Archiwa kategorii: The Life

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Nocnik – mode on

Odpieluchowanie w toku. Za czasów naszych mam robiło się albo w tym wieku, albo już wcześniej, (mnie zaczęto wysadzać jak stabilnie siedziałam i przed rokiem byłam odpieluchowana, a i mąż wraz z bratem osiągnąwszy roczek spali już bez pieluch w piżamkach). Ja poszłam tym przetartym szlakiem, bo wydatki na pieluchy nie są wcale małe, a skoro całym pokoleniom wcześniej się udawało to czemu nie nam?

Zaczęliśmy od d***y strony, czyli od tego co na rzeczoną d***ę zakładamy. Skoro zakładamy pampersy to tyłek zostaje długo suchy. Skoro zostaje długo suchy to dziecku nie jest niewygodnie i nie ma motywacji zainteresować się nocnikiem. Nie kojarzy czynności wypróżniania z dyskomfortem w majtach. Z chóralnym westchnieniem podjęliśmy więc decyzję - tetra. 

20 pieluch tetrowych, jeden podkład ceratowy pod prześcieradło Canpol pocięty na kawałki, 5 par majtek i wszystkie otulacze z pieluch wielorazowych jakie mamy - to nasz arsenał. No i rzeczony nocnik.

Pieluchy codziennie, albo co drugi dzień piorę, składam w odpowiedni kształt, w pierwsze trzy pakuję ceratkę, która ma trzymać wilgoć z dala od majtek i szykuję otulacze, które tetrę trzymają na miejscu. W upalne dni zamiast pieluch Ewiwi ma same majteczki.

Przez pierwsze dwa dni Ewa święciła triumfy, a ja razem z nią, bo przed każdą kupą stękała sugestywnie i patrzyła mi prosząco w oczy. Ale nadszedł ten moment kiedy to matka musiała być mądrzejsza. Usłyszałam stękanie, ale stwierdziłam, że to na bank nie może być kolejna kupa, bo poprzednia miała miejsce zaledwie godzinę temu. Z błędu wyprowadziły mnie dopiero odpowiednie dźwięki dochodzące z pieluchy. Po tym Kitka chyba się obraziła, że jej nie słucham, albo stwierdziła, że jednak nawet tak oczywiste sygnały są zbyt trudne dla tej opóźnionej matki, bo przestała dawać znać. Także jak na razie staram się często ją wysadzać, co zazwyczaj przynosi dobry efekt, ale przecież nie chodzi o to, żeby pół dnia spędzała na nocniku. To tylko stan przejściowy. Docelowo ma przecież sygnalizować swoje potrzeby. Cieszy mnie, że początkowe (stracone) sukcesy świadczą o tym, że chyba czuje, że nadchodzi dwójka. Gorzej z siusianiem. Z moich obserwacji wynika, że nie czuje jeszcze, że jej się chce i co gorsza chyba niespecjalnie czuje, że robi i że ma mokro, szczególnie kiedy jest zajęta zabawą. Ale to dopiero początki, poza tym dziecko ma 8 m-cy więc nie wymagam cudów ;)

A obserwacja swoją drogą jest intensywna. Staram się wychwycić subtelne oznaki rąbania w pieluchę, a także nie przegapić ewentualnych sygnałów, które ona może wysyłać – czy to przed czy po fakcie.

I od razu chciałabym napisać słowo do każdej matki, czy nie-matki, która może się oburzyć, że ja tu popędzam rozwój dziecka z powodu matczynej chorej ambicji, że to za wcześnie, że dziecko jeszcze w ogóle nie czuje żadnych potrzeb fizjologicznych, a już na pewno nie kojarzy ich z dyskomfortem. Drogie Panie. Każde dziecko rozwija się inaczej. Zaczęłam naukę nocnikowania nie dlatego, że to wstyd, żeby dwulatek robił w pieluchę, nie dlatego, żeby się chwalić jak to moje dziecko ładnie i szybko (zwłaszcza, że nie wiem czy się uda w ogóle) i nie dlatego, że uważam, że wszystkie dzieci należy wysadzać jak najwcześniej. Zrobiłam to, bo znam moje dziecko, widzę jego rozwój na co dzień i uznałam, że już jest gotowe. Nie ma nic złego w tym, że niektóre dzieci są gotowe później. Ale tak jak nie uogólniam, że wszystkie muszą być wysadzane w wieku mojego, tak proszę o nie uogólnianie, że dzieci w tym wieku w ogóle nie mają szans na sukces w tej dziedzinie. Mają. Czego dowodem jest multum ludzi z mojego pokolenia i zapewne z pokolenia wcześniejszego. A czy moje się do nich zalicza? Czas pokaże :)

O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka, zafundowaliśmy sobie wyjazd do Sulistrowiczek pod Ślężą. Pojechaliśmy wszyscy, czyli my z Kitką i moi rodzice, z którymi mieszkamy. I tym sposobem znalazłam wreszcie motywację i inspirację, żeby napisać o rodzinie wielopokoleniowej.

Rodzina wielopokoleniowa jest jak karmienie piersią. Dokładnie.

Naturalna, bo od zarania dziejów ludzie żyli w gromadach, a w nich w grupach rodzinnych składających się zazwyczaj ze starców, dzieci i tych co pośrodku ;) Długo to było później jeszcze szeroko praktykowane, obecnie mam wrażenie, że stało się to „niemodne” i trochę nie na miejscu, bo jeżeli ktoś nie pójdzie „na swoje” to dowodzi swojego braku zaradności życiowej i nadmiernego przywiązania do spódnicy mamusi.

Wymaga trochę wysiłku i wyrzeczeń. A co w życiu nie wymaga? Zakładanie swojej rodziny z dala od starego gniazda jest też ciężki, bo człowiek musi sobie ze wszystkim radzić sam, lepiej zorganizować się czasowo i finansowo… Ale widzę, że dla niektórych ludzi to wszystko jest jednak łatwiejsze niż sztuka wspólnego życia z rodzicami, (lub teściami), która wymaga lepszych umiejętności rozwiązywania konfliktów, dzielenia przestrzeni, ciągłej konfrontacji – rozbieżnych często – poglądów i dostosowania się do nich, a czasami dostosowania ich do siebie. To wszystko nie przychodzi samo z siebie. O to trzeba zadbać. Celowo piszę „zadbać”, a nie „walczyć”, bo doświadczenie nauczyło mnie, że niezmiernie rzadko w rodzinie walka daje dobre rezultaty. I uważam, że łatwiej jest stanąć i zawalczyć o swoje poglądy, swoje wybory, swoje racje, niż przeprowadzać obustronny proces dyplomatyczny zakładający ustępstwa i częste chowanie dumy do kieszeni. Kiedy mieszkamy osobno – nie ma problemu, żeby się pokłócić, każde wróci do siebie, ochłonie, ponarzeka do innych i za jakiś czas się pogodzą. Kiedy mieszkamy razem widzimy siebie praktycznie cały czas, więc kiedy zacznie się konflikt nie ma od niego „przerwy”. Trwa cały czas i cały czas rodzi nieustanne napięcia dopóki się nie zakończy. Zdaję sobie sprawę, że rodziny mieszkające osobno też przeżywają konflikty, też im to „leży na wątrobie” dopóki się nie skończy, ale prawdą jest, że nie myślą o tym non stop. Mają inne zajęcia, obowiązki, które zmuszają ich, żeby chcąc nie chcąc oderwali się na moment od problemu. We wspólnym domu natykamy się cały czas na siebie nawzajem, wspólnie wykonujemy te obowiązki i nie ma możliwości odłożenia kłótni na jakiś czas na półkę. Jest to niewątpliwy minus, bo atmosfera potrafi być naprawdę ciężka. Jest to też plus, bo dzięki temu każda, nawet najpoważniejsza kłótnia, bardzo szybko znajduje swój finał. Ludzie są po prostu zmuszeni, żeby porozmawiać o problemie i go rozwiązać. Dzięki temu – nikt mi nie wmówi, że jest inaczej – ludzie żyjących w rodzinach wielopokoleniowych są fantastycznymi dyplomatami i potrafią szybko zażegnać konflikty.

Bywa trudna. Jakby nie było to są trzy pokolenia, trzy spojrzenia na świat i każdą jedną sprawę. Ba! Żeby tylko! Życie byłoby mlekiem i miodem płynące gdyby każda sprawa rozgrywała się na płaszczyźnie rodzice – dzieci. Niestety nie. Często zdarza się, że matka i córka mają jedno zdanie, a ojciec i zięć drugie. Albo matka i zięć. Albo córka i jedno z rodziców, a drugie się wstrzymuje. Albo zięć i teściowie kontra córka / żona. Albo córka z rodzicami kontra zięć / mąż. Różnie bywa. Niezliczona ilość kombinacji. Dojdzie jeszcze więcej kiedy i Kitka zacznie się upominać o swój udział. W każdym razie w tak zagmatwanych sytuacjach wszystko jest bardzo delikatne, bo napięcia obarczają relacje rodzic – dziecko, ale też relacje partnerskie między mężem a żoną. Często zmusza nas to do prowadzenia dysput „na dwa fronty.” Często w jednym czasie. Ale nie tylko to jest kłopotliwe. Jest mnóstwo drobnych kwestii sprawiających trudność. Np. wyczucie kiedy korzystamy z pomocy rodziców, a kiedy już ich wykorzystujemy. Albo z drugiej strony: kiedy dajemy dzieciom rady, a kiedy wtrącamy się w ich życie. Albo: druga para mocno się pokłóciła – zignorować nie da rady, w dodatku mamy swoje zdanie. I co dalej? Porozmawiać z nimi? A czy to na pewno nasza sprawa? A jeżeli porozmawiać to jak dalece odsłonić swoje zdanie, żeby nie wziąć czyjejś strony i nie zaognić konfliktu? Jak go załagodzić, żeby osoba, która nam się żali nie poczuła, że stoimy po stronie tego drugiego? Co zrobić kiedy pocieszanie ociera się o zajmowanie stanowiska po jednej ze stron? Mamy też kwestię dopasowania planów, zorganizowania czasu tak, żeby każdy mógł zrealizować swoje indywidualne plany… Jest mnóstwo drobiazgów.

Daje nam to co najlepsze. Zupełnie jak karminie piersią życie w rodzinie wielopokoleniowej daje nam wiele cennych umiejętności: dyplomacja, wysoko rozwinięta umiejętność współżycia z innymi, dzielenia się nie tylko przedmiotami materialnymi, ale też czasem, miłością, uwagą, poglądami, radami, wyznaczania i zachowania własnej przestrzeni – zarówno mieszkaniowej jak i umysłowej, elastyczność, kompromisowość i wiele innych. Oprócz tego korzystamy z wzajemnej pomocy. Najpierw rodzice pomagają dzieciom, (np. tak jak teraz u nas – przy dziecku), a potem dzieci zajmują się rodzicami na starość.

Od kiedy wyszłam za mąż, a na świecie pojawiła się Kitka jeszcze bardziej doceniam to nasze stadne mieszkanie. Większość wątpliwość dotyczących pielęgnacji niemowlaka rozwiewa mama, daje dobre rady, ale też możliwość nie skorzystania z nich, jest z nami cały czas, więc nawet jeżeli mi coś umknie to jest duża szansa, że ona to wychwyci, pomaga mi kiedy jestem zmęczona, muszę coś pilnie zrobić, albo po prostu kiedy chcemy z M. mieć czas dla siebie – czy to w domu czy na randce.

Nie każdy się do tego nadaje. Nie wszyscy rodzice dobrze sprawdzą się w roli tych mieszkających z dzieckiem i jego partnerem. Nie każde dziecko będzie się czuło szczęśliwe mieszkając z rodzicami. Nie chodzi mi w całym tym tekście o udowodnienie, że mieszkanie młodego małżeństwa z rodzicami jest lepszym rozwiązaniem, ale o obalenie mitu, że to dowód nieudolności. Nie czujcie się więc atakowani z tego powodu, że wyprowadziliście się z domu.

Niektórzy uważają mieszkanie razem za dziecinne, za przejaw braku dojrzałości. Niektórzy uważają, że takie osoby nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Niektórzy uważają, że to katorga.

Niektórzy się mylą.

Wyjaśnijmy coś sobie. Mieszkanie z rodzicami ma plusy i minusy. Mieszkanie samemu ma plusy i minusy. Jedni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie opuszczenia rodzinnego gniazda. Inni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie poszerzenia tegoż gniazda o swoją własną rodzinę. Na wybór składają się preferencje i warunki. Ale przede wszystkim preferencje. Bo tam gdzie wola jest i sposób.Ale gdzie takiej woli brak… tam… inny sposób.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca to pewnie odnieśliście wrażenie, że rodzina wielopokoleniowa to głównie kłótnie i problemy. Nie dajcie się zwieść pozorom. Pisałam tak dużo o konfliktach, bo bez dobrze opanowanej umiejętności ich rozwiązywania i unikania nie da się żyć pod jednym dachem. Już z samym mężem i dziećmi jest to trudne, a co dopiero jeszcze z rodzicami czy teściami. Zarówno ja jak i mój mąż wychowaliśmy się w takich domach i dlatego mieszkanie z rodzicami jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Kiedyś analizowaliśmy naszą sytuację i doszliśmy do wniosku, że nawet gdyby było nas stać na wyprowadzenie się, (bo mieszkanie z rodzicami to także wielka ulga dla budżetu), nie zrobilibyśmy tego, bo nie wyobrażamy sobie zostania tylko we trójkę. Dla mnie to jest kwintesencja rodziny. Bronimy się nawzajem, tworzymy jedną całość. Rodzina wielopokoleniowa to ogromna dawka codziennej miłości i wsparcia, a także mnóstwo śmiechu i zabawy. To także wytchnienie kiedy tego potrzebujesz i porządny kopniak w tyłek kiedy tego potrzebujesz. To szkoła miłości i wybaczania na poziomie zaawansowanym. To spełnienie marzenia o dużej rodzinie nawet dla jedynaków.

„Nie wolno!”

Czy można dziecko wychować bez zakazów? Można. W myśl idei, że zakazy i nakazy to zło, które ogranicza dziecko i tak naprawdę jest nieodpowiednim środkiem nacisku, albo wręcz rodzajem przemocy stosowanej na potomku. W takim pojęciu zakazy i nakazy ograniczają wolną wolę dziecka i nie pozwalają mu rozwinąć w pełni swojego potencjału. Takie wychowanie to wychowanie bezstresowe.

Czy mogłabym zmieszać ideę wychowania bezstresowego z błotem tak, żeby zwolennicy poczuli, że mają aplikowaną najdroższą maseczkę w spa? Mogłabym. Ale szkoda mi czasu i wysiłku. Napiszę więc wprost i wulgarnie: to jest kupa. Szajs absolutny, idiotyzm, debilizm, gwałt na naturalnym procesie wychowania i wielka krzywda robiona dzieciom.

Dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. Do tego poczucia niezbędne mu są wyznaczone jasno granice, czyli informacje co wolno, a czego nie wolno. Naszym zadaniem jako rodziców jest przystosowanie dziecko do przyszłego życia w społeczeństwie, dlatego koniecznym jest nauczenie go zachowań społecznie akceptowalnych. Jaś, który tych zachowań nie zostanie nauczony wyrośnie na gniewnego i sfrustrowanego Jana, który będzie wściekły na świat, że nie pozwala mu na wszystko, na siebie, że nie umie się w nim odnaleźć, na innych ludzi, z którymi nie będzie umiał się dogadać i na rodziców, bo to ich wina. Żeby więc już na początku nie wylać dziecka z kąpielą i nie pogubić go w tym zwariowanym świecie, stawiamy granice i drogowskazy właśnie w postaci zakazów i nakazów.

Czy jednak wszystkie zakazy są konieczne? Kikul ma dopiero 7 miesięcy, a ja już niejednokrotnie złapałam się na próbie zakazania jej czegoś, czego tak naprawdę nie musiałabym jej zabraniać. Wzięło się to chyba z błędnego przeświadczenia wpojonego mi przez otaczający świat, że moją rolą jako matki jest głównie zakazywanie. Powiem wam, że nawet nie jest to sprawka moich rodziców, bo nigdy nie byli nadmiernie kontrolujący i odmawiający mi swobody. Ale potem człowiek dorasta i wszędzie słyszy „nie”. Nie zawsze skierowane w jego stronę. Po prostu to słowo otacza nas z wszystkich stron. Słyszę je na placu zabaw, w kolejkach w sklepie, u lekarza, wszędzie. Głównie skierowane do dzieci.

Jakiś czas temu przygarnęliśmy ze schroniska psiaka. Uroczą jednooką suczkę. Psiak ma najwyżej rok, więc borykamy się z jej – trudnymi często do zaakceptowania – szczenięcymi zachowaniami, (skakaniem, nadmiernym entuzjazmem, gryzieniem rzeczy itp.) Stąd w domu przez ostatni miesiąc słychać głównie: „Benita, nie!”, albo dla odmiany: „Benita, nie wolno!”. Przez to przeraziłam się jak to będzie jak Ewa zacznie chodzić i nagle „Benita, nie!”, zmieni się niechybnie na „Ewa, nie!” Nie chcę, żeby cały dom napełnił się takimi okrzykami.

Oczywiście bez względu na to jak bardzo bym tego nie chciała – to się stanie. Jak inaczej miałabym tak malutkiemu dziecku przekazać, że czegoś nie wolno? Powiem wam jak to sobie wyobrażam. Powiedzmy, że półtoraroczna Ewa próbuje ciągnąć psa za ogon, albo za wąsy. Proces jaki sobie w tym wypadku wyobrażam to: pierwszy komunikat, („Ewa, nie wolno!”), zastopowanie niepożądanego zachowania, (oswobodzenie psa i osunięcie od niego Ewy) i na koniec, krótkie i jasne tłumaczenie dlaczego został postawiony zakaz, („Pieska to boli.”).

Ale cała gruszka siedzi w tym, żeby wcześniej zadać sobie pytanie: „Czy aby na pewno nie mogę się zgodzić na takie zachowanie?” Naturalnie w takich przypadkach jak – choćby i nieświadome – robienie krzywdy zwierzęciu, czy człowiekowi, albo próba robienia rzeczy / dotykania przedmiotów niebezpiecznych dla dziecka, nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Ale na przykład chlapanie w wanience? Ostatnio Kiki przechodziła taki okres. Teraz już raczej tego nie robi – bardziej ją interesują zabawki kąpielowe, ale miesiąc temu najlepszą zabawą było chlapanie. Mogłam jej tego zabronić. Mogłam konsekwentnie przytrzymywać jej rączki, albo nie pozwalać na chlapanie tylko od razu szybko ją myć i wyciągać. Nie zrobiłam tego. W pierwszym odruchu chciałam, ale zapytałam sama siebie czy aby na pewno to jest absolutnie nie do przyjęcia? W czym leży problem? Że cała podłoga jest zalana. Robi się ślisko, bo są płytki. Czy nie da się temu zaradzić tak, żeby wilk był syty i owca cała? Da się. Wystarczyło rozłożyć na podłodze stary płaszcz kąpielowy, który świetnie wchłaniał wodę, a potem przelecieć podłogę mopem. Mama, (czyli ja), – która z tych zabaw wychodziła też mokra od stóp do głów – sięgnęła po pokłady fantazji i przebierała się w strój kąpielowy. Przyznam, że obie miałyśmy sporo frajdy z tych kąpieli :)

Słowem: zakazywać – tak, byle mądrze :) Nie wszystko jak leci.

Randka z mężem

Jakiś czas już nie byliśmy na „małżeńskiej randce”, więc dziś postanowiliśmy z M. wybrać się do kina. Tak więc próbuję zarezerwować bilety. Wyświetla się plan sali i proszą o wybranie miejsc.

kino

 

- To, które miejsca? – pytam – Może 11 i 12?

A na to mój romantyczny, ukochany mąż:

- Może 15 i 16?

Zabić to mało…

Chrzest – formalności i wartości z ostateczną puentą spod sklepu

Nadeszła ta pora. Od urodzenia Ewy wydawała mi się taaaakaa odległa, a tu nagle jest. Będzie. Za miesiąc. Więc formalności trzeba było załatwić teraz.

Chrzest.

Mężulo jest ateistą wprawdzie – odrobinę może niepewnym, ale jest – ale ja jestem wierząca i leniwie praktykująca. Leniwie, bo często mi się zdarza opuścić msze z powodu najzwyklejszego lenistwa, przyznaję. Szczególnie od ślubu, bo nie mogę chodzić do komunii, a to dla mnie najważniejsza część mszy. Ale to inny temat. W każdym razie ustaliliśmy, że dziecko ochrzcimy i M. nie będzie mi robił „kreciej roboty”, przy wychowywaniu jej w wierze katolickiej. Oczywiście jeśli kiedyś Kikul postanowi przystąpić do innej religii, albo zostanie ateistką, to trudno, nie wyprę się jej ;) Będę kochać i wspierać. Ale na razie skorzystam z prawa rodzica do przekazania dziecku w procesie wychowania swoich wartości i postaw, ponieważ prawo to dotyczy zarówno mycia rąk przed posiłkami i zakrywania ust w czasie ziewania, jak i religii. Dlatego proszę sobie od razu darować przekonywanie mnie, że robię dziecku krzywdę, bo je indoktrynuję od początku. Taka rola wychowania. Rodzice wychowują dziecko i przekazują mu wyżej wspomniane wartości i postawy, a także – siłą rzeczy swoje – poglądy, bo przecież niemożliwością jest, żeby weszło w życie jako tabula rasa i samo wszystko poznawało i wybierało. Dawanie dziecku wyboru jest dobre. Ale dawanie dziecku podstaw, w oparciu o które tego wyboru dokona jest konieczne. 

Także Kiki dostanie podstawy, a potem niechaj sama wybiera co woli. Ot co.

No, ale miało być o formalnościach. Poszliśmy z małżonem do księdza w celu zaklepania interesującego nas terminu. Oczywiście był on już zaklepany, ale niestety nie dla nas. Można tydzień później, albo tydzień wcześnie 14.06 albo 28.06.

- Decyduj kochanie. – stwierdził pomocny chłop po mej prawicy.

Herbata cała się spociła z nerwów – ciasne pomieszczenie, dwie pary wlepionych w nią oczu, napięcie wisi w powietrzu tak gęste, że można je kroić nożem, ksiądz czeka, małżon czeka, dziecko czeka (w domu, ale jednak)… Losy chrztu wiszą na włosku, wszystko zależy od sprawnej odpowiedzi naszej bohaterki…

- Czternasty. – pada nagła i niespodziewana odpowiedź. – Zdecydowałem. – dodaje ksiądz z miłym uśmiechem.

Do dziś dręczy nas wątpliwość czy ksiądz ulitował się nad Herbatą, nad sobą, nad wiernymi czekającymi na mszę, czy naprawdę myślał, że M. mówiąc „kochanie” zwracał się do niego…

Generalnie miło ze strony księdzora, że nie robił problemów z tego powodu, że mamy ślub cywilny. Choć gdyby robił to osobiście starłabym go na proch. Tak samo gdyby uznał, że należy trochę podokuczać tym niepokornym owieczkom, bo ponoć niektórzy tak potrafią – robią złośliwości i przekonują. Nasz jest na szczęście inny. Choć na początku kiedy padło pytanie czy mamy ślub i nasza odpowiedź, że cywilny, stwierdził spokojnie: „Czyli nie macie”. Nie spodobało mi się to, ale w tym momencie bardziej interesowała mnie nieprzewidywalna reakcja mojego ślubnego złośliwca. Usłyszałam jak z nozdrzy wydobywa mu się para z niewielką domieszką kreskówkowych iskier.

- Zależżżży jak kto na to ssssspojrzzzzy- wysyczał ciskając błyskawice oczami. (Serio, ta kropka na końcu zdania naprawdę była aż tak odczuwalna.)

Księdzor widocznie zauważył te niebezpieczne ogniki w źrenicach ślubnego, bo najpierw mętnie coś tłumaczył, że on może tylko z kościelnego punktu widzenia, a potem grzecznie zaczął mówić, że jesteśmy „po ślubie cywilnym”, a nie „bez ślubu”.

Na koniec nastąpiła najgorsza część – spisanie oświadczenia, że wiarę przekażą dziecku chrzestni. Noż kur debalans. Tak jakby to, że nie zmusiłam męża do ślubu kościelnego znaczyło, że w ogóle odżegnałam się od wiary i nie jestem w stanie jej przekazać potomstwu? Tak samo jak z tym, że mimo, że jestem stroną wierzącą – nie mogę chodzić do komunii. Jestem karana za brak fanatyzmu. Pięknie. No nic, trzeba to trzeba. Dostałam na wzór dwa oświadczenia spisane przez inne rodziny, w których jasno stało, że ślubu kościelnego nie mają, ale zamierzają zawrzeć, a chrzestnymi będą tacy-to-a-tacy. Zerknęłam do jednego, zerknęłam do drugiego. Wzięłam kartkę długopis i wysmażyłam krótkie pisemko mówiące, że ślubu kościelnego nie mamy (nie dodałam fałszywej obietnicy, że zamierzamy go zawrzeć), ale dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej przeze mnie, jako stronę wierzącą, z pomocą chrzestnych, takich-to-a-takich.

Wyjaśniliśmy księdzu jak to u nas wygląda, że ja M. do kościoła nie przymuszam, on mnie nie odwodzi, nie będzie mi przeszkadzał w przekazaniu Kitce religii, a ja go nie zaciągnę do ślubu kościelnego. Zachował się bardzo w porządku, bo stwierdził, że skoro się dogadujemy to najważniejsze. Dostaliśmy karteczki do spowiedzi dla przyszłych chrzestnych i pojechaliśmy w siną dal na zakupy.

10 minut później dzwoniliśmy spod sklepu na parafię, żeby spytać na jaką godzinę się zdecydowaliśmy. I to chyba posłuży za ostateczną puentę tej historii…

Tango arsenic hour i najgorszej myśli z ząbkowaniem w tle

Miałam dzisiaj naprawdę ciężką noc. Okropną noc. Noc z piekła rodem. Ewa nigdy nie była wymagającym noworodkiem, potem jako niemowlę też była super (zasadniczo dalej jest), ale ta noc… ech… Wygląda na to, że idzie jej górna jedynka. Albo wszystkie zęby na raz, patrząc na natężenie płaczu nie wykluczam takiej możliwości.

Od zaśnięcia, czyli gdzieś tak od godziny 21:00 Kitka przespała dwa razy po godzince, a raz (po zjedzeniu 60 ml mleka) dwie godziny. I to był absolutny rekord tej nocy. Przez resztę czasu budziła się z płaczem i jęczeniem co pół godziny, co 10, 15 minut, czasem co 5. Jedyne co mogłam zrobić to dać jej smoczek, pogłaskać po główce mówiąc „ćśśś…” i poczekać aż obróci się na drugi bok i znowu zaśnie. Na kolejne 10 minut. A ja będę mogła wrócić do pokoju, zwalić się na łóżko jak kłoda zasypiając w locie i doczekać kolejnego wezwania w pozycji denackiej. Znaczy na umarlaka.

Tej nocy kilka razy popłakałam się z bezsilności i zmęczenia. Raz – kiedy Kitka uporczywie wyciągała z ust smoczka i próbowała go wyrzucić za burtę jednocześnie jęcząc donośnie – zdenerwowana wyrwałam jej smoka z ręki co oczywiście spowodowało lawinowe narastanie płaczu aż do poziomu syreny alarmowej. Niestety Mleko jest na etapie wyrzucania przedmiotów, które w zasadzie pragnie posiadać. Pragnie je oczywiście posiadać po to, żeby je wyrzucić – to logiczne. W każdym razie noc była ciężka i dla niej i dla mnie. Obie płakałyśmy, obie jęczałyśmy i żadna nie mogła zrobić nic, żeby poprawić ten stan rzeczy. W pewnym momencie nawet rozpłakałam się w ramionach M. artykułując nieporadnie przez łzy: To dziecko zostało zesłane z piekieł na moją zgubę…

Nad ranem nawet mój przeciążony i przemęczony mózg wyprodukował sen idealny do psychologicznej interpretacji. Mianowicie śniło mi się, że jakaś wyższa instancja postanowiła zrobić nad Ewą sąd za tę noc. Ja znalazłam się w jakiejś dzielnicy willowej i wściekła zaczęłam obrzucać kamieniami dom prokuratora krzycząc, żeby odwalili się od mojego dziecka, bo za co ma być sądzona? Za to, że zafundowała mamie ciężką noc? - Przecież to tylko małe dziecko! – darłam się - Ona też widać cierpi skoro się budzi! Myślę, że część mojej podświadomości chciała jakoś ukarać Kitkę za te straszne godziny, a druga (lepsza i rozsądniejsza) uznała słusznie, że to nie jej wina i zaciekle jej broniła.

Teraz trochę o arsenic hour. Ostatnio w magazynie Dziecko czytałam felieton o takim tytule. Autor wyjaśniał, że jest to godzina kiedy musisz zrobić dużo w bardzo krótkim czasie i jeszcze wszystko się komplikuje. Ja odniosłam trochę inne wrażenie w trakcie lektury. Moją uwagę przykuł fragment, w którym Pan Kwaśniewski opisuje jak jego córka w niemowlęctwie bardzo płakała i nijak nie mógł jej uspokoić.

„Nosiłem, tuliłem, masowałem brzuszek. Śpiewałem, tańczyłem, pokazywałem co za oknem. Włączyłem pralkę. Stukałem naczyniami. I co? I nic. A jak dawałem jej smoczek to ona go wypluwała. 

- A jakbym ją tak wziął, wyrzucił przez okno? – pomyślałem. – Przyjedzie policja, wpakują mnie do więzienia. I już nic nie będę musiał. Ani uspokajać, ani przewijać, ani wstawać, ani chodzić.

To była naprawdę miła myśl. Aż mnie zaczęło świerzbić w palcach. Tak, bardzo dobrze pamiętam ten pierwszy raz. Bo potem to już rutyna. Jest nawet taka godzina, w której te myśli przychodzą częściej niż w każdej innej. Anglosasi nazywają ją – arsenic hour. „

Najgorsza rzecz jaką zrobiłam wczoraj wymęczona i bezsilna, to właśnie wyrwanie Ewci smoczka z ręki nerwowym ruchem. Najgorsza myśl jaka kiedykolwiek przyszła mi do głowy kiedy Ewa nie przestawała płakać, albo płakała – jak mi się zdawało – bez powodu, to, żeby dać jej klapsa, czego oczywiście nigdy nie zrobiłam.

Czy ja coś przegapiłam? Kiedy to normą stało się fantazjowanie o zabiciu, własnego dziecka? Do tej pory sądziłam, że myśli o zamordowaniu dziecka, zrzuceniu go z dachu, uduszeniu itp. mają tylko matki z tzw. depresją poporodową. Przyznam, że jestem widać wybitnie ciasnogłowa, bo i w takim przypadku nie mogłabym szczerze powiedzieć kobiecie: Nie martw się, takie myśli są normalne w Twoim stanie.

Sorry Batory, dla mnie każda myśl o zrobieniu dziecku poważnej krzywdy tylko dlatego, że już nie dajemy sobie rady z jego płaczem jest chora i stanowi po prostu wypaczenie. Nawet w wypadku depresji. Nie mówię, że jeśli kiedykolwiek przemknęłam komuś przez głowę taka myśl to taka osoba nigdy nie będzie dobrym rodzicem i niczym nie da się tego naprawić. Człowiek popełnia błędy.

Ale ważne, żeby nazywać te błędy po imieniu, a nie udawać, że to norma.

Rzekłam.

Połóg

Było o porodzie – teraz czas na połóg :)

Na dobry początek: nie oczekujcie proszę, że opiszę go jako lekki łatwy i przyjemny. Ale nie przerażajcie się też, że taki nie jest. Połóg to jest normalna część życia, która jaka by nie była po prostu… mija. Na pewno nie ma powodu, żeby przez wzgląd na ten krótki czas bać się ciąży czy nie chcieć dziecka. To są pierwsze tygodnie, dość trudne dla świeżo upieczonych rodziców, a szczególnie dla mamy, w której szaleje hormonalna burza, niepokoje związane z macierzyństwem, a wszystkie rany bitewne wciąż jeszcze bolą. Pamiętajcie proszę, że każda kobieta przechodzi ten czas inaczej. Mnie po porodzie kleszczowym wszystko bolało dużo bardziej niż koleżanki po naturalnym, a na pewno inaczej niż po cesarce. Jest mnóstwo kobiet, które połóg skwitują słowami: „Hę? A tak, zaraz po porodzie… No, byłam trochę drażliwa, a co? Nie, ból przeszedł mi po dwóch dniach, potem trochę tylko ciągnęło.” No u mnie tak nie było :) A jak było? A posłuchajcie…

Obudziłam się stanowczo za szybko. Dolargan musiał już wyparować z mojego organizmu, ale absolutnie nie czułam się wypoczęta. Pewnie obróciłabym się na drugi bok i z donośnym mlaśnięciem powróciła w objęcia Morfeusza gdyby nie ukłucie mokrej świadomości, że zostałam mamą i gdzieś tam jest mój Skarb, który na mnie czeka! Zaraz, zaraz… „mokrej”? W lot pojęłam co się dzieje. Z westchnięciem uchyliłam rąbka kołdry wcześniej upewniając się, że moja współlokatorka zajęta jest całkowicie swoim synkiem. No tak. Podkład porodowy super-chłonny, super-miękki, super-duper-hiper-do-niczego. Musiałam coś z tym zrobić. Położna i salowa pojawiły się jakby czytając w moich myślach. Posprawdzały mnie jak mechanik samochód przywieziony do wyklepania, zadecydowały o niezwłocznej zmianie biało-czerwonej już pościeli i pomogły doprowadzić się do porządku. Pierwszym zaleceniem było, że powinnam koniecznie w określonym czasie po obudzeniu (godzina? Dwie?) oddać mocz. Dziarska Herbata odparła lekko stłumionym przez ból głosem: „Ok, czemu nie teraz?”, „Da pani radę?” – spytała położna, która pomagała odebrać Kitkę patrząc na mnie podejrzliwie. Co proszę? Ja mam nie dać? Tez coś! Prychnęła wewnętrzna supermanka we mnie. Potem okazało się, że jest wewnętrzną super-kretynką co udowadniała konsekwentnie przez najbliższe 6 tygodni. Czasami dalej się odzywa, ale przestało jej się podobać dostawanie po łbie, więc przeważnie siedzi cicho.

Ad rem! Wstałam chwiejnie trzymana w żelaznym uścisku  moich pomocnic i noga za nogą podążałam w kierunku toalety. Prawdę mówiąc miałam znikomy kontakt z dolnymi kończynami, a w dodatku wszystkie moje organy wewnętrzne od krtani w dół usytuowały się chyba w pustym miejscu po rozdętej macicy, więc miałam wrażenie, że kobiety bardziej mnie niosą niż prowadzą. Było mi wstyd, ale starałam się im pomagać jak mogłam. Chyba trochę jednak powłóczyłam nogami, bo wlokłyśmy się w ślimaczym tempie. Kiedy dotarłyśmy do celu obie panie posadziły mnie delikatnie na ubikacji, (szczycie upokorzenia – czy już cię osiągnęłam?), po czym salowa poszła do swoich obowiązków, a położna została ze mną. Pogłębiło to mój wstyd, ale i ucieszyło mnie, bo nie miałam pojęcia jak udałoby mi się samej wstać. Chwilę potem okazało się, że położna doskonale wiedziała co robi, bo nagle świat wykonał dziwne salto wokół mojej głowy, posłał mi teatralny pocałunek i baletowym pas opuścił scenę. Utrata przytomności choć spektakularna nie mogła trwać dłużej niż sekundę, góra dwie, bo rzeczywistość niechętnie powróciła do mnie zdejmując grubą zasłonę z moich oczu i uszu. Poczułam, że zwisam z muszli pod jakimś dziwnym kątem, położna trzyma mnie mocno za rękę i drugie ramię wołając jednocześnie donośnie salową na pomoc. Obie posadziły mnie z powrotem jak należy. Zaczęłam przepraszać za kłopot, ale moja strażniczka zbyła mnie machnięciem ręki i stwierdzeniem, że nie ma za co, bo to całkowicie normalne, a ona jest od tego, żeby mi tu pomóc. Wróciłam do łóżka niecierpliwie czekając aż przywiozą mi tą małą istotkę, której jeszcze nie miałam okazji bliżej poznać. Czułam się tak jakbym siedziała pod choinką i miała odpakować najwspanialszy prezent w życiu. Kiedy do pokoju wjechało plastikowe łóżeczko z Kitką serce niemal eksplodowało mi z emocji. Gdyby nie ból i osłabienie podbiegłabym do niego w podskokach, a tak czekałam tylko niecierpliwie w myślach popędzając położną. Ewunia oczywiście była najpiękniejszym dzieckiem na świecie, nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Byłam przeszczęśliwa, że wreszcie ją dostałam i mogę się nią zająć! Nie mogłam się doczekać kiedy się obudzi!

Oczywiście kiedy się obudziła z niecierpliwością wyglądałam kolejnej chwili kiedy wreszcie zaśnie i modliłam się, żeby przespała chociaż godzinkę. W nocy nie było tak źle, bo moja córeczka od samego początku dawała się mamie wyspać. Za to w dzień przechodziłyśmy obie lekki Sajgon, bo miałam za mało pokarmu. Starałam się jak mogłam, ale nic nie pomagało. Mała była dokarmiana glukozą, na co patrzyłam bardzo niechętnym okiem. Drugą przeszkodą był ból. Mnóstwo bólu. Nie wiem jak to jest po cesarce, ale teraz przy operacji usuwania mięśniaków z macicy byłam podobnie cięta i z ręką na sercu mówię – to jest nic w porównaniu z bólem po porodzie kleszczowym. Ale na pewno to nie jest to samo co poród przez cesarskie cięcie. Patrzyłam z zazdrością jak koleżanka z sali – po porodzie naturalnym – na drugi dzień śmigała i tylko czasem zdarzyło jej się jęknąć. Ja leżałam na łóżku, cieszyłam oczy moim małym Skarbem i jednocześnie miałam nadzieję, że jeszcze pośpi.

Zaskoczeniem było dla mnie jak prosta jest obsługa noworodka. Wszystko przychodziło mi bez żadnego problemu. Jeszcze w ciąży nieraz ze strachem myślałam o ubieraniu takiej kruszyny i starałam się w myślach dokładnie odtworzyć proces przeciągania maleńkich rączek przez ciasne rękawki. W praktyce okazało się to dużo łatwiejsze. Nie miałam problemu z ubieraniem, przebieraniem, przewijaniem, przekładaniem mojego dziecięcia. Nie wydawało mi się, że zrobię jej jakimś nieopatrznym ruchem krzywdę. Wszystko przychodziło samo. W szpitalu jej nie kąpałam, bo zwyczajowo robiły to położne.

5.10 urodziła się Ewunia, a 7.10 wieczorem już wychodziłyśmy do domu. Do szpitala trafiłam dzień wcześniej, tak więc jak nic wychodzi, że spędziłyśmy tam 4 dni. Zdezorientowana liczę raz i kolejny. Potrząsam głową i przeliczam raz jeszcze – tym razem pomagając sobie palcami. Nie chce być inaczej. 4 dni, z czego po urodzeniu Ewci tylko 2. A wrażenie mam jakby to był tydzień. Ostatniego dnia byłam wycieńczona. Wszystko mnie bolało, oddech miałam urywany i modliłam się żeby wreszcie puścili nas do domu, bo już nie mogłam wytrzymać. Leki przeciwbólowe, które dostawałam były tak dobrane, żebym mogła przy nich bezpiecznie karmić piersią, co w praktyce oznaczało, że nic nie dawały. Cały personel był bardzo miły, ale ja po prostu obolała i wymęczona nie dawałam już rady. Rozpaczliwie potrzebowałam kilku godzin odpoczynku, a nie zawiozłam małej na salę noworodków, bo pieprzona supermanka we mnie twierdziła, że to wstyd i hańba, że jeszcze pomyślą, że mam depresję poporodową, albo że nie umiem się dzieckiem zająć. Teraz już wiem, że wszystko to był jeden wielki shit-kit i bujda na resorach. Trzeba było Ewę odwozić na noc do noworodków. Trzeba było poprosić i o godzinkę lub dwie snu w ciągu dnia. To wcale nie znaczyłoby, że jestem złą matką i nikt by tak nie pomyślał. A tak przez własną dumę i strach przed tym co pomyślą inni sama siebie wykończyłam już na starcie.

Kiedy nadszedł ten błogosławiony moment wyjścia do domu nie było na świecie szczęśliwszego ode mnie człowieka. Ubieraniem Ewci zajęła się położna – nie spodobało mi się to zbytnio, bo sama chciałam to zrobić, ale prawdę mówiąc byłam zbyt słaba, żeby zaprotestować. W tym czasie mąż poszedł ze mną do łazienki, żeby pomóc mi się ubrać. I tu już nie wytrzymała. Hamowane dotąd na siłę łzy bólu przerwały wszystkie tamy. Zdążyłam tylko mu powiedzieć: Nie myśl sobie, że to jakaś depresja poporodowa, po prostu już nie mogę wytrzymać z bólu… I popłynęłam. Szlochałam bezgłośnie kiedy naciągał na mnie po kolei wszystkie fragmenty garderoby, bo sama nie byłam w stanie tego zrobić. Tuż przed wyjściem z ubikacji obmyłam twarz zimną wodą. Przywdziałam na twarz koślawy uśmiech – zniekształcony przez ten cholerny ból i poczłapałam za całą delegacją – mama, teściowa, mąż z dzieckiem – do samochodu. Po wyjściu ze szpitala mąż dodał gazu, żeby Kitka nie zmarzła, a ja głupiutkie stworzenie poprułam za nim włączając piąty bieg, żeby dotrzymać kroku mojemu dzidziusiowi – jeszcze się na nią nie napatrzyłam i wątpiłam, żebym kiedykolwiek zdołała nasycić oczy tą doskonałością. Osiągnęłam tyle, że zrównałam się z teściową, która widząc moje wysiłki, miłosiernie zwolniła i wlekła się ze mną w ogonie.

W domu było łatwiej i trudniej jednocześnie. Łatwiej, bo mama na zmianę z mężem wstawali do małej, żeby ją nakarmić i przewinąć w nocy. Łatwiej, bo pomagali mi jak tylko mogli. Nawet mam takie zdjęcie – ja z maleńką Ewunią na rękach, promienna i uśmiechnięta stoję w naszym pokoju, oblewa mnie przedpołudniowe chłodne światło, szczęście wręcz ode mnie bije, Kitka śpi grzecznie w moich ramionach owinięta w kocyk… a z tyłu na kanapie leży rozwalony i pogrążony w głębokim śnie M. Było też trudniej, bo na początku nie miałam pokarmu. Godzina odciągania laktatorem pozwoliła mi uzyskać 15 może 30 ml. Załamana i obolała podjęłam trudną decyzję o karmieniu sztucznym. Pewnie bym tego nie zrobiła, bo wiedziałam, że w końcu przyjdzie nawał mleczny, (faktycznie pojawił się w czwartej dobie, choć i tak szału nie było), ale dłużej już nie mogłam walczyć z bólem i odstawiając Kitkę od piersi pozwoliłam sobie na branie silnych leków przeciwbólowych. Dzięki nim funkcjonowałam w miarę normalnie, tj. siadałam na poduszkach (bez nich nie dałabym rady), chodziłam po domu, siadałam – baaaardzooo ooostrooożnieee – na ubikacji i w ogóle dawałam radę cieszyć się z macierzyństwa zamiast płakać z bólu i łapać oddech jak ryba wyjęta z wody.

Decyzja o karmieniu sztucznym nie była prosta, o nie. Wiele było przy niej łez, czułam się jak gorsza matka, jak zła matka, czułam się jak wyrodna matka, która odbiera swojemu dziecku to co ma dla niego najcenniejszego dla własnej wygody. Czułam, że nie jestem matką w 100%. Moja mama i teściowa nie były zadowolone, uważały, że powinnam zacisnąć zęby i to przeżyć. Pewnie wiele z was też tak uważa. Ale powiem wam jedno – ten kto nie przeżył aż takiego bólu, niech się nie wymądrza. Karmienie piersią jest bezspornie najlepszym sposobem karmienia dziecka, ale po prostu nie zawsze się udaje. Nie da się obiektywnie ocenić cudzego bólu, więc nikt, powtarzam nikt nie ma prawa mówić, że mogłam to wytrzymać. Gdybym mogła to bym wytrzymała. W tamtej chwili moim największym wsparciem był mąż. Uspokajał mnie, przekonywał, że będzie to lepsze i dla mnie i dla Ewci, że wiele dzieci wychowało się na mleku modyfikowanym i wcale nie rozwijają się gorzej od rówieśników, że mieszanki mają wszystko czego dziecku potrzeba, że i tak mam mało pokarmu i Kitka się nie najada, a ja cierpię i w ogóle to dobra decyzja. Zawsze będę mu wdzięczna za to wsparcie.

Początkowo planowałam, że kiedy wydobrzeję na tyle, żeby odstawić silne leki przeciwbólowe zawalczę jeszcze raz o karmienie naturalne. Ale nie zrobiłam tego, bo zauważyłam, że Ewa na mleku modyfikowanym jest spokojna, ma uregulowane pory karmienia i najada się do syta. Pomyślałam o rozdzierającym płaczu głodnego malucha, którego mama nie może nakarmić, o rozregulowanych godzinach snu, o moich poranionych do krwi brodawkach, o tym jak obie byśmy się męczyły… i z niemal czystym sumieniem zostałam przy butli. Mówię „niemal,” bo przyznam, że do dziś miewam wyrzuty sumienia. Ale wiem już, że nie jestem przez to gorszą matką.

Choć wydawało mi się, że połóg nigdy nie minie, że zawsze będę już borykała się z wyrzutami sumienia po odstawieniu Ewy od piersi, z bólem, upokorzeniem, osłabieniem i niemocą – w końcu minął. Dlatego w czasie połogu baby – zacisnąć zęby i czekać. To przejdzie. Pamiętajcie: jeśli tu nie zginiesz – to wszędzie się wywiniesz!