Archiwa kategorii: The Life

Żniwa

Jest czas siania i czas żniw. W życiu człowieka, nieco inaczej niż w świecie roślin, te okresy nie następują tylko raz i kolejno, ale przeplatają się ze sobą wciąż i łączą, ponieważ nawet siejąc zbieramy plony, a zbierając je nie ustajemy w siewie.

Tak jest głównie w przypadku dzieci. Kitka ma już prawie 3 lata. Przerwę w blogowaniu zrobiłam kiedy skończyła roczek. Także za mną dwa lata samego zbierania doświadczeń w macierzyństwie. To bardzo ciekawe, bo pamiętam doskonale, (zresztą są tego namacalne dowody, w postaci tekstów), że kiedy dziecię moje ledwo od podłogi odstawało, miałam swoją wizję macierzyństwa, którą wiele osób, (z bloga i nie tylko), krytykowało i poddawało w wątpliwość. Komentarze miały wydźwięk: „wszystko pięknie, ładnie, ale jeszcze jesteś młoda, dziecko masz małe, życie zweryfikuje te twoje śliczne wizje”. I co? I pstro. Życie toczy się dalej, dziecko rośnie, a ja postanowiłam się konsekwentnie trzymać swojego pomysłu na wychowanie i tak też zrobiłam. Robiłam tak przez dwa lata. Siałam. Nadszedł czas żniw. 

Nie jedynych. Nie ostatnich. Ale pierwszych.

Nie jestem nieomylna, nie jestem idealna. Ale czuję, że odwaliłam dobrą robotę, kiedy widzę, że Ewa wyjaśnia, a nie drze się. Mówi: „ale mama, posłuchaj…”, bo wie, że faktycznie posłucham i sama słucha gdy ja coś tłumaczę.

Kiedy widzę, że czeka. Czeka na obiecane lody, cukierka, czeka na zabawę, na bajkę. Wie, że jeżeli coś obiecałam, to tak będzie. Nigdy nie składam obietnic bez pokrycia i to procentuje.

Kiedy widzę, że w zabawie, lub do nas, zaskakująco często używa zwrotu: „nic nie szkodzi”. Nie robi wymówek, nie daje swoim zabawkom kar. Serce mi rośnie gdy widzę, jak bawi się lalką i słyszę nagle: „Oj! Co się stało Pipi? Przewróciłaś? Nic nie szkodzi.” Czyli coś robimy dobrze.

Kiedy widzę, że na porządku dziennym są słowa: „proszę, dziękuję, przepraszam”. Wielu, naprawdę wielu ludzi radziło, żebym dała spokój i nie przypominała rocznemu dziecku o takich słowach. Ewa zaczęła je wymawiać (dość zniekształcone, ale jednak), zanim na dobre nauczyła się imion naszych psów. Absolutnym szokiem był dla mnie wieczór, kiedy Ewa po bajce na dobranoc sama z siebie przeprosiła mnie za to, że rankiem tego dnia była niegrzeczna. Mimo, że jej zachowanie szybko się poprawiło i nie wracałyśmy więcej do tematu.

Kiedy idę z nią na zakupy i nie jestem jedną z matek sklepowych. Dwa razy zdarzyła jej się histeria w sklepie. Dwa. Obydwa razy ostrzegłam ją, że takie zachowanie jest niedopuszczalne i jeśli nie przestanie to wyjdziemy. Nie przestała – wzięłam ją pod pachę i wyszłam. Później zawsze wystarczyło ostrzeżenie.

Kiedy widzę, że przeważnie wystarczy mi Ewę ostrzec, albo czasem nawet na nią spojrzeć w odpowiedni sposób, żeby wiedziała, że przegina i się poprawiła. To nie jest zasługa zastraszania dziecka, tak jak to robią niektóre matki, ale zwykłej konsekwencji. Nie musiałam stosować dotkliwych, czy cielesnych kar. Wystarczyło po prostu konsekwentnie, za każdym razem dotrzymywać danego słowa. Tak w przyjemnych rzeczach, („w sobotę pojedziemy kupić Ci książeczkę”), jak i w nieprzyjemnych, („jeśli dalej będziesz krzyczała, będziemy musiały wyjść ze sklepu”). W ten sposób dziecko nauczyło się, że mamie można ufać, więc jeśli grozi, że nie dostanę deseru, to znaczy, że nie dostanę. Pora się uspokoić.

Czy zawsze moje dziecko jest idealne? Nigdy nie krzyczy, nie jest niegrzeczne? Czy ja zawsze jestem idealna? Nigdy nie tracę cierpliwości, nie jestem zmęczona? Nie zawsze. Ale przeważnie. „Przeważnie” wystarczy. Bo kiedy przychodzi moment, że jestem rozdrażniona, zmęczona i na nią krzyknę, ona mówi mi spokojnie: „mama, nie trzeba krzyczeć” i jest ok. A kiedy ona ma gorszy dzień i wszystko jest na „nie”, ja też umiem znaleźć w sobie jeszcze kilka warstw cierpliwości, o których nie pamiętałam, że tam są.

Chwasty zdarzają się na najlepszych polach. Chodzi jednak o to, aby siać, siać, siać. Najtrudniej jest zawsze przed pierwszymi efektami. Zanim w ogóle wzejdzie Twój plon. Łatwo uwierzyć tym, którzy mówią: „siejesz, a nic nie urośnie, tracisz czas.” Ale jeśli ich nie posłuchasz to niedługo wszystko wykiełkuje, urośnie i pozostanie już tylko żąć. I dalej siać, siać, siać.

„Z nich zaś największa jest miłość”

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”.                                                                                                                             List do Koryntian

Myślałby kto, że największa powinna być wiara. Że wiara, powinna być dla Boga najważniejsza, bo jest przyczyną naszego posłuszeństwa. Bo jest hołdem Jemu złożonym. Bo dzięki wierze do Niego należymy. Ale Bóg chyba nie chce, żebyśmy do Niego należeli. Żebyśmy byli Jego własnością. Myślę, że chce, żebyśmy Mu się oddali z własnej woli. I chyba nie dlatego, że liczy na nasze poddaństwo, tylko dlatego, że liczy na wzajemność. Oddaje nam się cały, bo nas kocha i pragnie naszej miłości. Tak jak my pragniemy miłości i oddania tych, których sami kochamy i którym się oddajemy we władanie.

„Z nich zaś największa jest miłość”. Miłość jest przyczyną i początkiem wszystkiego co dobre. Każdy nasz dobry uczynek rodzi się z tego właśnie uczucia. Pomagamy, bo kochamy. Poświęcamy się, bo kochamy. Przebaczamy, bo kochamy. Staramy się zrozumieć, bo kochamy. Ustępujemy, bo kochamy. Szacunek, przyjaźń, zrozumienie, miłosierdzie – wszystkie biorą swój początek w miłości. To co złe zaś, jest tylko wynikiem jej braku. Myślę, że tak to naprawdę wygląda.

Kiedy ludzie pytają: „dlaczego jest tyle zła na świecie?” to myślą, że Bóg jest zły i zsyła nam tą całą podłość, te trudne sytuacje. Że Go nie ma, albo się nami nie interesuje. A ja myślę, że to po prostu brak miłości. Bóg nie ma nic do tego, bo ludzie sami zdecydowali, żeby Go w tym momencie ze swojego życia wykluczyć. Sami powiedzieli: „Panie Boże, nie wtrącaj się. To Ciebie nie dotyczy. Tego nie zrozumiesz.” Mamy wolną wolę, więc kształtujemy świat swoimi czynami. Możemy Boga przyjąć, lub odrzucić. Oczywiście to nie znaczy, że tylko wierzący może być dobry, może prawdziwie kochać. Nie. To tak nie działa. Każdy może kochać, a Ci, którzy kochają prawdziwie i tak wybierają Boga i podążają Jego drogą. Nawet jeśli w Niego nie wierzą. 

Analogicznie nie wystarczy wierzyć, żeby stać się dobrym człowiekiem, choć znam wielu, którzy tak myślą. „Wierzę, chodzę do kościoła, więc mam zapewnione miejsce w niebie.” Nie sądzę. Jeżeli wiem, że w moim mieście jest ulica Mickiewicza, to jeszcze nie znaczy, że właśnie nią podążam, prawda? Ale mogę też iść nią od dłuższego czasu i nawet nie wiedzieć, że się na niej znajduję.

Myślę, że dlatego największa i najważniejsza jest miłość. Bo ona prowadzi nas do Boga. Prowadzi nawet tych, którzy nie wiedzą, że do niego idą. Chcą tylko kochać. Kiedyś pewnie zauważą, że Bóg jest miłością – nie sędzią, nie katem, nie wielkim wyrzutem sumienia i nie wymaganiem. Jest samą miłością, więc będąc pełni miłości są pełni Boga. Zauważą to i staną się całością. Nawet jeśli wcześniej nie czuli swojej niekompletności. „Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.”

Bo przecież… Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.”

Dzwonek polny i dzwon spiżowy

Zastanawiałam się. Jakie jest życie wielkich, wpływowych ludzi? Gwiazd, ale tych naprawdę pamiętanych przez pokolenia. Dyktatorów, strasznych i okrutnych, ale na wieki zapisanych na kartach historii świata. Bogaczy, tych z samego szczytu. Takich, dla których miliard to najwyżej napiwek pozostawiany przez życie.

Zastanawiałam się. I doszłam do wniosku, że dla znakomitej większości z nich to musi być jednak życie zmarnowane. To są ludzie, którzy żyją niejako dla innych, nie dla siebie. Nie w tym dobrym sensie. Ale tak wiele z siebie rozsyłają na świat, próbując w ten sposób ten świat anektować, zajmować swoją osobą przez zasiedzenie w umysłach, sercach i pamięci ludzkiej, że nic nie zostaje im dla nich samych.

Nie zostało ani trochę Marylin dla Marylin. Doszła do momentu, w którym okazało się, że żadna jej część nie rozwija się. Nie wzrasta w górę. Płoży się raczej, zajmując dużą powierzchnię, przekraczając granice zwykłej popularności, ale w tym całym blichtrze i świecie, o którym tylu marzyło, zatraciła siebie. Swoją istotę. Tę część, która mówi: „jestem tylko twoja, rośnij, pnij się, rozwijaj swoje dobre cechy, zostaw za sobą błędy, pokonuj własne wady, bądź najlepszą wersją siebie!”

Żaden dyktator nie sypia spokojnie. Najpierw obsesyjnie pragnie zdobyć władzę wkładając w ten cel całego siebie, każdą cząstkę swoich myśli, swojego jestestwa, po to tylko, by po odniesieniu sukcesu równie obsesyjnie martwić się, że straci swoją pozycję. Wkłada więc nadludzki wysiłek, cały swój spryt i poświęca wszystkie myśli, kierując każde działanie na utrzymanie tego co już osiągnął. Nie wierzę w mit, że dyktatorzy i tyrani są nieustraszeni. Myślę, że to ludzie, których strach wypełnia wręcz po brzegi. Człowiek bywa odważny, nawet nieustraszony wtedy kiedy widzi przed sobą drogę. Kiedy widzi alternatywy. Czuje się wtedy dzielny, bo wie, że ma różne możliwości, różne drogi do różnych swoich celów. Ktoś stojący na szczycie nie ma już przed sobą żadnej drogi oprócz tej prowadzącej na samo dno. To smutne być człowiekiem jednego celu. Jakże ubogie musi być jego życie.

Bogaczowi natomiast wydaje się, że jest potężny jak bizon, dostojny jak lew, sprytny jak pantera, podczas gdy ja i mnie podobni patrzą na niego i widzą chomika biegającego w kołowrotku. Biedne stworzenie, które nigdy nie dogoni tego za czym tak obsesyjnie przebiera łapkami, bo nie istnieje w ogóle szczyt, na który mogłoby się wspiąć i powiedzieć: „jestem kontent, osiągnąłem co chciałem.” Nie istnieje bowiem taka miara bogactwa, która zaspokoiłaby potrzeby człowieka już posiadającego fortunę. I znów, zamiast podążać swoją drogą do stania się najlepszą wersją siebie, Krezusi tego świata stoją wciąż parę metrów od linii startu i zachłannie ryją nosem w trawie na poboczu, żeby wyzbierać każde lśniące szkiełko, ścigać każdy odblask, który potencjalnie może być złotem.

Każdy ma w życiu jakieś cele. Większe, mniejsze. Jeden chce zostać wiceprezesem sporej korporacji, inny chce mieć jednoosobową firmę, w której sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeden chce pomagać ludziom, poświęcać się dla sprawy, rozdawać im siebie, ale w taki sposób, żeby to co dobre w sobie rozwijać i pomnażać, innemu zaś wystarczy założyć małą rodzinę, którą będzie ze wszystkich sił ochraniał i uszczęśliwiał. To jest dobre. Każde życie jest cenne, bo każde życie można uczynić dobrym, jeśli tylko się chce. Ale aby nadać mu sens, prawdziwy, głęboki sens, trzeba wzrastać do światła. Rozwijać siebie. To co mamy dobrego pielęgnować i dzielić się tym. To co mamy w sobie złego wyrywać i odrzucać jak chwast, by wypaliło się na słońcu. Pracować nad sobą, całe życie pracować nad sobą. A wtedy nawet jeśli po naszej śmierci nie zagrają orkiestry, nie okryje się czernią imperium, które zbudowaliśmy, zyskamy coś cenniejszego. Choćby tylko jedna osoba powiedziała: „Odszedł człowiek dobry i prawy”, choćby tylko ktoś jeden przechował w sobie to co mogliśmy dać mu najlepszego i uznał, że jest to dość dobre, by przekazać to innym – nasze życie miało sens.

Ludzie wielcy są widoczni z daleka. Czy źli, czy neutralni są zapamiętywani. Dla nas, dla historii, dla świata ich życie miało jakiś sens. W jakiś sposób na nas wpłynęli, zmienili nas. Ale to co liczy się naprawdę w ostatecznym rozrachunku, to czy dla nich to życie miało jakiś sens. Czy oni go widzieli? Są jak ogromny dzwon. Widzialni, słyszalni, echa ich czynów, ich osobowości, rozbrzmiewają długo, a oddźwięk niesie się daleko. Ale żeby mogli uzyskać taki efekt, musieli najpierw opróżnić swoje wnętrze. Musieli poświęcić to co w nich było żywe i dla nich cenne. Wolę być małym polnym dzwonkiem, takim samym jak setki innych wokół mnie. Pochylać się na wietrze, mieć świadomość, że jestem mała i tak nieznacząca dla świata, że można mnie zdepnąć i nawet o tym nie wiedzieć. Ale wiedzieć, że moje życie jest cenne dla mnie, a po mojej śmierci inne dzwonki pochylą głowy i zapłaczą choć przez krótką chwilę.

Nienia

Mam taki zbiór wierszyków zatytułowany „Dyrdymałki”. Jest ze mną od niepamiętnych czasów, ma już pożółkły papier, zniszczone strony, gdzieniegdzie rysunki są „upiększone” moją zamaszystą rączką… Na przestrzeni lat stracił w tajemniczych okolicznościach okładkę, więc mama sama zrobiła mu nową. I w tym tomiku ślicznych i pouczających wierszyków jest taki jeden:

Nienia

- Nie chcę bułki

Ani kęsa,

Nie chcę zupy,

Nie chcę mięsa.

Nie!

- Nie chcę sosu

I sałaty,

Nie chcę mleka

I herbaty.

Nie!

- Nie chcę bawić się

Dziś wcale,

Nie chcę misia,

Nie chcę lalek.

Nie!

- Nie chcę leżeć,

Nie chcę spać,

Nie chcę chodzić,

Nie chcę stać.

Nie!

- Jeśli jesteś 

Taka „Nienia”,

To cześć Nieniu,

Do widzenia.

Pa!

Świetnie się odnosi do obecnej sytuacji mojego dziecięcia. Dziecię jeszcze wprawdzie nie mówi, ale to nie znaczy, że nie umie się porozumiewać z otoczeniem. Umie. A najsprawniej opanowała klasyczne zaprzeczenie i odmowę, czyli kręcenie głową na „nie”. Bardzo szybko odkryła, że nowa umiejętność nie tylko wzbudza zachwyt rodziny, ale daje jej pewien zakres władzy. Z każdym kolejnym dniem obserwowałam jak Kitka wciąż na nowo upaja się tym, że może czegoś odmówić i że ta odmowa zostanie uszanowana. W ten oto sposób zostaliśmy pozbawieni buziaków i przytulasów, bo każde pytanie: „Dasz mamie buzi?” zostaje skwitowane pełnym zadowolenia kręceniem głową. Czasami z bonusem w postaci efektów dźwiękowych takich jak: „m-m-m”, albo „ne, ne, ne, ne”. Za każdym razem widzę ten badawczy wzrok pytający czy tym razem ta dziwna magiczna władza też podziała, czy nie? A potem tryumfujący uśmiech. Tak! Znowu się udało! Oh, yeah! I’ve got the power! Mały Bruce Wszechmogący :) Od czasu do czasu z wyżyn swej łaskawości Kikul sypnie jakimś buziakiem i pobłażliwie patrzy, że mamy z tego taką radochę. Jak małpa z kostki mydła.

Niestety weszliśmy też w etap prób siły. No, bo skoro zwykłym „ne, ne, ne” da się do pewnego stopnia kształtować rzeczywistość, to czym jeszcze? Gdzie są granice? A może ja mogę wszystko? Obstawiam, że takie właśnie myśli roją się w tej kudłatej ponad miarę główce. Tak więc Ewa sprawdza granice swojej władzy nad otaczającym ją światem a przy okazji, (taki mały efekt uboczny), granice naszej cierpliwości. Z uporem maniaka powtarza czynności, których jej zabraniamy, (wrzucanie psiej karmy do psiej miski z wodą), zagląda w miejsca, w które zaglądać jej nie wolno, (szuflada i szafka biurka), dotyka zakazanych rzeczy, (słoiki – jak uda się, któryś dorwać należy zrobić co następuje: zacząć szybko uciekać, głośno piszczeć z zadowolenia). Oprócz tego niestety próby siły odbywają się czasem w sposób jednostronnie siłowy. To znaczy ona używa wobec nas siły pięści, a nas świerzbi ręka, ale wiemy, że należy nadstawić drugi policzek. Choć najczęściej oba rozwiązania zawodzą, bo świerzb nie zostaje zaspokojony siarczystym klapsem (powiedziałam, że nie to nie), ale i drugiego policzka nie nadstawiamy, tylko się oburzamy, mówimy, że absolutnie nie wolno i obrażamy się. Działa doraźnie. Ale na skutki długofalowe mamy jeszcze czas.

W każdym razie Ewa chyba w swoim pokrętnym toku myślenia połączyła chęć czułości z odmawianiem nam jej właśnie przez bicie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie raz bowiem spotkałam się z taką sytuacją: trzymałam Kikula na rękach, ona zaczynała mnie bić po twarzy, ja oburzonym głosem mówiłam: „Hej! Dlaczego bijesz mamę? Nie wolno bić!”, a ona natychmiast z szerokim uśmiechem podstawiała mi policzek do całusa. Najwyraźniej wyznaje filozofię, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie…

Dość długo mnie nie było, bo ponad miesiąc, ale postaram się wrócić do normalnej rutyny pisania. Co zrobić. Shit happens.

Roczkowe podsumowanie

Wielkimi krokami zbliża się roczek Ewci, (za cztery dni), więc pora na podsumowanie. :) Po roku już znamy się dość dobrze, choć poznawać się i zaskakiwać będziemy całe życie.

Przez rok dowiedziałam się, że Ewa jest indywidualistką o silnym charakterze. Nie daje sobie w kaszę dmuchać, widać, że już zaczyna jej się okres buntu, bo próbuje wymuszać na nas swoje zachcianki płaczem i krzykiem. Czułości dozuje wedle własnego uznania i raczej nie rozdaje ich hojną ręką. Z jednej strony jest to trochę przykre, z drugiej jednak każdy całus jest tym cenniejszy. :) Jest uważną obserwatorką. Nieraz widzę to jej przenikliwe spojrzenie tych niebieskich oczu, w których błyszczy bystrość i inteligencja. Wygląda wtedy, że nie tylko patrzy na to co się dzieje, ale wręcz, że wnika wgłąb sytuacji, zachowań. Potrafi przewiercać spojrzeniem. Jest bardzo inteligentna. Widzę, że kiedy pokazuję jej coś nowego to na ogół wystarczy powtórzyć to parę razy, pierwsze dwa, trzy pomóc jej to zrobić i mała łapie o co chodzi. Uwielbia być noszona na rękach, głównie przez moją mamę, którą ciągle o to męczy. Wie, że babcia jej ulegnie. :) W zabawie i kontaktach z innymi nie jest biernym odbiorcą proponowanej rozrywki, to ona ustala reguły i wyznacza role. Nie cieszy ją granie według czyjegoś zamysłu. Zdarzało jej się mnie pocieszyć kiedy byłam smutna. Robiła to w sposób ewidentnie celowy, to jest, widziałam, że ona widzi i rozumie, że mama jest smutna i robi coś specjalnie po to, żeby mnie rozweselić. Jest więc też empatyczna i potrafi okazywać miłość „z wyboru”, a nie jak leci wszystkim. Lubi się popisywać przed obcymi. Szczególnie chłopakami. :D Nie lubi bawić się pluszakami, (ku mojej rozpaczy). Jej ulubione zabawki to: klucze, piłki, pudełka, wieża z kubeczków, klocki, książeczki (lubi je przeglądać, a ja nie mam nic przeciwko, bo nie wydziera kartek, nie zjada ich i nie miętosi). Śmieszy ją niesamowicie całowanie po stópkach i wąchanie ich z jednoczesnym robieniem: „a-psik!”, (czaicie, że niby śmierdzą).  Kocha kąpiele. Nie cierpi od niedawna ubierania i nakładania pieluchy, jak również wyciągania kataru aspiratorkiem, (na szczęście ostatni raz chyba z pół roku temu). Uwielbia jedną z naszych suczek – Benitę. Zresztą z wzajemnością. :) Ewa z Benitą może zrobić dosłownie wszystko, a suka jej na to pozwala. W ramach wdzięczności Ewa szczodrą ręką obdziela swoją ulubienicę kąskami ze swojego stołu. ;) Jest przysłowiowym żywym srebrem. Nie usiedzi ani minuty, wszędzie jej pełno, wszystko musi sprawdzić, zbadać, obejrzeć, wysłuchać co to jest i do czego służy. Mimo tego nie nazwałabym jej „rozbrykaną”, czy „niegrzeczną”. Wiadomo, że nie zawsze usłucha, jak to dziecko, ale na ogół nie ma z tym problemów. Uwielbia łaskotki i kiedy się ją goni. :) Dużo rozumie. Ostatnio była ze mną w łazience i wyciągała z szafki pod zlewem szampony, żele do ciała itp. Kiedy zbliżała się pora wyjścia powiedziałam jej: „Zaraz będziemy wychodzić Kitko, pozbieraj ładnie te szampony i włóż do szafeczki, dobrze?” A ona wzięła każdy kosmetyk, włożyła do szafki i zamknęła ładnie drzwi. Jest też bardzo sprytna, zrobiła się z niej mała cwaniara. Kiedy zabroniłam jej, (po raz sto pierwszy), brać pudełko z chusteczkami nawilżanymi, przestała na chwilę protestować i poszła w tamtym kierunku. Na moje ostrzegawcze: „Ewa” spojrzała przez ramię z miną wyrażającą czystą niewinność i skręciła idąc w stronę swojej huśtawki schowanej pod najniższą półką. Wzięła ją za sznurek i przyciągnęła do mnie, jak zwykle gdy chce się huśtać. Kiedy byłam zajęta zwieszaniem huśtawki mała popruła po pudełko z chusteczkami. Odebrałam jej je oczywiście i spróbowałam wsadzić do huśtawki. A ona wydała z siebie całą gamę dźwięków i min mówiących wyraźnie: „Oszalałaś kobieto? Daj mi spokój z tym ustrojstwem, nie chcę się huśtać!” Najczystszej wody podstęp. W domu śmiejemy się, że Kitka czerpie z nas energię kiedy tak biega po mieszkaniu zgrzana i cały czas zajęta. Potrafi wtedy podbiec do kogoś siedzącego na kanapie czy w fotelu, przytulić policzek do jego kolana na trzy sekundy i pobiec dalej. Jest naprawdę kochanym dzieckiem. Niektóre niemowlaki to takie urocze, kochane, bezwolne klopsy, które są głownie odbiorcami zachwytów i czułości. To urocze. Ale jestem bardzo dumna, że Ewa jest małym uparciuchem i ma swój charakterek. ;) I pęd do samodzielności.

A jaką ja jestem matką? Ciekawe, ostatnio koleżanka zadała mi to samo pytanie. „Jaką jesteś mamą?” Odpowiedziałam bez zastanowienia: „Dobrą”. Więc chyba jestem tą dobrą matką. Jestem przede wszystkim konsekwentna. Nigdy nie zgadzam się na coś czego wcześniej zabroniłam „dla świętego spokoju”. Dla dobra Ewy. Namieszałoby jej to w głowie i nie rozumiałaby znaczenia słowa „nie”. Wiem, że choć czasem protestuje i to mocno, to będzie szczęśliwsza i spokojniejsza wiedząc, że mama wyznaczyła jakieś ramy i granice, bo to znaczy, że mamie można zaufać i na niej polegać. Jednocześnie, skoro moje „nie” ma być nieodwołalne, to staram się nie zabraniać bez potrzeby. Jeśli mam wątpliwości, to najpierw zastanawiam się chwilę nad możliwymi konsekwencjami Ewy zachcianki / zachowania i oceniam czy mogę je ponieść czy nie. Bo pamiętam jak w „Piratach z Karaibów” kpt. Jack Sparrow mówił: „W życiu spotykając człowieka dwa rodzaje rzeczy: te, które człek może znieść i te, których znieść nie może”. ;) Czy więc mogę znieść, że w łazience będzie nachlapane po kąpieli? Mogę. A czy mogę znieść, że dzieć uderza rączkami w szybkę w kredensie? Nie mogę. I sprawa prosta. Niestety przez to, że M. spływa do domu około 17:30, (a 19:30 Kikul często już śpi), i przez to, że mieszkamy z moimi rodzicami, (a dziadkowie, wiadomo, pozwalają na więcej – taka ich rola), ja jestem osobą, która zakazuje i odmawia, przez co ja najczęściej jestem obiektem gniewu Ewy. W efekcie moje poczucie, że jestem dobrą matką jest mocno zachwiane, bo czasami mam wrażenie, że Kitka mniej mnie kocha niż innych, że nie chce ze mną przebywać, że woli być z moimi rodzicami. Niby wiem, że to kwestia dziecięcego wyrachowania – oni jej pobłażają dlatego woli pójść do nich do pokoju gdzie będzie jej wolno więcej i gdzie będą zajmować się nią non stop. Ale jednak serce mi wtedy nieodmiennie pęka. Przy mnie Ewcia grzecznie bawi się swoimi zabawkami i zajmuje się sobą, tak że oprócz chwil wspólnej zabawy mamy też chwile tylko dla siebie. Kiedy się więc zastanawiam czy jestem dobrą matką, nie potrafię na to odpowiedzieć. Cały czas boję się, że okaleczam ją psychicznie, że jestem zimna i niedobra, że ona mnie nie kocha i niedługo zacznie mnie nienawidzić i obwiniać o wszystko. Ale kiedy mam odpowiedzieć na to pytanie bez zastanowienia od razu nasuwa mi się odpowiedź, że tak. Daję jej mnóstwo miłości. Zawsze mam dla niej czas, za każdym razem kiedy widzę, że chce się ze mną pobawić, dać mi do ręki swoje nowe znalezisko itp. Dużo ją przytulam, całuję, czytam jej, noszę na barana, bawimy się razem, gilgoczemy, śmiejemy. Cieszę się wylewnie z jej postępów i zachęcam ją do nich. Wspieram ją. Nie wyręczam jej, nawet kiedy widzę, że ma z czymś trudności. Czekam aż sama poprosi o pomoc, (a potrafi to zrobić mimo, że nie mówi). To daje efekty, bo widzę, że często mimo początkowych trudności, wydawałoby się nie przebycia, jednak daje radę kiedy da jej się czas. Dbam o jej bezpieczeństwo. Zakazuję kiedy muszę, pozwalam kiedy mogę. Robię wszystko, żeby już na starcie nie pogubiła się w tym skomplikowanym świecie i zrozumiała jakie są jego zasady. Staram się ze wszystkich sił dać jej poczucie bezpieczeństwa. Kocham ją bezwarunkowo i często jej o tym mówię. Więc chyba jednak jestem tą dobrą matką. Pewnie gdybym nie miała wątpliwości to bym nie była. ;) Wątpliwości są dobre. Każą cały czas siebie pilnować i doskonalić.

A jak wygląda najbardziej przyziemna i prozaiczna sprawa, czyli jaki Ewa ma bilans zysków po tym roku? Spójrzmy…

Mając rok Ewa: daje buzi, kląska, sama kręci bączka, prowadzi wózek dla lalek, na ogół sygnalizuje swoje potrzeby fizjologiczne, mówi „mama”, „dada”, rozumie za to chyba wszystko co się mówi do niej, naciska przyciski paluszkiem, robi „pa-pa” i „tany-tany”, daje „cześć”, przybija piątkę, klaszcze, (gwizdać umiała wcześniej, ale jakoś o tym zapomniała), sama pije z kubka niekapka, wsadza do buzi widelczyk z jedzeniem, chodzi i próbuje biegać, przynosi huśtawkę gdy chce się huśtać i podaje zabawkę, o którą się ją poprosi, wykonuje proste polecenia takie jak „daj”, „zostaw”, „nie wolno”, „odłóż”, „przynieś”, „chodź”, wydaje dźwięki szeptem, chwyta w dwa paluszki drobne rzeczy, wchodzi na schody krokiem dostawnym trzymając się ściany, albo ręki dorosłego, wspina się na meble, przenosi duże przedmioty (hitem był karton po 116 szt. pamperów…), wkłada zabawki do pudła.

Przebyte choroby: zapalenie płuc, katar.

Ilość zębów: 10

Waga: 10 100 g (o 6 900 g większa niż urodzeniowa)

Wzrost: 75 cm (o 22 cm więcej niż po urodzeniu)

Codzienna fryzura: kitka na czubku głowy

Pierwsze razy:

1 jabłuszko: 4 m-ce

1 zupka: 4 m-ce

1 objaw zainteresowania: 1 m-c

1 przespana noc: 1,5 m-ca

1 obrót na bok: 3 m-ce

1 obrót na plecy: 3 m-ce

1 obrót na brzuszek: 3,5 m-ca

Ograniczenie przez Kitkę mleka do kaszki przed snem: 7 m-cy

1 raz na nocniku: 5 m-cy

1 sygnalizacja potrzeb fizjologicznych: 11,5 m-ca

1 pełzanie: 7,5 m-ca

gwizdanie: 6 m-cy

„pa-pa”: 6 m-cy

„tany-tany”: 11 m-cy

klaskanie: 10 m-cy

1 raz usiadła: 8 m-cy

1 raz sama wstała (bez podparcia): 8 m-cy

1 raczkowanie: 8,5 m-ca

1 kroki: 10 m-cy

1 ząbek: 4 m-ce

1 uśmiech: 1 m-c

1 dłuższa podróż: 4 m-ce

1 słowo: 10 m-cy

1 obcięcie włosków: 6 m-cy

Jeszcze na koniec taka drobnostka. Spotkałam się ostatnio z pytaniem: „Kim chciałabyś, żeby Twoje dziecko było w przyszłości?” Nie mam preferencji co do zawodu, który Ewa miałaby wykonywać. Za to jest kilka, których nie chciałabym, żeby wykonywała. Mianowicie nie chciałabym, żeby była: baletnicą, politykiem, ani kimkolwiek związanym z biznesem erotycznym. :)

A oczywiście najbardziej bym chciała, żeby była zawsze zdrowa i szczęśliwa. Otoczona dobrymi ludźmi, którzy będą ją kochać, szanować i wspierać. Żeby odnalazła swoje miejsce na Ziemi i była po prostu dobrym człowiekiem. Żeby kiedyś powiedzieli o niej: „przeszła przez życie dobrze czyniąc”.

Słomiane sierotki

Jak wiecie, (pisałam o tym tutaj), mieszkamy z moimi rodzicami. Ostatnio wyjechali na pięć dni na zasłużony odpoczynek i zostaliśmy na gospodarstwie sami. Pięć dni to odpowiedni kawałek czasu, żeby wydać osąd jakby to było gdybyśmy mieszkali tylko we trójkę już na stałe.

Po pierwsze miałabym dużo więcej obowiązków. To się, oczywiście, rozumie samo przez się, bo jednak z mamą dzielimy się obowiązkami domowymi, których to komplet został przekazany na te kilka dni w moje ręce. Nie ma z tym większego problemu. Prawdę mówiąc spodziewałam się po sobie większego rozmemłania. Tymczasem okazało się, że jestem lepiej zorganizowana niż się o to posądzałam i mimo wszystko znalazłam czas na sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się Ewą i czytanie książek. (Nowa dostawa z biblioteki. Szał literacki.) Chociaż M. zdradziecko i kusicielsko zaproponował, żebyśmy jeździli na obiady do jego mamy. Teściowa osobiście nam to zaproponowała. Moja mama też poparła. A ja się zaparłam i stwierdziłam, że prędzej zjem własne cycki niż zniżę się do tego poziomu. Jeszcze czego? Żeby potem każdy mówił: tak, tak, pewnie, „mogłaś ale nie chciałaś” gotować obiadów, jaaaasneee ;) ” Nie ma mowy. Phi.

Po drugie mielibyśmy z M. dla siebie dużo mniej czasu. W tej chwili jeżeli potrzebujemy czasu dla siebie, lub chcemy gdzieś razem wyjść, zostawiamy Kitkę z rodzicami. Nawet jeżeli wcześniej ją kąpiemy i usypiamy to i tak nie zostawiamy jej przecież samej tylko ktoś musi przy niej być. Dlatego dziadkowie na miejscu są po prostu nieocenieni. Nie musimy rezerwować sobie ich czasu wcześniej, możemy zdecydować się nawet w ostatniej chwili. Oprócz tego w chwilach kompletnego wycieńczenia kiedy nie stać nas na nic więcej poza ślinieniem się z bezmyślnym wyrazem twarzy też możemy liczyć na świeże pokłady dziadkowych sił. Czy poradzilibyśmy sobie bez nich? Jasne, że tak. Ale po co?

Po trzecie, ostatnie i najważniejsze – byłoby niesamowicie, nieopisanie, beznadziejnie… pusto. Zwariowałabym przez te pięć dni gdyby M. nie miał jeszcze chorobowego po złamaniu. Dzięki temu w dzień było normalnie. Ale wieczorami i tak chodziliśmy po pustym domu mijając ciemne pokoje. Było niepokojąco i nieprzyjemnie. Zimno. Pusto. Cicho. Wiem, że kiedyś niestety przyjdzie czas, że tak będzie już codziennie. Nie wiem jak sobie z tym poradzę. Nie wiem jak przywyknę. Mam nadzieję, że jeszcze dużo wody upłynie zanim takie dni nadejdą. Mam nadzieję, że Ewa będzie już dorosła i będzie miała własne dzieci. Mam nadzieję, że będzie mieszkała z nami, choć jeśli nie będzie chciała to nie będę jej zatrzymywać ani przekonywać. Bo poza wszystkim, pomijając kwestię podziału obowiązków, pomocy przy dziecku, nieuniknionych niesnasek itd., po prostu kocham tą typowo domową atmosferę – pełną chatę, głośne śmiechy, różne opinie, rozmowy, żarty…

Powiedziałabym, że nie wyobrażam sobie mieszkania tylko we trójkę, ale nie jest to prawda. Wyobrażam sobie. A nawet wiem jakby to wyglądało. I nie jestem zainteresowana. Kocham moją małą rodzinę w składzie: Kawa, Herbata, Mleko i żywo odczuwam jej odrębność. Ale ta odrębność nie kłóci się z symbiozą w jakiej żyjemy w większej grupie. Powiedziałabym nawet, że bez niej traci swój pozytywny wydźwięk. Dla mnie. Dla nas.

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

Najfajniejszy wiek i problem nie do rozwiązania

Ewa 11 dni temu skończyła 10 m-cy i muszę przyznać, że – jak do tej pory – to chyba jej najfajniejszy wiek. Zaczęła już sama chodzić, (choć nadal jest ostrożna – przez progi przechodzi na czterech, a na nieznanym terenie woli trzymać kogoś za rękę), potrafi się fajnie bawić, tak sama jak i z nami, umie się skupić na coraz dłużej. Oprócz tego nie zniknęła na szczęście jej najwspanialsza cecha czyli niesamowita pogoda. Dzidzior jest roześmiany i zawsze skory do żartów i zabawy. Potrafi popłakać, potrafi zaprotestować jak coś, lub ktoś jej się nie podoba, a nawet dzisiaj przeszła pierwszy pokaz buntu dwulatka (przed roczkiem???). Mianowicie uznała, moją prośbę o niewyciąganie piłek z kosza w sklepie z zabawkami za bezzasadną. Kiedy z kolei ja uznałam, że skoro powiedziałam „nie” i przeniósłszy ją dwa metry dalej próbowałam postawić na podłodze, zaczęła mi się pokładać, krzyczeć i zalewać się rzewnymi łzami. Moją fantastyczną cechą jest konsekwencja, więc nie przejęłam się kompletnie ludźmi w sklepie, wzięłam Ewę na ręce i zainteresowałam ją czymś innym. Tak czy siak, mimo wszystko, (również mimo upartego budzenia się w nocy i odmowy zaśnięcia…), Kitka weszła w najfajniejszy jak do tej pory wiek. Najgorsze doświadczenia jak na razie miałam w miesiącach 8 – 9. Zaczęła się wtedy budzić w nocy a w dzień była wyjątkowo marudna i płaczliwa. Przypuszczam, że mogło to mieć coś wspólnego z tym, że dużo chciała, a jeszcze nie mogła. Nie chciała bawić się sama i nie umiała się skupić na dłuższy czas przez co zajmowanie się nią w połączeniu z jej ciągłymi napadami frustracji naprawdę było trudne i mało przyjemne. Ale teraz jest super :)

Tylko co z tym budzeniem się? Może ktoś z Was miał podobny problem, albo ma jakiś pomysł? Kikul budzi się w nocy między 2 a 5, dostaje mleko, ma przebranego pampera, a potem nie śpi od 1,5 do nawet 3 godzin. Czasem chce jej się bawić, ale przeważnie wygląda na śpiącą. Ale nie śpi. Próbowałam chyba wszystkiego. Wymyśliłam mianowicie, że: może jest jej duszno, może nie podoba jej się całkowita ciemność, może jest jej za gorąco, za zimno, może chce przytulankę, może trzeba lulać i kołysać tak, siak i jeszcze inaczej, może zamiast kołysać lepiej pogłaskać po buzi, albo po pleckach, puścić kołysanki, posiedzieć w pokoju, wyjść z pokoju i przez dłuższą chwilę nie reagować na marudzenie, (spokojnie, nie pozwoliłam jej płakać rzewnymi łzami), dokarmiać ją na śpiku około 22 – 23, czyli przed naszym pójściem spać… To chyba wszystko. Za każdym razem staram się jej nie rozbudzać. Przebieram jej pieluchę z mizernym światełkiem (najczęściej wyświetlaczem radia) bez wyciągania z łóżeczka, staram się do niej odzywać tylko w ostateczności a i to szeptem i kojącym głosem, nie reaguję na jej zaproszenia do zabawy. Naprawdę nie wiem już co robić. Czy w ogóle da się coś zrobić czy po prostu to przeczekać?

„Marsz weselny Mendelsona, powróci echem nam…” – jak to Herbata za mąż się wydawała

W sieci natknęłam się ostatnio na list pewnej Zuzanny. List traktuje o jej ślubie i ślubnym szaleństwie. Dzisiejszy wpis będzie o moim własnym „najpiękniejszym dniu życia”, ale pozostanie w dość ścisłym związku z tym produkcji Zuzanny także polecam go przeczytać TUTAJ. Leniwcom dardanelskim, (sama bym się do takich zaliczała, także no offence maj frencz), rzucam kilka cytatów z wyżej wymienionego, żeby złapali o co cho.

Przygotowania i ślub to jeden wielki teatr. Człowiek musi się dostosować do sztywnych ram i robić dokładnie to, co niby wypada. Ma być tak, tak i tak. Chcesz inaczej? Nie wygłupiaj się, bo co ludzie powiedzą?! Gdybym mogła cofnąć czas, podeszłabym do tematu zupełnie inaczej…

No i przez 1,5 roku żyłam w takim amoku, chociaż wcześniej byłam przekonana do skromnej uroczystości dla najbliższych. Nie wiem jak to się stało, ale lista gości z 40-50 osób osiągnęła liczbę 200.

Suknię wybierałam przez 8 miesięcy. Jedna była już prawie gotowa, ale wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że nie pasuje do mnie. Pieniądze wyrzucone w błoto i szukanie następnej. Potem kolejne poprawki, które zupełnie nie wiem skąd się brały. Jak mnie się podobało, to teściowa się krzywiła, jak nie ona, to mama miała jakiś pomysł. 

Kiedy przyszło co do czego, to nie miałam już siły dojść do ołtarza.  I po co się tak męczyć i utrudniać sobie życie?! Dziewczyny, nie bierzcie ze mnie przykładu! To jest nic niewarte. To szopka dla innych. Ślub i wesele nie są dla państwa młodych, jak powinno być. Albo się temu przeciwstawimy, albo będziemy cierpieć. Ja nic z tym nie zrobiłam i wspomnienia mam fatalne. Przeżyłam, bo musiałam, ale to nie było nic fajnego.

Sam ślub – sztuczny, nudny i też nerwowy

Przyjmowanie życzeń to jest istny koszmar. [...] To trwało prawie 2 godziny! Na pełnym słońcu. Jedni już jechali na salę weselną, inni mieli jeszcze godzinę czekania w kolejce do życzeń. Nie da się tego zgrać. Czułam się zmęczona i zmaltretowana. 

To i tak nic w porównaniu z głupimi przyśpiewkami, całowaniu się z mężem na siłę i kretyńskimi zabawami o północy. Byłam na wielu weselach, wydawało mi się to całkiem zabawne, ale teraz zobaczyłam, jaki to koszmar.

Ślub to jest szopka dla gości, a nie wyjątkowy dzień młodych. Nie ma czasu na refleksję, spojrzenie sobie w oczy, prawdziwe wyznanie miłości. Jest scenariusz, którego trzeba się trzymać, ludzkie spojrzenia, utarte wzorce. Nic fajnego, serio.

Mnie własny ślub nie kojarzy się z niczym poza zmęczeniem, stresem i kiczem.

Przygotowywałam ślub dwa razy. (To znowu ja – Herbata) Moja wizja była jednak za każdym razem taka sama – skromny ślub, tylko najbliższa rodzina, ograniczanie kosztów do niezbędnego minimum, bo jest mnóstwo ważniejszych wydatków i pominięcie wszystkich żenujących weselnych zabaw, które jak dla mnie są po prostu wsiurskie.

Za pierwszym razem narzeczony  miał inny pomysł na ślub niż ja. Książę Guła okazał się księżniczką i zażyczył sobie pięknej oprawy, miliona cudownych kwiatów z mamusinej kwiaciarni, pysznych strojów, wielu gości i ogólnej pompy. Postanowił pozapraszać ludzi, których sam niespecjalnie znał i nigdy w życiu nie miał z nimi kontaktu. Na moje pytania dlaczego i po co odpowiedział, że jego mama na pewno będzie chciała ich zaprosić. Na wszelkie prośby o poskromienie zapędów, bo zwyczajnie nas na pewne rzeczy nie stać, odpowiadał, że ślub to wyjątkowy dzień i on sobie zawsze wyobrażał to a to. No dobrze, ja rozumiem, ale trzeba też brać pod uwagę rzeczywistość. Ostatecznie szczęśliwie ślub nie doszedł do skutku, a straciłam pieniądze tylko na suknię ślubną, zaliczkę za salę i niestety obrączki. Ale zostały u mnie także to taka strata-nie strata, bo to jednak złoto, które zawsze będzie coś warte. Pamiętam jak w trakcie przygotowań wpadła do mnie koleżanka. Oczywiście jak to standardowa „psiapsióła” chciała wiedzieć wszystko. Usłyszawszy, że żadnych zabaw weselnych nie ma w planie spojrzała na mnie jakby na głowie usiadł mi Shrek i zawiedzionym głosem wyjęczała:

- Nie będzie… zabaw…?

- Nie, – odpowiadam, – bo nie podobają nam się te wszystkie „rozrywkowe inaczej” konkursy. Są beznadziejne, wieśniackie, a niektóre wprost wulgarne i prostackie.

- Goście będą zawiedzeni. – stwierdziła bystrze.

- To ich problem. Ślub to jest nasz dzień i nam ma się podobać.

- Głupia jesteś. – padła odpowiedź – Wesele się organizuje do gości i to oni mają się dobrze bawić.

No, jeżeli tak to ja dziękuję za wesele. To jest jakieś nieporozumienie, żeby państwo młodzi w najważniejszy dla siebie dzień latali z wywieszonymi jęzorami i martwili się tylko o to, żeby każdemu było dobrze. Ujmując rzecz w bardzo cyniczny sposób – państwo młodzi stają na rzęsach i skaczą wokół ludzi, którzy i tak potem obgadają wesele, że jedzenie niedobre, wódka za zimna, tort za słodki, albo muzyka nie taka. Jest w tym sens?

Drugi raz organizowałam ślub ze swoim właściwym księciem :) Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, bo dowiedziawszy się o rychłym powiększeniu rodziny postanowiliśmy przyspieszyć wcześniej zaplanowany mariaż, żeby nie trzeba było robić cyrku z uznawaniem dziecka itd. I tak nie planowaliśmy wielkiego wesela, więc nic nie stało na przeszkodzie. Tego dnia obudziliśmy się wyspani i zadowoleni. Noc poślubną postanowiliśmy przesunąć na noc przed ślubem, bo wiedzieliśmy, że po wszystkim nie będziemy mieć na nic siły. Pojechaliśmy do fryzjera, po bukiet i po torty (dwa zwykłe duże, tylko miały ozdoby z kwiatów i serc). Potem do teściów, którzy spełniali warunki lokalowe, czyli byli w stanie pomieścić 23 gości, (sama najbliższa rodzina, z nami było 25 osób), na obiedzie przy stołach ustawionych w podkowę. Obiad był naprawdę wspaniały. Obie rodzinki się zintegrowały, wszystko było smaczne i sprawdzone, bo gotowały obie mamy. Po obiedzie przyszła pora na clue całej sprawy, czyli ślub. Był środek czerwca, gorąco, a ja w dość zaawansowanej ciąży miałam tendencję do opuchlizn na dłoniach. Nasmarowałam więc ręce kremem. Zauważyła to moja świadkowa i jeszcze kilka osób, więc przed wyjściem urządziliśmy sobie rodzinne kremowanie rąk. Potuptaliśmy grzecznie do USC gdzie złapała mnie prawdziwa trema. Zresztą nie tylko mnie. Cała sala milczała, a nad nami snuła się ciężka od stresu atmosfera. Wszedł urzędnik przystrojony tradycyjnym łańcuchem na szyi. I w tym momencie usłyszeliśmy za sobą głos mojego chrzestnego:

- Fajne korale.

Wszyscy, nie wyłączając rzeczonego urzędnika, wybuchli śmiechem i atmosfera się rozluźniła. Uroczystość była piękna i wzruszająca. Trafił nam się dobry mówca. Po wszystkim przyjęliśmy od każdego gościa kwiaty i życzenia, które były o wiele lepsze od tych opisanych przez Zuzannę, bo każde były serdeczne, szczere i jakieś takie… nie wiem, indywidualne? Spersonalizowane?

Wróciliśmy do mieszkania teściów na torty, kawę i ciasta. I deserek lodowy. Każdy coś tam skubnął, staraliśmy się nie objadać do nieprzytomności, bo popołudniu przeszliśmy do kolejnej, ostatniej już, części imprezy – grilla. Oczywiście nie był to maraton obżarstwa. Po obiedzie, a przed ślubem było trochę odpoczynku. Po kawie i słodkościach też. Moja rodzina, (która przyjechała z daleka i miała wynajęte noclegi w pobliskich domkach na campingu), pojechała się spokojnie zainstalować w miejscu noclegu. Rodzina M. trochę odpoczęła zawiązując sadełko. Kiedy wszyscy zjechali się na miejsce, (do nas do domu, bo na grilla z kolei my mamy lepsze warunki), powoli i leniwie zaczęto się zbierać do szykowania jadła, a my z M. wyskoczyliśmy na sesję zdjęciową w plenerze, czyli w okolicach domu. Po powrocie przebraliśmy się – wzorem reszty gości – w bardziej odpowiednie, swobodne ciuchy i zaczęło się wieczorne grillowanie ze sporym ogniskiem. Mój chrzestny z pięcioletnią córeczką szaleli na kocu rozłożonym na trawie, ogień trzaskał wesoło w tle, a na grillu skwierczały różne kiełbaski, mięska, warzywka i szaszłyki. Goście krążyli od jednego do drugiego prowadząc luźne rozmowy, albo po prostu siadali i wypoczywali delektując się przyjemną atmosferą.

O północy zjedzono wszystko co miało być zjedzone, wypito dostępne napoje, wybawiono się na różne sposoby i rozjechano się na noclegi. Moi rodzice, M. i ja posprzątaliśmy to co musiało zostać sprzątnięte jeszcze tego dnia resztę zostawiając na rano i poszliśmy spać. O pierwszej kładliśmy się z M. do łóżka zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy raz jako mąż i żona :) W pokoju unosił się piękny zapach z bukietów, które dostaliśmy. Omiotłam wzrokiem te wszystkie kwiaty poustawiane w każdym kącie i mały stoliczek kawowy, na którym stał koszyk ze stosem otrzymanych kartek. Spojrzałam na mężczyznę mojego życia, na swojego męża, na twardziela, na którym zawsze mogę polegać, a który miał wilgotne oczy kiedy składał przysięgę, pogładziłam się po sporym już brzuchu mówiąc w myślach „dobranoc” nienarodzonej jeszcze Ewuni, po czym wtuliłam się w te ciepłe, szerokie ramiona i szczęśliwa zasnęłam.

Ze ślubu mam same piękne wspomnienia. Żadnego stresu, za wyjątkiem tremy przed wejściem na salę i przed pierwszym spotkaniem z wujostwem M., którego dotąd nie znałam. Żadnego martwienia się czy wszystkim dogodzimy, czy nikt nie będzie miał powodu nas obgadać. Mnóstwo dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Bez względu na to czy ślub jest wystawny, czy kameralny, czy gości będzie dwustu, czy dwudziestu – to jest dzień państwa młodych i to oni powinni być z niego zadowoleni. Nie należy z tego robić cyrku gdzie narzeczeni, ich rodzice i świadkowie będą mieli za zadanie zabawiać gości, a goście „zapłacić za talerzyk” jak za bilet wstępu na dobre show. Goście powinni cieszyć się szczęściem i miłością młodych małżonków, a małżonkowie pamiętać, że goście to bliscy, z którymi oni pragną to szczęście dzielić.

Na koniec kilka zdjęć :)

DSC_5071

Pierwsza sukienka, czyli ta, którą miałam na sobie przed ślubem, a podczas obiadu.

DSC_5401

Figurka, która stała na naszym torcie, robiona własnoręcznie przeze mnie. Wyszła trochę maława, ale i tak jestem z niej zadowolona :) Do tej pory stoi na półce w naszym pokoju.

DSC_5342

Jeden z naszych tortów, ten ładniejszy z ciastem red velvet :) Na nim postawiliśmy figurkę.

DSC_5282

Druga kreacja, czyli suknia, którą miałam na sobie w czasie ślubu, a przy okazji mój piękny bukiet, w którym się zakochałam :)

I coś co nie jest wprawdzie zdjęciem, ale jest dla mnie ważne, czyli piosenka, która leciała w tle kiedy wchodziliśmy z M. na salę:

Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

Jak rasowy psycholog, którym nie jestem, zacznę od osoby mojej matki. Moja mama jest typową Matką Polką. Podręcznikowy przykład. Oddana dziecku i mężowi, absolutnie altruistyczna, odmawiająca sobie, żeby tylko oni mieli. Zawsze tak było. Kiedy byłam całkiem mała uważałam, że to standard, bo tylko z takim podejściem matki do dziecka miałam styczność. Potem, kiedy podrosłam i poszłam do szkoły, okazało się, że nie każdy ma tak dobrze jak ja i zaczęłam mamę bardziej doceniać, chwalić się nią i okazywać jej jak bardzo jest wyjątkowa. W okolicach gimnazjum i liceum byłam już na tyle dojrzała, żeby zrozumieć, że mimo całego poświęcenia dla nas, które daje mamie widoczną satysfakcję, powinna mieć też czas dla siebie i pozwalać sobie na jakieś przyjemności i wydatki. Starałam się ją do tego nakłaniać, często bezskutecznie, ale jednak jakieś małe sukcesy były. Kiedy urodziła się Ewa mama stała się babcią. Bardzo zaangażowaną babcią. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć kiedy potrzebuję rady, albo pomocy. Wiem, że mogę zostawić z nią małą i nie martwić się czy da sobie radę, czy będzie wiedziała co i jak, albo czy nie zrobi czegoś wbrew moim metodom wychowawczym. Ewa też jest do niej bardzo przywiązana, myślę, że traktuje ją wręcz jak drugą mamę.

Zawsze widziałam siebie w roli matki i żony. To była moja „droga zawodowa”, w tym się chciałam realizować. I dalej chcę, to jest mój sposób na spełnienie. Jednak z czasem pojawiło się małe „ale”. Kiedy wyobrażałam sobie swój model macierzyństwa, widziałam dokładną kopię mojej matki. I na początku do tego dążyłam. Wprowadziłam tylko małą zmianę już na starcie, bo poświęcałam więcej czasu mężowi, (chodzimy na randki, wybywamy na zakupy tylko we dwoje itp.) Jednak ogólny kierunek jeszcze się nie zmienił.

Ostatnio miałam ciężki czas. Złożyło się na to kilka czynników – ciężka i zmienna pogoda, co za tym idzie kiepski humor Ewy, dużo wrzeszczenia z jej strony, pewnie częściowo przez pogodę, a częściowo przez zęby, moje zmęczenie tym wszystkim, a przypuszczam, że i kiepski wpływ na mnie mają tabletki hormonalne, które muszę brać (na szczęście jeszcze tylko parę dni.) Dodatkowo Kitka zredukowała ilość i długość drzemek, a w sobotę w ogóle dała wieczorny popis swoich umiejętności wokalnych od 19 do 23. Wszystko to sprawiło, że kiedy miałam czas dla siebie nie chciało mi się szukać ambitnych rozrywek, więc siadałam przy komputerze i przeglądałam Wasze blogi, facebook’a, albo włączałam tv i oglądałam co się nawinęło, (głównie bajki i mózgojeby takie jak „Trudne sprawy”, czy „Szpital”.) Doszło do tego, że zajmowanie się Ewą widziałam jako przykry obowiązek, a nie przyjemność. Popadłam w czarną rozpacz, że jestem złą matką, że jestem okropnym człowiekiem, że w ogóle nic nie umiem, nic nie robię i jestem do kitu.

Szukając wymówek na podrzucenie Kikulka mamie jednego dnia upiekłam roladę. A raczej twór roladopodobny, bo wyszła z tego totalna masakra :D Ale bawiłam się przy tym nieźle. Drugiego dnia wyekspediowałam małą z rodzicami na spacer, a sama odkurzyłam dom, pozbyłam się owadów za pomocą morderczego muchozolu, wywietrzyłam wszystkie pomieszczenia i pomyłam podłogi. Trzeciego dnia gruntownie wysprzątałam łazienkę, pomyłam lustra i pościerałam kurze. Okazało się, że po każdym takim dniu czuję się coraz lepiej i już nie zalegam na kanapie oprowadzając małą wzrokiem po domu, ale chętnie bawię się razem z nią. I wtedy do mnie dotarło, że nigdy nie będę taką mamą jak moja. Zrozumiałam, że choć zdecydowanie realizuję się jako kura domowa, to jednak nie jestem typem Matki Polki, która potrafi z radością zapomnieć o sobie. Muszę mieć czas dla siebie i – co ważniejsze – dobrze go wykorzystywać. Nie umiem z siebie zrezygnować. Chcę mimo wszystko rozwijać swoje mizerne talenty: fotografię, pisanie, szczątkowy już, (bo kiedyś niezły) talent plastyczny, a także językowy i kulinarny (ten ostatni dość dyskusyjny…)

Oprócz tego przypomniało mi się to co wiedziałam już w czasie ciąży, a co mi się jakoś ostatnio „zapomniało”, a mianowicie, że nienawidzę nicnierobienia. Po ciężkim dniu, po wyczerpującej pracy – owszem, relaks i leżing jest ok. Ale ostatnio nawet w domu robiłam absolutne minimum, bo mi się nic nie chciało. I tak nakręciła się spirala rozlazłości. Nie cierpię być rozlazła, ugh! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że już mi mięło :) Mam nadzieję, że uda mi się zająć trochę sobą, bo wtedy jestem też lepszą mamą i żoną. Postaram się też częściej pisać na blogu, bo to też karygodnie zaniedbałam przez co pogorszył się mój styl… :/ A jak już się nie pniemy w górę to chociaż trzymajmy poziom, doprawdy…