie ma czasu na refleksję, spojrzenie sobie w oczy, prawdziwe wyznanie miłości. Jest scenariusz, którego trzeba się trzymać, ludzkie spojrzenia, utarte wzorce. Nic fajnego, serio.

Mnie własny ślub nie kojarzy się z niczym poza zmęczeniem, stresem i kiczem.

Przygotowywałam ślub dwa razy. (To znowu ja – Herbata) Moja wizja była jednak za każdym razem taka sama – skromny ślub, tylko najbliższa rodzina, ograniczanie kosztów do niezbędnego minimum, bo jest mnóstwo ważniejszych wydatków i pominięcie wszystkich żenujących weselnych zabaw, które jak dla mnie są po prostu wsiurskie.

Za pierwszym razem narzeczony  miał inny pomysł na ślub niż ja. Książę Guła okazał się księżniczką i zażyczył sobie pięknej oprawy, miliona cudownych kwiatów z mamusinej kwiaciarni, pysznych strojów, wielu gości i ogólnej pompy. Postanowił pozapraszać ludzi, których sam niespecjalnie znał i nigdy w życiu nie miał z nimi kontaktu. Na moje pytania dlaczego i po co odpowiedział, że jego mama na pewno będzie chciała ich zaprosić. Na wszelkie prośby o poskromienie zapędów, bo zwyczajnie nas na pewne rzeczy nie stać, odpowiadał, że ślub to wyjątkowy dzień i on sobie zawsze wyobrażał to a to. No dobrze, ja rozumiem, ale trzeba też brać pod uwagę rzeczywistość. Ostatecznie szczęśliwie ślub nie doszedł do skutku, a straciłam pieniądze tylko na suknię ślubną, zaliczkę za salę i niestety obrączki. Ale zostały u mnie także to taka strata-nie strata, bo to jednak złoto, które zawsze będzie coś warte. Pamiętam jak w trakcie przygotowań wpadła do mnie koleżanka. Oczywiście jak to standardowa „psiapsióła” chciała wiedzieć wszystko. Usłyszawszy, że żadnych zabaw weselnych nie ma w planie spojrzała na mnie jakby na głowie usiadł mi Shrek i zawiedzionym głosem wyjęczała:

- Nie będzie… zabaw…?

- Nie, – odpowiadam, – bo nie podobają nam się te wszystkie „rozrywkowe inaczej” konkursy. Są beznadziejne, wieśniackie, a niektóre wprost wulgarne i prostackie.

- Goście będą zawiedzeni. – stwierdziła bystrze.

- To ich problem. Ślub to jest nasz dzień i nam ma się podobać.

- Głupia jesteś. – padła odpowiedź – Wesele się organizuje do gości i to oni mają się dobrze bawić.

No, jeżeli tak to ja dziękuję za wesele. To jest jakieś nieporozumienie, żeby państwo młodzi w najważniejszy dla siebie dzień latali z wywieszonymi jęzorami i martwili się tylko o to, żeby każdemu było dobrze. Ujmując rzecz w bardzo cyniczny sposób – państwo młodzi stają na rzęsach i skaczą wokół ludzi, którzy i tak potem obgadają wesele, że jedzenie niedobre, wódka za zimna, tort za słodki, albo muzyka nie taka. Jest w tym sens?

Drugi raz organizowałam ślub ze swoim właściwym księciem :) Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, bo dowiedziawszy się o rychłym powiększeniu rodziny postanowiliśmy przyspieszyć wcześniej zaplanowany mariaż, żeby nie trzeba było robić cyrku z uznawaniem dziecka itd. I tak nie planowaliśmy wielkiego wesela, więc nic nie stało na przeszkodzie. Tego dnia obudziliśmy się wyspani i zadowoleni. Noc poślubną postanowiliśmy przesunąć na noc przed ślubem, bo wiedzieliśmy, że po wszystkim nie będziemy mieć na nic siły. Pojechaliśmy do fryzjera, po bukiet i po torty (dwa zwykłe duże, tylko miały ozdoby z kwiatów i serc). Potem do teściów, którzy spełniali warunki lokalowe, czyli byli w stanie pomieścić 23 gości, (sama najbliższa rodzina, z nami było 25 osób), na obiedzie przy stołach ustawionych w podkowę. Obiad był naprawdę wspaniały. Obie rodzinki się zintegrowały, wszystko było smaczne i sprawdzone, bo gotowały obie mamy. Po obiedzie przyszła pora na clue całej sprawy, czyli ślub. Był środek czerwca, gorąco, a ja w dość zaawansowanej ciąży miałam tendencję do opuchlizn na dłoniach. Nasmarowałam więc ręce kremem. Zauważyła to moja świadkowa i jeszcze kilka osób, więc przed wyjściem urządziliśmy sobie rodzinne kremowanie rąk. Potuptaliśmy grzecznie do USC gdzie złapała mnie prawdziwa trema. Zresztą nie tylko mnie. Cała sala milczała, a nad nami snuła się ciężka od stresu atmosfera. Wszedł urzędnik przystrojony tradycyjnym łańcuchem na szyi. I w tym momencie usłyszeliśmy za sobą głos mojego chrzestnego:

- Fajne korale.

Wszyscy, nie wyłączając rzeczonego urzędnika, wybuchli śmiechem i atmosfera się rozluźniła. Uroczystość była piękna i wzruszająca. Trafił nam się dobry mówca. Po wszystkim przyjęliśmy od każdego gościa kwiaty i życzenia, które były o wiele lepsze od tych opisanych przez Zuzannę, bo każde były serdeczne, szczere i jakieś takie… nie wiem, indywidualne? Spersonalizowane?

Wróciliśmy do mieszkania teściów na torty, kawę i ciasta. I deserek lodowy. Każdy coś tam skubnął, staraliśmy się nie objadać do nieprzytomności, bo popołudniu przeszliśmy do kolejnej, ostatniej już, części imprezy – grilla. Oczywiście nie był to maraton obżarstwa. Po obiedzie, a przed ślubem było trochę odpoczynku. Po kawie i słodkościach też. Moja rodzina, (która przyjechała z daleka i miała wynajęte noclegi w pobliskich domkach na campingu), pojechała się spokojnie zainstalować w miejscu noclegu. Rodzina M. trochę odpoczęła zawiązując sadełko. Kiedy wszyscy zjechali się na miejsce, (do nas do domu, bo na grilla z kolei my mamy lepsze warunki), powoli i leniwie zaczęto się zbierać do szykowania jadła, a my z M. wyskoczyliśmy na sesję zdjęciową w plenerze, czyli w okolicach domu. Po powrocie przebraliśmy się – wzorem reszty gości – w bardziej odpowiednie, swobodne ciuchy i zaczęło się wieczorne grillowanie ze sporym ogniskiem. Mój chrzestny z pięcioletnią córeczką szaleli na kocu rozłożonym na trawie, ogień trzaskał wesoło w tle, a na grillu skwierczały różne kiełbaski, mięska, warzywka i szaszłyki. Goście krążyli od jednego do drugiego prowadząc luźne rozmowy, albo po prostu siadali i wypoczywali delektując się przyjemną atmosferą.

O północy zjedzono wszystko co miało być zjedzone, wypito dostępne napoje, wybawiono się na różne sposoby i rozjechano się na noclegi. Moi rodzice, M. i ja posprzątaliśmy to co musiało zostać sprzątnięte jeszcze tego dnia resztę zostawiając na rano i poszliśmy spać. O pierwszej kładliśmy się z M. do łóżka zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy raz jako mąż i żona :) W pokoju unosił się piękny zapach z bukietów, które dostaliśmy. Omiotłam wzrokiem te wszystkie kwiaty poustawiane w każdym kącie i mały stoliczek kawowy, na którym stał koszyk ze stosem otrzymanych kartek. Spojrzałam na mężczyznę mojego życia, na swojego męża, na twardziela, na którym zawsze mogę polegać, a który miał wilgotne oczy kiedy składał przysięgę, pogładziłam się po sporym już brzuchu mówiąc w myślach „dobranoc” nienarodzonej jeszcze Ewuni, po czym wtuliłam się w te ciepłe, szerokie ramiona i szczęśliwa zasnęłam.

Ze ślubu mam same piękne wspomnienia. Żadnego stresu, za wyjątkiem tremy przed wejściem na salę i przed pierwszym spotkaniem z wujostwem M., którego dotąd nie znałam. Żadnego martwienia się czy wszystkim dogodzimy, czy nikt nie będzie miał powodu nas obgadać. Mnóstwo dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Bez względu na to czy ślub jest wystawny, czy kameralny, czy gości będzie dwustu, czy dwudziestu – to jest dzień państwa młodych i to oni powinni być z niego zadowoleni. Nie należy z tego robić cyrku gdzie narzeczeni, ich rodzice i świadkowie będą mieli za zadanie zabawiać gości, a goście „zapłacić za talerzyk” jak za bilet wstępu na dobre show. Goście powinni cieszyć się szczęściem i miłością młodych małżonków, a małżonkowie pamiętać, że goście to bliscy, z którymi oni pragną to szczęście dzielić.

Na koniec kilka zdjęć :)

DSC_5071

Pierwsza sukienka, czyli ta, którą miałam na sobie przed ślubem, a podczas obiadu.

DSC_5401

Figurka, która stała na naszym torcie, robiona własnoręcznie przeze mnie. Wyszła trochę maława, ale i tak jestem z niej zadowolona :) Do tej pory stoi na półce w naszym pokoju.

DSC_5342

Jeden z naszych tortów, ten ładniejszy z ciastem red velvet :) Na nim postawiliśmy figurkę.

DSC_5282

Druga kreacja, czyli suknia, którą miałam na sobie w czasie ślubu, a przy okazji mój piękny bukiet, w którym się zakochałam :)

I coś co nie jest wprawdzie zdjęciem, ale jest dla mnie ważne, czyli piosenka, która leciała w tle kiedy wchodziliśmy z M. na salę:

Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

Jak rasowy psycholog, którym nie jestem, zacznę od osoby mojej matki. Moja mama jest typową Matką Polką. Podręcznikowy przykład. Oddana dziecku i mężowi, absolutnie altruistyczna, odmawiająca sobie, żeby tylko oni mieli. Zawsze tak było. Kiedy byłam całkiem mała uważałam, że to standard, bo tylko z takim podejściem matki do dziecka miałam styczność. Potem, kiedy podrosłam i poszłam do szkoły, okazało się, że nie każdy ma tak dobrze jak ja i zaczęłam mamę bardziej doceniać, chwalić się nią i okazywać jej jak bardzo jest wyjątkowa. W okolicach gimnazjum i liceum byłam już na tyle dojrzała, żeby zrozumieć, że mimo całego poświęcenia dla nas, które daje mamie widoczną satysfakcję, powinna mieć też czas dla siebie i pozwalać sobie na jakieś przyjemności i wydatki. Starałam się ją do tego nakłaniać, często bezskutecznie, ale jednak jakieś małe sukcesy były. Kiedy urodziła się Ewa mama stała się babcią. Bardzo zaangażowaną babcią. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć kiedy potrzebuję rady, albo pomocy. Wiem, że mogę zostawić z nią małą i nie martwić się czy da sobie radę, czy będzie wiedziała co i jak, albo czy nie zrobi czegoś wbrew moim metodom wychowawczym. Ewa też jest do niej bardzo przywiązana, myślę, że traktuje ją wręcz jak drugą mamę.

Zawsze widziałam siebie w roli matki i żony. To była moja „droga zawodowa”, w tym się chciałam realizować. I dalej chcę, to jest mój sposób na spełnienie. Jednak z czasem pojawiło się małe „ale”. Kiedy wyobrażałam sobie swój model macierzyństwa, widziałam dokładną kopię mojej matki. I na początku do tego dążyłam. Wprowadziłam tylko małą zmianę już na starcie, bo poświęcałam więcej czasu mężowi, (chodzimy na randki, wybywamy na zakupy tylko we dwoje itp.) Jednak ogólny kierunek jeszcze się nie zmienił.

Ostatnio miałam ciężki czas. Złożyło się na to kilka czynników – ciężka i zmienna pogoda, co za tym idzie kiepski humor Ewy, dużo wrzeszczenia z jej strony, pewnie częściowo przez pogodę, a częściowo przez zęby, moje zmęczenie tym wszystkim, a przypuszczam, że i kiepski wpływ na mnie mają tabletki hormonalne, które muszę brać (na szczęście jeszcze tylko parę dni.) Dodatkowo Kitka zredukowała ilość i długość drzemek, a w sobotę w ogóle dała wieczorny popis swoich umiejętności wokalnych od 19 do 23. Wszystko to sprawiło, że kiedy miałam czas dla siebie nie chciało mi się szukać ambitnych rozrywek, więc siadałam przy komputerze i przeglądałam Wasze blogi, facebook’a, albo włączałam tv i oglądałam co się nawinęło, (głównie bajki i mózgojeby takie jak „Trudne sprawy”, czy „Szpital”.) Doszło do tego, że zajmowanie się Ewą widziałam jako przykry obowiązek, a nie przyjemność. Popadłam w czarną rozpacz, że jestem złą matką, że jestem okropnym człowiekiem, że w ogóle nic nie umiem, nic nie robię i jestem do kitu.

Szukając wymówek na podrzucenie Kikulka mamie jednego dnia upiekłam roladę. A raczej twór roladopodobny, bo wyszła z tego totalna masakra :D Ale bawiłam się przy tym nieźle. Drugiego dnia wyekspediowałam małą z rodzicami na spacer, a sama odkurzyłam dom, pozbyłam się owadów za pomocą morderczego muchozolu, wywietrzyłam wszystkie pomieszczenia i pomyłam podłogi. Trzeciego dnia gruntownie wysprzątałam łazienkę, pomyłam lustra i pościerałam kurze. Okazało się, że po każdym takim dniu czuję się coraz lepiej i już nie zalegam na kanapie oprowadzając małą wzrokiem po domu, ale chętnie bawię się razem z nią. I wtedy do mnie dotarło, że nigdy nie będę taką mamą jak moja. Zrozumiałam, że choć zdecydowanie realizuję się jako kura domowa, to jednak nie jestem typem Matki Polki, która potrafi z radością zapomnieć o sobie. Muszę mieć czas dla siebie i – co ważniejsze – dobrze go wykorzystywać. Nie umiem z siebie zrezygnować. Chcę mimo wszystko rozwijać swoje mizerne talenty: fotografię, pisanie, szczątkowy już, (bo kiedyś niezły) talent plastyczny, a także językowy i kulinarny (ten ostatni dość dyskusyjny…)

Oprócz tego przypomniało mi się to co wiedziałam już w czasie ciąży, a co mi się jakoś ostatnio „zapomniało”, a mianowicie, że nienawidzę nicnierobienia. Po ciężkim dniu, po wyczerpującej pracy – owszem, relaks i leżing jest ok. Ale ostatnio nawet w domu robiłam absolutne minimum, bo mi się nic nie chciało. I tak nakręciła się spirala rozlazłości. Nie cierpię być rozlazła, ugh! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że już mi mięło :) Mam nadzieję, że uda mi się zająć trochę sobą, bo wtedy jestem też lepszą mamą i żoną. Postaram się też częściej pisać na blogu, bo to też karygodnie zaniedbałam przez co pogorszył się mój styl… :/ A jak już się nie pniemy w górę to chociaż trzymajmy poziom, doprawdy…

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Nocnik – mode on

Odpieluchowanie w toku. Za czasów naszych mam robiło się albo w tym wieku, albo już wcześniej, (mnie zaczęto wysadzać jak stabilnie siedziałam i przed rokiem byłam odpieluchowana, a i mąż wraz z bratem osiągnąwszy roczek spali już bez pieluch w piżamkach). Ja poszłam tym przetartym szlakiem, bo wydatki na pieluchy nie są wcale małe, a skoro całym pokoleniom wcześniej się udawało to czemu nie nam?

Zaczęliśmy od d***y strony, czyli od tego co na rzeczoną d***ę zakładamy. Skoro zakładamy pampersy to tyłek zostaje długo suchy. Skoro zostaje długo suchy to dziecku nie jest niewygodnie i nie ma motywacji zainteresować się nocnikiem. Nie kojarzy czynności wypróżniania z dyskomfortem w majtach. Z chóralnym westchnieniem podjęliśmy więc decyzję - tetra. 

20 pieluch tetrowych, jeden podkład ceratowy pod prześcieradło Canpol pocięty na kawałki, 5 par majtek i wszystkie otulacze z pieluch wielorazowych jakie mamy - to nasz arsenał. No i rzeczony nocnik.

Pieluchy codziennie, albo co drugi dzień piorę, składam w odpowiedni kształt, w pierwsze trzy pakuję ceratkę, która ma trzymać wilgoć z dala od majtek i szykuję otulacze, które tetrę trzymają na miejscu. W upalne dni zamiast pieluch Ewiwi ma same majteczki.

Przez pierwsze dwa dni Ewa święciła triumfy, a ja razem z nią, bo przed każdą kupą stękała sugestywnie i patrzyła mi prosząco w oczy. Ale nadszedł ten moment kiedy to matka musiała być mądrzejsza. Usłyszałam stękanie, ale stwierdziłam, że to na bank nie może być kolejna kupa, bo poprzednia miała miejsce zaledwie godzinę temu. Z błędu wyprowadziły mnie dopiero odpowiednie dźwięki dochodzące z pieluchy. Po tym Kitka chyba się obraziła, że jej nie słucham, albo stwierdziła, że jednak nawet tak oczywiste sygnały są zbyt trudne dla tej opóźnionej matki, bo przestała dawać znać. Także jak na razie staram się często ją wysadzać, co zazwyczaj przynosi dobry efekt, ale przecież nie chodzi o to, żeby pół dnia spędzała na nocniku. To tylko stan przejściowy. Docelowo ma przecież sygnalizować swoje potrzeby. Cieszy mnie, że początkowe (stracone) sukcesy świadczą o tym, że chyba czuje, że nadchodzi dwójka. Gorzej z siusianiem. Z moich obserwacji wynika, że nie czuje jeszcze, że jej się chce i co gorsza chyba niespecjalnie czuje, że robi i że ma mokro, szczególnie kiedy jest zajęta zabawą. Ale to dopiero początki, poza tym dziecko ma 8 m-cy więc nie wymagam cudów ;)

A obserwacja swoją drogą jest intensywna. Staram się wychwycić subtelne oznaki rąbania w pieluchę, a także nie przegapić ewentualnych sygnałów, które ona może wysyłać – czy to przed czy po fakcie.

I od razu chciałabym napisać słowo do każdej matki, czy nie-matki, która może się oburzyć, że ja tu popędzam rozwój dziecka z powodu matczynej chorej ambicji, że to za wcześnie, że dziecko jeszcze w ogóle nie czuje żadnych potrzeb fizjologicznych, a już na pewno nie kojarzy ich z dyskomfortem. Drogie Panie. Każde dziecko rozwija się inaczej. Zaczęłam naukę nocnikowania nie dlatego, że to wstyd, żeby dwulatek robił w pieluchę, nie dlatego, żeby się chwalić jak to moje dziecko ładnie i szybko (zwłaszcza, że nie wiem czy się uda w ogóle) i nie dlatego, że uważam, że wszystkie dzieci należy wysadzać jak najwcześniej. Zrobiłam to, bo znam moje dziecko, widzę jego rozwój na co dzień i uznałam, że już jest gotowe. Nie ma nic złego w tym, że niektóre dzieci są gotowe później. Ale tak jak nie uogólniam, że wszystkie muszą być wysadzane w wieku mojego, tak proszę o nie uogólnianie, że dzieci w tym wieku w ogóle nie mają szans na sukces w tej dziedzinie. Mają. Czego dowodem jest multum ludzi z mojego pokolenia i zapewne z pokolenia wcześniejszego. A czy moje się do nich zalicza? Czas pokaże :)

O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka, zafundowaliśmy sobie wyjazd do Sulistrowiczek pod Ślężą. Pojechaliśmy wszyscy, czyli my z Kitką i moi rodzice, z którymi mieszkamy. I tym sposobem znalazłam wreszcie motywację i inspirację, żeby napisać o rodzinie wielopokoleniowej.

Rodzina wielopokoleniowa jest jak karmienie piersią. Dokładnie.

Naturalna, bo od zarania dziejów ludzie żyli w gromadach, a w nich w grupach rodzinnych składających się zazwyczaj ze starców, dzieci i tych co pośrodku ;) Długo to było później jeszcze szeroko praktykowane, obecnie mam wrażenie, że stało się to „niemodne” i trochę nie na miejscu, bo jeżeli ktoś nie pójdzie „na swoje” to dowodzi swojego braku zaradności życiowej i nadmiernego przywiązania do spódnicy mamusi.

Wymaga trochę wysiłku i wyrzeczeń. A co w życiu nie wymaga? Zakładanie swojej rodziny z dala od starego gniazda jest też ciężki, bo człowiek musi sobie ze wszystkim radzić sam, lepiej zorganizować się czasowo i finansowo… Ale widzę, że dla niektórych ludzi to wszystko jest jednak łatwiejsze niż sztuka wspólnego życia z rodzicami, (lub teściami), która wymaga lepszych umiejętności rozwiązywania konfliktów, dzielenia przestrzeni, ciągłej konfrontacji – rozbieżnych często – poglądów i dostosowania się do nich, a czasami dostosowania ich do siebie. To wszystko nie przychodzi samo z siebie. O to trzeba zadbać. Celowo piszę „zadbać”, a nie „walczyć”, bo doświadczenie nauczyło mnie, że niezmiernie rzadko w rodzinie walka daje dobre rezultaty. I uważam, że łatwiej jest stanąć i zawalczyć o swoje poglądy, swoje wybory, swoje racje, niż przeprowadzać obustronny proces dyplomatyczny zakładający ustępstwa i częste chowanie dumy do kieszeni. Kiedy mieszkamy osobno – nie ma problemu, żeby się pokłócić, każde wróci do siebie, ochłonie, ponarzeka do innych i za jakiś czas się pogodzą. Kiedy mieszkamy razem widzimy siebie praktycznie cały czas, więc kiedy zacznie się konflikt nie ma od niego „przerwy”. Trwa cały czas i cały czas rodzi nieustanne napięcia dopóki się nie zakończy. Zdaję sobie sprawę, że rodziny mieszkające osobno też przeżywają konflikty, też im to „leży na wątrobie” dopóki się nie skończy, ale prawdą jest, że nie myślą o tym non stop. Mają inne zajęcia, obowiązki, które zmuszają ich, żeby chcąc nie chcąc oderwali się na moment od problemu. We wspólnym domu natykamy się cały czas na siebie nawzajem, wspólnie wykonujemy te obowiązki i nie ma możliwości odłożenia kłótni na jakiś czas na półkę. Jest to niewątpliwy minus, bo atmosfera potrafi być naprawdę ciężka. Jest to też plus, bo dzięki temu każda, nawet najpoważniejsza kłótnia, bardzo szybko znajduje swój finał. Ludzie są po prostu zmuszeni, żeby porozmawiać o problemie i go rozwiązać. Dzięki temu – nikt mi nie wmówi, że jest inaczej – ludzie żyjących w rodzinach wielopokoleniowych są fantastycznymi dyplomatami i potrafią szybko zażegnać konflikty.

Bywa trudna. Jakby nie było to są trzy pokolenia, trzy spojrzenia na świat i każdą jedną sprawę. Ba! Żeby tylko! Życie byłoby mlekiem i miodem płynące gdyby każda sprawa rozgrywała się na płaszczyźnie rodzice – dzieci. Niestety nie. Często zdarza się, że matka i córka mają jedno zdanie, a ojciec i zięć drugie. Albo matka i zięć. Albo córka i jedno z rodziców, a drugie się wstrzymuje. Albo zięć i teściowie kontra córka / żona. Albo córka z rodzicami kontra zięć / mąż. Różnie bywa. Niezliczona ilość kombinacji. Dojdzie jeszcze więcej kiedy i Kitka zacznie się upominać o swój udział. W każdym razie w tak zagmatwanych sytuacjach wszystko jest bardzo delikatne, bo napięcia obarczają relacje rodzic – dziecko, ale też relacje partnerskie między mężem a żoną. Często zmusza nas to do prowadzenia dysput „na dwa fronty.” Często w jednym czasie. Ale nie tylko to jest kłopotliwe. Jest mnóstwo drobnych kwestii sprawiających trudność. Np. wyczucie kiedy korzystamy z pomocy rodziców, a kiedy już ich wykorzystujemy. Albo z drugiej strony: kiedy dajemy dzieciom rady, a kiedy wtrącamy się w ich życie. Albo: druga para mocno się pokłóciła – zignorować nie da rady, w dodatku mamy swoje zdanie. I co dalej? Porozmawiać z nimi? A czy to na pewno nasza sprawa? A jeżeli porozmawiać to jak dalece odsłonić swoje zdanie, żeby nie wziąć czyjejś strony i nie zaognić konfliktu? Jak go załagodzić, żeby osoba, która nam się żali nie poczuła, że stoimy po stronie tego drugiego? Co zrobić kiedy pocieszanie ociera się o zajmowanie stanowiska po jednej ze stron? Mamy też kwestię dopasowania planów, zorganizowania czasu tak, żeby każdy mógł zrealizować swoje indywidualne plany… Jest mnóstwo drobiazgów.

Daje nam to co najlepsze. Zupełnie jak karminie piersią życie w rodzinie wielopokoleniowej daje nam wiele cennych umiejętności: dyplomacja, wysoko rozwinięta umiejętność współżycia z innymi, dzielenia się nie tylko przedmiotami materialnymi, ale też czasem, miłością, uwagą, poglądami, radami, wyznaczania i zachowania własnej przestrzeni – zarówno mieszkaniowej jak i umysłowej, elastyczność, kompromisowość i wiele innych. Oprócz tego korzystamy z wzajemnej pomocy. Najpierw rodzice pomagają dzieciom, (np. tak jak teraz u nas – przy dziecku), a potem dzieci zajmują się rodzicami na starość.

Od kiedy wyszłam za mąż, a na świecie pojawiła się Kitka jeszcze bardziej doceniam to nasze stadne mieszkanie. Większość wątpliwość dotyczących pielęgnacji niemowlaka rozwiewa mama, daje dobre rady, ale też możliwość nie skorzystania z nich, jest z nami cały czas, więc nawet jeżeli mi coś umknie to jest duża szansa, że ona to wychwyci, pomaga mi kiedy jestem zmęczona, muszę coś pilnie zrobić, albo po prostu kiedy chcemy z M. mieć czas dla siebie – czy to w domu czy na randce.

Nie każdy się do tego nadaje. Nie wszyscy rodzice dobrze sprawdzą się w roli tych mieszkających z dzieckiem i jego partnerem. Nie każde dziecko będzie się czuło szczęśliwe mieszkając z rodzicami. Nie chodzi mi w całym tym tekście o udowodnienie, że mieszkanie młodego małżeństwa z rodzicami jest lepszym rozwiązaniem, ale o obalenie mitu, że to dowód nieudolności. Nie czujcie się więc atakowani z tego powodu, że wyprowadziliście się z domu.

Niektórzy uważają mieszkanie razem za dziecinne, za przejaw braku dojrzałości. Niektórzy uważają, że takie osoby nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Niektórzy uważają, że to katorga.

Niektórzy się mylą.

Wyjaśnijmy coś sobie. Mieszkanie z rodzicami ma plusy i minusy. Mieszkanie samemu ma plusy i minusy. Jedni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie opuszczenia rodzinnego gniazda. Inni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie poszerzenia tegoż gniazda o swoją własną rodzinę. Na wybór składają się preferencje i warunki. Ale przede wszystkim preferencje. Bo tam gdzie wola jest i sposób.Ale gdzie takiej woli brak… tam… inny sposób.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca to pewnie odnieśliście wrażenie, że rodzina wielopokoleniowa to głównie kłótnie i problemy. Nie dajcie się zwieść pozorom. Pisałam tak dużo o konfliktach, bo bez dobrze opanowanej umiejętności ich rozwiązywania i unikania nie da się żyć pod jednym dachem. Już z samym mężem i dziećmi jest to trudne, a co dopiero jeszcze z rodzicami czy teściami. Zarówno ja jak i mój mąż wychowaliśmy się w takich domach i dlatego mieszkanie z rodzicami jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Kiedyś analizowaliśmy naszą sytuację i doszliśmy do wniosku, że nawet gdyby było nas stać na wyprowadzenie się, (bo mieszkanie z rodzicami to także wielka ulga dla budżetu), nie zrobilibyśmy tego, bo nie wyobrażamy sobie zostania tylko we trójkę. Dla mnie to jest kwintesencja rodziny. Bronimy się nawzajem, tworzymy jedną całość. Rodzina wielopokoleniowa to ogromna dawka codziennej miłości i wsparcia, a także mnóstwo śmiechu i zabawy. To także wytchnienie kiedy tego potrzebujesz i porządny kopniak w tyłek kiedy tego potrzebujesz. To szkoła miłości i wybaczania na poziomie zaawansowanym. To spełnienie marzenia o dużej rodzinie nawet dla jedynaków.

„Nie wolno!”

Czy można dziecko wychować bez zakazów? Można. W myśl idei, że zakazy i nakazy to zło, które ogranicza dziecko i tak naprawdę jest nieodpowiednim środkiem nacisku, albo wręcz rodzajem przemocy stosowanej na potomku. W takim pojęciu zakazy i nakazy ograniczają wolną wolę dziecka i nie pozwalają mu rozwinąć w pełni swojego potencjału. Takie wychowanie to wychowanie bezstresowe.

Czy mogłabym zmieszać ideę wychowania bezstresowego z błotem tak, żeby zwolennicy poczuli, że mają aplikowaną najdroższą maseczkę w spa? Mogłabym. Ale szkoda mi czasu i wysiłku. Napiszę więc wprost i wulgarnie: to jest kupa. Szajs absolutny, idiotyzm, debilizm, gwałt na naturalnym procesie wychowania i wielka krzywda robiona dzieciom.

Dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. Do tego poczucia niezbędne mu są wyznaczone jasno granice, czyli informacje co wolno, a czego nie wolno. Naszym zadaniem jako rodziców jest przystosowanie dziecko do przyszłego życia w społeczeństwie, dlatego koniecznym jest nauczenie go zachowań społecznie akceptowalnych. Jaś, który tych zachowań nie zostanie nauczony wyrośnie na gniewnego i sfrustrowanego Jana, który będzie wściekły na świat, że nie pozwala mu na wszystko, na siebie, że nie umie się w nim odnaleźć, na innych ludzi, z którymi nie będzie umiał się dogadać i na rodziców, bo to ich wina. Żeby więc już na początku nie wylać dziecka z kąpielą i nie pogubić go w tym zwariowanym świecie, stawiamy granice i drogowskazy właśnie w postaci zakazów i nakazów.

Czy jednak wszystkie zakazy są konieczne? Kikul ma dopiero 7 miesięcy, a ja już niejednokrotnie złapałam się na próbie zakazania jej czegoś, czego tak naprawdę nie musiałabym jej zabraniać. Wzięło się to chyba z błędnego przeświadczenia wpojonego mi przez otaczający świat, że moją rolą jako matki jest głównie zakazywanie. Powiem wam, że nawet nie jest to sprawka moich rodziców, bo nigdy nie byli nadmiernie kontrolujący i odmawiający mi swobody. Ale potem człowiek dorasta i wszędzie słyszy „nie”. Nie zawsze skierowane w jego stronę. Po prostu to słowo otacza nas z wszystkich stron. Słyszę je na placu zabaw, w kolejkach w sklepie, u lekarza, wszędzie. Głównie skierowane do dzieci.

Jakiś czas temu przygarnęliśmy ze schroniska psiaka. Uroczą jednooką suczkę. Psiak ma najwyżej rok, więc borykamy się z jej – trudnymi często do zaakceptowania – szczenięcymi zachowaniami, (skakaniem, nadmiernym entuzjazmem, gryzieniem rzeczy itp.) Stąd w domu przez ostatni miesiąc słychać głównie: „Benita, nie!”, albo dla odmiany: „Benita, nie wolno!”. Przez to przeraziłam się jak to będzie jak Ewa zacznie chodzić i nagle „Benita, nie!”, zmieni się niechybnie na „Ewa, nie!” Nie chcę, żeby cały dom napełnił się takimi okrzykami.

Oczywiście bez względu na to jak bardzo bym tego nie chciała – to się stanie. Jak inaczej miałabym tak malutkiemu dziecku przekazać, że czegoś nie wolno? Powiem wam jak to sobie wyobrażam. Powiedzmy, że półtoraroczna Ewa próbuje ciągnąć psa za ogon, albo za wąsy. Proces jaki sobie w tym wypadku wyobrażam to: pierwszy komunikat, („Ewa, nie wolno!”), zastopowanie niepożądanego zachowania, (oswobodzenie psa i osunięcie od niego Ewy) i na koniec, krótkie i jasne tłumaczenie dlaczego został postawiony zakaz, („Pieska to boli.”).

Ale cała gruszka siedzi w tym, żeby wcześniej zadać sobie pytanie: „Czy aby na pewno nie mogę się zgodzić na takie zachowanie?” Naturalnie w takich przypadkach jak – choćby i nieświadome – robienie krzywdy zwierzęciu, czy człowiekowi, albo próba robienia rzeczy / dotykania przedmiotów niebezpiecznych dla dziecka, nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Ale na przykład chlapanie w wanience? Ostatnio Kiki przechodziła taki okres. Teraz już raczej tego nie robi – bardziej ją interesują zabawki kąpielowe, ale miesiąc temu najlepszą zabawą było chlapanie. Mogłam jej tego zabronić. Mogłam konsekwentnie przytrzymywać jej rączki, albo nie pozwalać na chlapanie tylko od razu szybko ją myć i wyciągać. Nie zrobiłam tego. W pierwszym odruchu chciałam, ale zapytałam sama siebie czy aby na pewno to jest absolutnie nie do przyjęcia? W czym leży problem? Że cała podłoga jest zalana. Robi się ślisko, bo są płytki. Czy nie da się temu zaradzić tak, żeby wilk był syty i owca cała? Da się. Wystarczyło rozłożyć na podłodze stary płaszcz kąpielowy, który świetnie wchłaniał wodę, a potem przelecieć podłogę mopem. Mama, (czyli ja), – która z tych zabaw wychodziła też mokra od stóp do głów – sięgnęła po pokłady fantazji i przebierała się w strój kąpielowy. Przyznam, że obie miałyśmy sporo frajdy z tych kąpieli :)

Słowem: zakazywać – tak, byle mądrze :) Nie wszystko jak leci.

Randka z mężem

Jakiś czas już nie byliśmy na „małżeńskiej randce”, więc dziś postanowiliśmy z M. wybrać się do kina. Tak więc próbuję zarezerwować bilety. Wyświetla się plan sali i proszą o wybranie miejsc.

kino

 

- To, które miejsca? – pytam – Może 11 i 12?

A na to mój romantyczny, ukochany mąż:

- Może 15 i 16?

Zabić to mało…

Chrzest – formalności i wartości z ostateczną puentą spod sklepu

Nadeszła ta pora. Od urodzenia Ewy wydawała mi się taaaakaa odległa, a tu nagle jest. Będzie. Za miesiąc. Więc formalności trzeba było załatwić teraz.

Chrzest.

Mężulo jest ateistą wprawdzie – odrobinę może niepewnym, ale jest – ale ja jestem wierząca i leniwie praktykująca. Leniwie, bo często mi się zdarza opuścić msze z powodu najzwyklejszego lenistwa, przyznaję. Szczególnie od ślubu, bo nie mogę chodzić do komunii, a to dla mnie najważniejsza część mszy. Ale to inny temat. W każdym razie ustaliliśmy, że dziecko ochrzcimy i M. nie będzie mi robił „kreciej roboty”, przy wychowywaniu jej w wierze katolickiej. Oczywiście jeśli kiedyś Kikul postanowi przystąpić do innej religii, albo zostanie ateistką, to trudno, nie wyprę się jej ;) Będę kochać i wspierać. Ale na razie skorzystam z prawa rodzica do przekazania dziecku w procesie wychowania swoich wartości i postaw, ponieważ prawo to dotyczy zarówno mycia rąk przed posiłkami i zakrywania ust w czasie ziewania, jak i religii. Dlatego proszę sobie od razu darować przekonywanie mnie, że robię dziecku krzywdę, bo je indoktrynuję od początku. Taka rola wychowania. Rodzice wychowują dziecko i przekazują mu wyżej wspomniane wartości i postawy, a także – siłą rzeczy swoje – poglądy, bo przecież niemożliwością jest, żeby weszło w życie jako tabula rasa i samo wszystko poznawało i wybierało. Dawanie dziecku wyboru jest dobre. Ale dawanie dziecku podstaw, w oparciu o które tego wyboru dokona jest konieczne. 

Także Kiki dostanie podstawy, a potem niechaj sama wybiera co woli. Ot co.

No, ale miało być o formalnościach. Poszliśmy z małżonem do księdza w celu zaklepania interesującego nas terminu. Oczywiście był on już zaklepany, ale niestety nie dla nas. Można tydzień później, albo tydzień wcześnie 14.06 albo 28.06.

- Decyduj kochanie. – stwierdził pomocny chłop po mej prawicy.

Herbata cała się spociła z nerwów – ciasne pomieszczenie, dwie pary wlepionych w nią oczu, napięcie wisi w powietrzu tak gęste, że można je kroić nożem, ksiądz czeka, małżon czeka, dziecko czeka (w domu, ale jednak)… Losy chrztu wiszą na włosku, wszystko zależy od sprawnej odpowiedzi naszej bohaterki…

- Czternasty. – pada nagła i niespodziewana odpowiedź. – Zdecydowałem. – dodaje ksiądz z miłym uśmiechem.

Do dziś dręczy nas wątpliwość czy ksiądz ulitował się nad Herbatą, nad sobą, nad wiernymi czekającymi na mszę, czy naprawdę myślał, że M. mówiąc „kochanie” zwracał się do niego…

Generalnie miło ze strony księdzora, że nie robił problemów z tego powodu, że mamy ślub cywilny. Choć gdyby robił to osobiście starłabym go na proch. Tak samo gdyby uznał, że należy trochę podokuczać tym niepokornym owieczkom, bo ponoć niektórzy tak potrafią – robią złośliwości i przekonują. Nasz jest na szczęście inny. Choć na początku kiedy padło pytanie czy mamy ślub i nasza odpowiedź, że cywilny, stwierdził spokojnie: „Czyli nie macie”. Nie spodobało mi się to, ale w tym momencie bardziej interesowała mnie nieprzewidywalna reakcja mojego ślubnego złośliwca. Usłyszałam jak z nozdrzy wydobywa mu się para z niewielką domieszką kreskówkowych iskier.

- Zależżżży jak kto na to ssssspojrzzzzy- wysyczał ciskając błyskawice oczami. (Serio, ta kropka na końcu zdania naprawdę była aż tak odczuwalna.)

Księdzor widocznie zauważył te niebezpieczne ogniki w źrenicach ślubnego, bo najpierw mętnie coś tłumaczył, że on może tylko z kościelnego punktu widzenia, a potem grzecznie zaczął mówić, że jesteśmy „po ślubie cywilnym”, a nie „bez ślubu”.

Na koniec nastąpiła najgorsza część – spisanie oświadczenia, że wiarę przekażą dziecku chrzestni. Noż kur debalans. Tak jakby to, że nie zmusiłam męża do ślubu kościelnego znaczyło, że w ogóle odżegnałam się od wiary i nie jestem w stanie jej przekazać potomstwu? Tak samo jak z tym, że mimo, że jestem stroną wierzącą – nie mogę chodzić do komunii. Jestem karana za brak fanatyzmu. Pięknie. No nic, trzeba to trzeba. Dostałam na wzór dwa oświadczenia spisane przez inne rodziny, w których jasno stało, że ślubu kościelnego nie mają, ale zamierzają zawrzeć, a chrzestnymi będą tacy-to-a-tacy. Zerknęłam do jednego, zerknęłam do drugiego. Wzięłam kartkę długopis i wysmażyłam krótkie pisemko mówiące, że ślubu kościelnego nie mamy (nie dodałam fałszywej obietnicy, że zamierzamy go zawrzeć), ale dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej przeze mnie, jako stronę wierzącą, z pomocą chrzestnych, takich-to-a-takich.

Wyjaśniliśmy księdzu jak to u nas wygląda, że ja M. do kościoła nie przymuszam, on mnie nie odwodzi, nie będzie mi przeszkadzał w przekazaniu Kitce religii, a ja go nie zaciągnę do ślubu kościelnego. Zachował się bardzo w porządku, bo stwierdził, że skoro się dogadujemy to najważniejsze. Dostaliśmy karteczki do spowiedzi dla przyszłych chrzestnych i pojechaliśmy w siną dal na zakupy.

10 minut później dzwoniliśmy spod sklepu na parafię, żeby spytać na jaką godzinę się zdecydowaliśmy. I to chyba posłuży za ostateczną puentę tej historii…