Archiwa kategorii: Przemyślenia i komentarze

Przemyślenia i komentarze na temat aktualnych wydarzeń.

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

„Wszyscy się mylą, tylko ja mam rację”

Każdy z nas jest trochę egoistą. Każdy z nas bywa „nieomylny”. Każdy z nas unosi się pychą. Nie mówcie, że nie. Nie mówcie: „ja zawsze staram się być obiektywny”, „ja uważam, że każdy ma prawo do własnego zdania”. Jest takie miejsce w nas, gdzie tylko my mamy rację, gdzie jesteśmy najlepsi, najmądrzejsi, najpiękniejsi i jako jedyni na tym zgniłym świecie mamy prawo do oceniania innych. Bezlitośnie. To ego.

Tak, sięgam tutaj do bardzo spłaszczonej wersji freudowskiego modelu osobowości składającego się id, ego i superego, gdzie id to najniższe popędy i pierwotne procesy, ego to obszar, w którym zapadają decyzje które popędy zostaną zaspokojone i w jaki sposób, a superego to ta wyższa cząstka nas samych, która przypomina nam o tym co jest właściwe a co nie i pcha nas do samodoskonalenia.

(Wszystkim osobom, które mają teraz pokusę napisać w komentarzach: „to nie do końca tak, bo ego to…” itd. bardzo dziękuję, tak, jesteście tacy śliczni, mądrzy i uczeni. Nawet mam dla was specjalne „słowo na niedzielę” w nagrodę, że tak ładnie się nauczyliście: blablablablablablablablablablablablablablabla. Ot, co).

Wracając do rzeczy. Bardzo często zdarza mi się czytać o czymś, najczęściej o wychowaniu, o dzieciach i myśleć: „ja bym to zrobiła inaczej”. Od razu za tą pojawia się kolejna myśl, mało szlachetna: „JA wiem lepiej. Jestem MĄDRZEJSZA. JA mam rację. Tylko ja mam rację, wszyscy inni się mylą.” Często jest to myśl tak bardzo z tyłu głowy i tak zagłuszona przez wartości przekazane mi w procesie wychowania, że nawet nie ma formy słownej, po prostu jestem świadoma, że gdzieś tam takie przekonanie próbuje podnosić swój mizerny łebek stłamszony przez naukę moich rodziców. Bo ta nauka mówi mi od najmłodszych lat o tym, że nie istnieje JEDEN dobry sposób na coś, że są czyny i postawy nie do zaakceptowania, ale są też takie, które po prostu różnią się od moich co nie czyni ich gorszymi. Że nie jestem wszechwiedząca i bardzo możliwe, że to ja się mylę, a ktoś inny ma rację. Że takie coś określa się słowami: „pycha”, „egoizm”, „sobkostwo”, a nie jest dobrze być pyszałkiem, egoistą i sobkiem. Że to brak szacunku do innych ludzi, a ludzi należy szanować.

Tak więc kiedy moje ego przepuszcza przez swój dziurawy osąd co można a czego nie można takie myśli, superego przypomina mi o tym, że jest coś takiego jak dobro, moralność i że nie są to puste słowa. Mówi mi, że choć taka postawa nie jest może bardzo zła to nie jest też dobra, a ideał, do którego dążę nie przewiduje mieszania ludzi z błotem za to, że mają inne poglądy.

Upraszczając:

Ego: „On nie ma racji, ja ją mam. Wszyscy się mylą tylko ja mam rację. Ja, ja, ja! Powiedzmy mu to. On musi wiedzieć, że jestem o tyle lepsza.”

Superego: „Jego postawa nikogo nie krzywdzi. On to robi inaczej niż ja, ale niech tak sobie robi. Jest w tej metodzie kilka pozytywów. Ale z kilkoma rzeczami się nie zgadzam. Napiszę o obu. A potem jak ja to robię. Zrobię to z szacunkiem. Może wyniknie z tego ciekawa dyskusja?”

Id: „Jestem dominującą samicą! Moje potomstwo jest zdrowe i silne. Dobrze je uczę. Mam dobrego samca. Zdrowego samca. Jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego i jesteśmy dominującymi osobnikami! Jesteśmy w wieku rozrodczym! Czas się rozmnażać! Nasze potomstwo będzie zdrowe i silne! Rozmnażanie! Tak! Trzeba płodzić, płodzić, płodzić! Już, już, już!”

A co wychodzi ze starcia tych trzech części osobowości? Jaki jest produkt, czyli właściwy komentarz pod czyimś wpisem na blogu?

Herbata: „Fajnie napisane, zapraszam do mnie”.

:D

Tłuściutki bobas w dobrym tonie

Ostatnio zauważyłam, że ten świat jest dziwny. To znaczy, zauważyłam to już dawno, ale wciąż mnie zaskakuje. Mianowicie odkryłam, że w moich stronach najwyraźniej kultura wymaga, żeby powiedzieć o małym dziecku znajomego (lub nieznajomego), że jest okrąglutkie, grubiutkie, czy, że „dobrze sobie wygląda”. Początkowo wszelkie takie spostrzeżenia: „ależ ona ma wałeczki na rękach”, (chyba jak sobie narysuje…), „jaka papulaśna buzia”, (że łot?), „ale ma pupkę, lubi sobie podjeść”, (taaa…pełny pampers nie ma tu NIC do rzeczy…), no więc początkowo wszystkie te mądrości grzecznie i z uśmiechem prostowałam: „nieee… to tylko pampers”, „wałeczki? gdzie niby?”, „ona akurat jest szczuplutka”. Teraz już się poddałam i po prostu przyklejam na twarz miły sztuczny uśmiech i kiwam głową.

Nie chodzi o to, że nie chcę mieć grubego dziecka, czy uważam, że już od najmłodszych lat trzeba dbać o linię, ale Ewa akurat nie jest typowym okrąglutkim bobaskiem z reklam. Nie ma żadnych wałeczków, ani fałdek. Policzki ma jak to dziecko – trochę chomiczkowe, ale twarzyczka raczej powoli robi się owalna niż okrągła. Jej wagę i wzrost dzielą dwa pasma centylowe i robię wszystko co mogę (w granicach rozsądku), żeby ta odległość się nie zwiększała, żeby dziecko zostało w granicach zdrowej wagi. Nie jest niejadkiem, dostaje pełnowartościowe pięć posiłków dziennie, ale po prostu tak się rusza, że wszystko spala. Zresztą kiepsko wystartowała, bo przez zapalenie płuc w pierwszym miesiącu nie przybierała na wadze tak jak powinna. W każdym razie usłyszeć, że Twoje dziecko, które nie ma ani jednej niemowlęcej fałdki, bo żadna nie nadążyła za jej bieganiem, jest „grubiutkie”, „tłuściutkie”, „okrąglutkie”, to bezcenne doświadczenie.

Najlepsze jest to, że na moje zaprzeczenia rozmówca zazwyczaj reagował natarczywym powtarzaniem, że jest wręcz przeciwnie. Tak więc dziwię się niepomiernie jak dalece można się posunąć w kłamstwie aby uczynić zadość dobrym obyczajom, ale już nie oponuję. No, widać tak już tutaj jest, że dziecko musi być tłuściutkie, a jak nie jest to w dobrym tonie leży wmawianie rodzicom, że jest. Ale naprawdę nie można pochwalić u bobasa czegoś co faktycznie posiada? Długie włoski, śliczne oczka, zgrabny nosek? Nie wiem, ja tu jestem naturalizowana obywatelka w tych stronach ;) więc po prostu się dostosuję. A zdziwioną minę schowam do kieszeni i wyjmę przed Wami. Ot, co.

„Marsz weselny Mendelsona, powróci echem nam…” – jak to Herbata za mąż się wydawała

W sieci natknęłam się ostatnio na list pewnej Zuzanny. List traktuje o jej ślubie i ślubnym szaleństwie. Dzisiejszy wpis będzie o moim własnym „najpiękniejszym dniu życia”, ale pozostanie w dość ścisłym związku z tym produkcji Zuzanny także polecam go przeczytać TUTAJ. Leniwcom dardanelskim, (sama bym się do takich zaliczała, także no offence maj frencz), rzucam kilka cytatów z wyżej wymienionego, żeby złapali o co cho.

Przygotowania i ślub to jeden wielki teatr. Człowiek musi się dostosować do sztywnych ram i robić dokładnie to, co niby wypada. Ma być tak, tak i tak. Chcesz inaczej? Nie wygłupiaj się, bo co ludzie powiedzą?! Gdybym mogła cofnąć czas, podeszłabym do tematu zupełnie inaczej…

No i przez 1,5 roku żyłam w takim amoku, chociaż wcześniej byłam przekonana do skromnej uroczystości dla najbliższych. Nie wiem jak to się stało, ale lista gości z 40-50 osób osiągnęła liczbę 200.

Suknię wybierałam przez 8 miesięcy. Jedna była już prawie gotowa, ale wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że nie pasuje do mnie. Pieniądze wyrzucone w błoto i szukanie następnej. Potem kolejne poprawki, które zupełnie nie wiem skąd się brały. Jak mnie się podobało, to teściowa się krzywiła, jak nie ona, to mama miała jakiś pomysł. 

Kiedy przyszło co do czego, to nie miałam już siły dojść do ołtarza.  I po co się tak męczyć i utrudniać sobie życie?! Dziewczyny, nie bierzcie ze mnie przykładu! To jest nic niewarte. To szopka dla innych. Ślub i wesele nie są dla państwa młodych, jak powinno być. Albo się temu przeciwstawimy, albo będziemy cierpieć. Ja nic z tym nie zrobiłam i wspomnienia mam fatalne. Przeżyłam, bo musiałam, ale to nie było nic fajnego.

Sam ślub – sztuczny, nudny i też nerwowy

Przyjmowanie życzeń to jest istny koszmar. [...] To trwało prawie 2 godziny! Na pełnym słońcu. Jedni już jechali na salę weselną, inni mieli jeszcze godzinę czekania w kolejce do życzeń. Nie da się tego zgrać. Czułam się zmęczona i zmaltretowana. 

To i tak nic w porównaniu z głupimi przyśpiewkami, całowaniu się z mężem na siłę i kretyńskimi zabawami o północy. Byłam na wielu weselach, wydawało mi się to całkiem zabawne, ale teraz zobaczyłam, jaki to koszmar.

Ślub to jest szopka dla gości, a nie wyjątkowy dzień młodych. Nie ma czasu na refleksję, spojrzenie sobie w oczy, prawdziwe wyznanie miłości. Jest scenariusz, którego trzeba się trzymać, ludzkie spojrzenia, utarte wzorce. Nic fajnego, serio.

Mnie własny ślub nie kojarzy się z niczym poza zmęczeniem, stresem i kiczem.

Przygotowywałam ślub dwa razy. (To znowu ja – Herbata) Moja wizja była jednak za każdym razem taka sama – skromny ślub, tylko najbliższa rodzina, ograniczanie kosztów do niezbędnego minimum, bo jest mnóstwo ważniejszych wydatków i pominięcie wszystkich żenujących weselnych zabaw, które jak dla mnie są po prostu wsiurskie.

Za pierwszym razem narzeczony  miał inny pomysł na ślub niż ja. Książę Guła okazał się księżniczką i zażyczył sobie pięknej oprawy, miliona cudownych kwiatów z mamusinej kwiaciarni, pysznych strojów, wielu gości i ogólnej pompy. Postanowił pozapraszać ludzi, których sam niespecjalnie znał i nigdy w życiu nie miał z nimi kontaktu. Na moje pytania dlaczego i po co odpowiedział, że jego mama na pewno będzie chciała ich zaprosić. Na wszelkie prośby o poskromienie zapędów, bo zwyczajnie nas na pewne rzeczy nie stać, odpowiadał, że ślub to wyjątkowy dzień i on sobie zawsze wyobrażał to a to. No dobrze, ja rozumiem, ale trzeba też brać pod uwagę rzeczywistość. Ostatecznie szczęśliwie ślub nie doszedł do skutku, a straciłam pieniądze tylko na suknię ślubną, zaliczkę za salę i niestety obrączki. Ale zostały u mnie także to taka strata-nie strata, bo to jednak złoto, które zawsze będzie coś warte. Pamiętam jak w trakcie przygotowań wpadła do mnie koleżanka. Oczywiście jak to standardowa „psiapsióła” chciała wiedzieć wszystko. Usłyszawszy, że żadnych zabaw weselnych nie ma w planie spojrzała na mnie jakby na głowie usiadł mi Shrek i zawiedzionym głosem wyjęczała:

- Nie będzie… zabaw…?

- Nie, – odpowiadam, – bo nie podobają nam się te wszystkie „rozrywkowe inaczej” konkursy. Są beznadziejne, wieśniackie, a niektóre wprost wulgarne i prostackie.

- Goście będą zawiedzeni. – stwierdziła bystrze.

- To ich problem. Ślub to jest nasz dzień i nam ma się podobać.

- Głupia jesteś. – padła odpowiedź – Wesele się organizuje do gości i to oni mają się dobrze bawić.

No, jeżeli tak to ja dziękuję za wesele. To jest jakieś nieporozumienie, żeby państwo młodzi w najważniejszy dla siebie dzień latali z wywieszonymi jęzorami i martwili się tylko o to, żeby każdemu było dobrze. Ujmując rzecz w bardzo cyniczny sposób – państwo młodzi stają na rzęsach i skaczą wokół ludzi, którzy i tak potem obgadają wesele, że jedzenie niedobre, wódka za zimna, tort za słodki, albo muzyka nie taka. Jest w tym sens?

Drugi raz organizowałam ślub ze swoim właściwym księciem :) Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, bo dowiedziawszy się o rychłym powiększeniu rodziny postanowiliśmy przyspieszyć wcześniej zaplanowany mariaż, żeby nie trzeba było robić cyrku z uznawaniem dziecka itd. I tak nie planowaliśmy wielkiego wesela, więc nic nie stało na przeszkodzie. Tego dnia obudziliśmy się wyspani i zadowoleni. Noc poślubną postanowiliśmy przesunąć na noc przed ślubem, bo wiedzieliśmy, że po wszystkim nie będziemy mieć na nic siły. Pojechaliśmy do fryzjera, po bukiet i po torty (dwa zwykłe duże, tylko miały ozdoby z kwiatów i serc). Potem do teściów, którzy spełniali warunki lokalowe, czyli byli w stanie pomieścić 23 gości, (sama najbliższa rodzina, z nami było 25 osób), na obiedzie przy stołach ustawionych w podkowę. Obiad był naprawdę wspaniały. Obie rodzinki się zintegrowały, wszystko było smaczne i sprawdzone, bo gotowały obie mamy. Po obiedzie przyszła pora na clue całej sprawy, czyli ślub. Był środek czerwca, gorąco, a ja w dość zaawansowanej ciąży miałam tendencję do opuchlizn na dłoniach. Nasmarowałam więc ręce kremem. Zauważyła to moja świadkowa i jeszcze kilka osób, więc przed wyjściem urządziliśmy sobie rodzinne kremowanie rąk. Potuptaliśmy grzecznie do USC gdzie złapała mnie prawdziwa trema. Zresztą nie tylko mnie. Cała sala milczała, a nad nami snuła się ciężka od stresu atmosfera. Wszedł urzędnik przystrojony tradycyjnym łańcuchem na szyi. I w tym momencie usłyszeliśmy za sobą głos mojego chrzestnego:

- Fajne korale.

Wszyscy, nie wyłączając rzeczonego urzędnika, wybuchli śmiechem i atmosfera się rozluźniła. Uroczystość była piękna i wzruszająca. Trafił nam się dobry mówca. Po wszystkim przyjęliśmy od każdego gościa kwiaty i życzenia, które były o wiele lepsze od tych opisanych przez Zuzannę, bo każde były serdeczne, szczere i jakieś takie… nie wiem, indywidualne? Spersonalizowane?

Wróciliśmy do mieszkania teściów na torty, kawę i ciasta. I deserek lodowy. Każdy coś tam skubnął, staraliśmy się nie objadać do nieprzytomności, bo popołudniu przeszliśmy do kolejnej, ostatniej już, części imprezy – grilla. Oczywiście nie był to maraton obżarstwa. Po obiedzie, a przed ślubem było trochę odpoczynku. Po kawie i słodkościach też. Moja rodzina, (która przyjechała z daleka i miała wynajęte noclegi w pobliskich domkach na campingu), pojechała się spokojnie zainstalować w miejscu noclegu. Rodzina M. trochę odpoczęła zawiązując sadełko. Kiedy wszyscy zjechali się na miejsce, (do nas do domu, bo na grilla z kolei my mamy lepsze warunki), powoli i leniwie zaczęto się zbierać do szykowania jadła, a my z M. wyskoczyliśmy na sesję zdjęciową w plenerze, czyli w okolicach domu. Po powrocie przebraliśmy się – wzorem reszty gości – w bardziej odpowiednie, swobodne ciuchy i zaczęło się wieczorne grillowanie ze sporym ogniskiem. Mój chrzestny z pięcioletnią córeczką szaleli na kocu rozłożonym na trawie, ogień trzaskał wesoło w tle, a na grillu skwierczały różne kiełbaski, mięska, warzywka i szaszłyki. Goście krążyli od jednego do drugiego prowadząc luźne rozmowy, albo po prostu siadali i wypoczywali delektując się przyjemną atmosferą.

O północy zjedzono wszystko co miało być zjedzone, wypito dostępne napoje, wybawiono się na różne sposoby i rozjechano się na noclegi. Moi rodzice, M. i ja posprzątaliśmy to co musiało zostać sprzątnięte jeszcze tego dnia resztę zostawiając na rano i poszliśmy spać. O pierwszej kładliśmy się z M. do łóżka zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy raz jako mąż i żona :) W pokoju unosił się piękny zapach z bukietów, które dostaliśmy. Omiotłam wzrokiem te wszystkie kwiaty poustawiane w każdym kącie i mały stoliczek kawowy, na którym stał koszyk ze stosem otrzymanych kartek. Spojrzałam na mężczyznę mojego życia, na swojego męża, na twardziela, na którym zawsze mogę polegać, a który miał wilgotne oczy kiedy składał przysięgę, pogładziłam się po sporym już brzuchu mówiąc w myślach „dobranoc” nienarodzonej jeszcze Ewuni, po czym wtuliłam się w te ciepłe, szerokie ramiona i szczęśliwa zasnęłam.

Ze ślubu mam same piękne wspomnienia. Żadnego stresu, za wyjątkiem tremy przed wejściem na salę i przed pierwszym spotkaniem z wujostwem M., którego dotąd nie znałam. Żadnego martwienia się czy wszystkim dogodzimy, czy nikt nie będzie miał powodu nas obgadać. Mnóstwo dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Bez względu na to czy ślub jest wystawny, czy kameralny, czy gości będzie dwustu, czy dwudziestu – to jest dzień państwa młodych i to oni powinni być z niego zadowoleni. Nie należy z tego robić cyrku gdzie narzeczeni, ich rodzice i świadkowie będą mieli za zadanie zabawiać gości, a goście „zapłacić za talerzyk” jak za bilet wstępu na dobre show. Goście powinni cieszyć się szczęściem i miłością młodych małżonków, a małżonkowie pamiętać, że goście to bliscy, z którymi oni pragną to szczęście dzielić.

Na koniec kilka zdjęć :)

DSC_5071

Pierwsza sukienka, czyli ta, którą miałam na sobie przed ślubem, a podczas obiadu.

DSC_5401

Figurka, która stała na naszym torcie, robiona własnoręcznie przeze mnie. Wyszła trochę maława, ale i tak jestem z niej zadowolona :) Do tej pory stoi na półce w naszym pokoju.

DSC_5342

Jeden z naszych tortów, ten ładniejszy z ciastem red velvet :) Na nim postawiliśmy figurkę.

DSC_5282

Druga kreacja, czyli suknia, którą miałam na sobie w czasie ślubu, a przy okazji mój piękny bukiet, w którym się zakochałam :)

I coś co nie jest wprawdzie zdjęciem, ale jest dla mnie ważne, czyli piosenka, która leciała w tle kiedy wchodziliśmy z M. na salę:

Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

Jak rasowy psycholog, którym nie jestem, zacznę od osoby mojej matki. Moja mama jest typową Matką Polką. Podręcznikowy przykład. Oddana dziecku i mężowi, absolutnie altruistyczna, odmawiająca sobie, żeby tylko oni mieli. Zawsze tak było. Kiedy byłam całkiem mała uważałam, że to standard, bo tylko z takim podejściem matki do dziecka miałam styczność. Potem, kiedy podrosłam i poszłam do szkoły, okazało się, że nie każdy ma tak dobrze jak ja i zaczęłam mamę bardziej doceniać, chwalić się nią i okazywać jej jak bardzo jest wyjątkowa. W okolicach gimnazjum i liceum byłam już na tyle dojrzała, żeby zrozumieć, że mimo całego poświęcenia dla nas, które daje mamie widoczną satysfakcję, powinna mieć też czas dla siebie i pozwalać sobie na jakieś przyjemności i wydatki. Starałam się ją do tego nakłaniać, często bezskutecznie, ale jednak jakieś małe sukcesy były. Kiedy urodziła się Ewa mama stała się babcią. Bardzo zaangażowaną babcią. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć kiedy potrzebuję rady, albo pomocy. Wiem, że mogę zostawić z nią małą i nie martwić się czy da sobie radę, czy będzie wiedziała co i jak, albo czy nie zrobi czegoś wbrew moim metodom wychowawczym. Ewa też jest do niej bardzo przywiązana, myślę, że traktuje ją wręcz jak drugą mamę.

Zawsze widziałam siebie w roli matki i żony. To była moja „droga zawodowa”, w tym się chciałam realizować. I dalej chcę, to jest mój sposób na spełnienie. Jednak z czasem pojawiło się małe „ale”. Kiedy wyobrażałam sobie swój model macierzyństwa, widziałam dokładną kopię mojej matki. I na początku do tego dążyłam. Wprowadziłam tylko małą zmianę już na starcie, bo poświęcałam więcej czasu mężowi, (chodzimy na randki, wybywamy na zakupy tylko we dwoje itp.) Jednak ogólny kierunek jeszcze się nie zmienił.

Ostatnio miałam ciężki czas. Złożyło się na to kilka czynników – ciężka i zmienna pogoda, co za tym idzie kiepski humor Ewy, dużo wrzeszczenia z jej strony, pewnie częściowo przez pogodę, a częściowo przez zęby, moje zmęczenie tym wszystkim, a przypuszczam, że i kiepski wpływ na mnie mają tabletki hormonalne, które muszę brać (na szczęście jeszcze tylko parę dni.) Dodatkowo Kitka zredukowała ilość i długość drzemek, a w sobotę w ogóle dała wieczorny popis swoich umiejętności wokalnych od 19 do 23. Wszystko to sprawiło, że kiedy miałam czas dla siebie nie chciało mi się szukać ambitnych rozrywek, więc siadałam przy komputerze i przeglądałam Wasze blogi, facebook’a, albo włączałam tv i oglądałam co się nawinęło, (głównie bajki i mózgojeby takie jak „Trudne sprawy”, czy „Szpital”.) Doszło do tego, że zajmowanie się Ewą widziałam jako przykry obowiązek, a nie przyjemność. Popadłam w czarną rozpacz, że jestem złą matką, że jestem okropnym człowiekiem, że w ogóle nic nie umiem, nic nie robię i jestem do kitu.

Szukając wymówek na podrzucenie Kikulka mamie jednego dnia upiekłam roladę. A raczej twór roladopodobny, bo wyszła z tego totalna masakra :D Ale bawiłam się przy tym nieźle. Drugiego dnia wyekspediowałam małą z rodzicami na spacer, a sama odkurzyłam dom, pozbyłam się owadów za pomocą morderczego muchozolu, wywietrzyłam wszystkie pomieszczenia i pomyłam podłogi. Trzeciego dnia gruntownie wysprzątałam łazienkę, pomyłam lustra i pościerałam kurze. Okazało się, że po każdym takim dniu czuję się coraz lepiej i już nie zalegam na kanapie oprowadzając małą wzrokiem po domu, ale chętnie bawię się razem z nią. I wtedy do mnie dotarło, że nigdy nie będę taką mamą jak moja. Zrozumiałam, że choć zdecydowanie realizuję się jako kura domowa, to jednak nie jestem typem Matki Polki, która potrafi z radością zapomnieć o sobie. Muszę mieć czas dla siebie i – co ważniejsze – dobrze go wykorzystywać. Nie umiem z siebie zrezygnować. Chcę mimo wszystko rozwijać swoje mizerne talenty: fotografię, pisanie, szczątkowy już, (bo kiedyś niezły) talent plastyczny, a także językowy i kulinarny (ten ostatni dość dyskusyjny…)

Oprócz tego przypomniało mi się to co wiedziałam już w czasie ciąży, a co mi się jakoś ostatnio „zapomniało”, a mianowicie, że nienawidzę nicnierobienia. Po ciężkim dniu, po wyczerpującej pracy – owszem, relaks i leżing jest ok. Ale ostatnio nawet w domu robiłam absolutne minimum, bo mi się nic nie chciało. I tak nakręciła się spirala rozlazłości. Nie cierpię być rozlazła, ugh! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że już mi mięło :) Mam nadzieję, że uda mi się zająć trochę sobą, bo wtedy jestem też lepszą mamą i żoną. Postaram się też częściej pisać na blogu, bo to też karygodnie zaniedbałam przez co pogorszył się mój styl… :/ A jak już się nie pniemy w górę to chociaż trzymajmy poziom, doprawdy…

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Kobieta in making

Wszędzie słyszę o tym jaka jest kobieta. Jaka jest kobieta XXI wieku. Jaka jest kobieta sukcesu. Jaka jest kobieta około 40-stki.

A jaka jest kobieta na półmetku między 20-stką a 30-stką? Kobieta, żona, matka, nie-karierowa?

Jest niecierpliwa i niezdecydowana. Ma pomysł na siebie, ale ciągle go zmienia. Jedną nogą jeszcze w młodzieńczym szaleństwie, a drugą w statecznym małżeństwie. Ciągnie za sobą opary zaskoczenia, że życie z mężem to nie to samo co życie z chłopakiem. Próbuje wszystko zrozumieć i wszystko wyjaśnić. Dąży we wszystkim do perfekcji. Chciałaby być najlepszą żoną, najlepszą matką, najlepszą córką, najlepszą gospodynią, ale wciąż pozwala by te kanony wyznaczał świat zewnętrzny. Dołuje ją więc, że nie może osiągnąć niedoścignionego ideału. Upada, ale się podnosi. Przenosi góry dla swojego dziecka. Największe motywatory: dziecko, mąż. Często nieogarnięta, bo za dużo myśli i wątpliwości kłębi się w jej gorącej głowie. Jednak kiedy przyjdzie do dziecka, albo do poważnych decyzji dotyczących rodziny, finansów, życia – zdecydowana i pewna swoich wyborów. Ciągle pracująca nad sobą, zawsze znajdzie coś do poprawki. Nauczyła się już, żeby nie wymagać od innych więcej niż od siebie, ale nie umie jeszcze wymagać od innych mniej niż od siebie. Nawet jeśli nie skacze na bungee i nie jeździ na Openera to żyje pełnią życia. Przecież tyle spraw wymaga jej uwagi, tyle problemów egzystencjalnych trzeba rozwiązać, albo chociaż się nad nimi zastanowić. Ma zdanie na każdy temat. Ugodowa i skłonna do kompromisów zmienia się w lwicę kiedy walczy ze światem zewnętrznym. Nie zawsze pamięta, żeby w konfliktach z mężem schować kły i pazury. Próbuje godzić odpoczynek i obowiązki w taki sposób, że oba wychodzą kulawo. Nigdy nie przestaje próbować, uparta i wytrwała w kształtowaniu siebie, wie że wysiłki w końcu dadzą efekty. Na pierwszym miejscu stawia potrzeby dziecka. Wszystko może nie wypalić, wszystko może się sypnąć, ale dziecko musi być zadbane, kochane i mieć wszystko na czas. Stara się dbać o swoje pasje i zainteresowania, choć doba ma za mało godzin. Mąż i dziecko są ważniejsi od wszystkiego. Dom może być nieposprzątany, pasje odłożone chwilowo w kąt, ale czas dla rodziny musi być. Wciąż mówi więcej niżby chciała. Komplikuje zamiast upraszczać. Kocha do szaleństwa. Gdzieś już zgubiła młodzieńczą niewinność, a jeszcze nie nabyła pełnej dojrzałości średniego wieku. Zna już swoje wartości i umie żyć według nich. Wie, że nic już nigdy nie wróci do normy, więc ustala nowe normy. Wszystko może, wszystko potrafi, ze wszystkim sobie poradzi, nawet jeśli styka się z czymś po raz pierwszy. Jednocześnie jest na tyle mądra, żeby umieć przyjąć pomoc. Uczy się nowych ról, odnajduje się na nowo i od zera układa siebie, bo stary porządek zniknął akurat w momencie kiedy nauczyła się w nim funkcjonować.

Podsumowując: niecierpliwa, nieogarnięta, nie do końca pewna kim jest, za to w miarę pewna kim ma się stać, daje radę, choć sama nie wie jak, pełna miłości i ciepła, a dla rodziny gotowa na wszystko.

Kobieta in making.