Archiwa kategorii: Przemyślenia i komentarze

Przemyślenia i komentarze na temat aktualnych wydarzeń.

Jak powiedzieć dziecku o śmierci zwierzątka

Zwierzątko to delikatny temat. Niektórzy rodzice czekają aż dziecko będzie gotowe, inni mają zwierzęta przed jego urodzeniem, jeszcze inni na gwałt się ich wyzbywają, bo uważają, że są dla dziecka zagrożeniem. A co robić kiedy pupil odejdzie?

Dostałam pierwszego, wybłaganego psa kiedy miałam 10 lat. Później dołączył do niego znaleziony na ulicy szczeniak. Istotne jest to, że rzeczone psy musiałam uśpić, (w odstępie paru lat), kiedy byłam już dorosłą osobą. Wiedziałam dlaczego jest to konieczne, wiedziałam, że ktoś musi przy tym być i akurat w obu przypadkach padło na mnie. Potem przybłąkała się urocza mała suczka bez jednego oka, a jakiś czas po niej wzięliśmy ze schroniska kolejną biedotę, która z kolei nie miała drugiego oka, także stanowiły groteskowy i bardzo kochany duet.

Kitka urodziła się w domu, w którym psy już były. Prawie stuknęła jej trójeczka, kiedy nagle stało się coś niespodziewanego. Po czterech szczęśliwych latach naszą małą sunię śmiertelnie potrąciło auto.

Płacz, rozpacz, tęsknota, żal. A w tym wszystkim jeszcze nowość – pierwszy raz moje dziecko miało zetknąć się ze śmiercią. Jak mu to przekazać? Delikatnie? Prosto z mostu? Kłamać, czy mówić prawdę? Skoro przez to przeszłam, podzielę się z Wami doświadczeniem.

1. Przede wszystkim nie ma sensu okłamywać dziecka, że piesek uciekł, lub, że ktoś go ukradł. Wiem, że wielu rodziców tak robi i rozumiem ich, naprawdę. To łatwiejsza droga. Odsuwamy tę ostateczność śmierci. Tyle tylko, że wydaje nam się, że chronimy przed nią dzieci, a tak naprawdę to chronimy siebie przed trudnymi tematami. Powiedziałam Ewie szczerze, że Bebe nie żyje, bo przejechał ją samochód. Był płacz, były pytania „dlaczego?” (dużo, dużo pytań), na które cierpliwie odpowiadałam. „Dlaczego nie żyje?”, „Bo przejechał ją samochód”, „Dlaczego przejechał?”, „Bo nie uważała przechodząc przez ulicę, była nieostrożna.”, „Dlaczego była nieostrożna?”, „Nie wiem, może miała gorszy dzień?”, „Dlaczego nie zahamował?”, „Może nie mógł? Może jej nie zauważył, a może jechał za szybko?” „Czy ona wróci?” „Niestety nie, ja też za nią bardzo tęsknię”. Kiedyś w końcu dziecko zetknie się ze śmiercią. Pozwólmy mu nauczyć się przeżywać tę stratę zamiast rzucać je kiedyś na głęboką wodę.

2. Nie wolno, nigdy, ale to nigdy! nie wolno bagatelizować uczuć dziecka. Najgorsze co można zrobić to powiedzieć: „To był tylko pies, nie płacz już.” Pies to członek rodziny, a dla trzylatka rodzina to praktycznie 80% znanej mu populacji ludzi. Nie można zaprzeczać jego uczuciom. Trzeba je zrozumieć i zaakceptować, żeby dziecko mogło je także zaakceptować i przejść dalej. Ewa kilka nocy budziła się i płakała, że „chce zabrać swoją Bebe do domku”. Przytulałam ją, pocieszałam, zapewniałam, że ja też tak się czuję i też bym chciała ją z powrotem. Tłumaczyłam przy tym, że nic już nie możemy zrobić.

3. Przyznajmy się do naszych własnych uczuć. Wiele osób uważa, że powinno być „twardzielem”, że wtedy dziecko ma w nich oparcie kiedy widzi, że rodzice nie ulegają uczuciom, nastrojom. Błąd. Oparcie dostanie wtedy kiedy poczuje, że nie jest samo ze swoimi uczuciami. Że to normalne je mieć, przeżywać coś. Poza tym jeśli maluch nie dostanie od nas przykładu jak sobie radzić z falami żalu, gniewu, smutku – to jak ma sam to wykombinować? Ukrywając swoje uczucia nauczymy go tylko, że są one złe i należy je zepchnąć gdzieś w głąb siebie. Lepiej wspólnie popłakać nad losem pupila i nad samym sobą, przyznać się, że tęsknimy, że żałujemy.

4. Dzieci są bardzo prostolinijne. Dorośli starają się unikać tematu śmierci, omijać go szerokim łukiem. To im czasem pomaga. Dzieciom nigdy. Nigdy! Najlepiej z maluchem rozmawiać o zmarłym zwierzątku ile zechce. Zaproponować, że je narysujemy, albo zrobimy dla niego laurkę, że zaniesiemy kwiatki na miejsce jego pochówku. Można też napisać do niego list, jeśli dziecko jest starsze. Można co dzień pisać malutkie liściki z najważniejszymi wydarzeniami dnia, żeby piesek „był na bieżąco”. U nas wystarczyło rysowanie. Ewa sama poprosiła, żebyśmy malowały Bebe „jak idzie do nieba”. Raz nawet poprosiła, żeby narysowała naszego pieska i samochód, który ją przejechał. Z tym z kolei ja nie czułam się komfortowo, więc powiedziałam delikatnie: „Może lepiej nie, może lepiej zapamiętajmy ją wesołą i biegającą?” Nie protestowała.

Zdarzyło się to ponad rok temu. Czy pozostały jakieś blizny w psychice mojego dziecka? Wątpię. Pozostała pamięć. Pozostała tęsknota. Całkowicie naturalna zresztą. Chyba nikt nie oczekuje od malucha, że zapomni o ukochanym zwierzątku raz na zawsze? Kiedy myślę o Bebe, robi mi się smutno. Kiedy wspomnimy o niej przy Ewie, zdarza jej się rozpłakać. Ale to normalna reakcja. Teraz widzę, że dobrze zrobiłam mówiąc jej wprost co się stało. To pomaga dziecku poznać świat swoich emocji, wartościować swoje relacje z innymi. W przyszłości zaprocentuje docenianiem tych relacji, bo ktoś kto poznał już stratę umie cieszyć się z posiadania.

A kiedy nadchodzi czas na nowego pupila? Nie wiem. Nikt oprócz Waszego dziecka nie wie. Ono samo Wam powie kiedy poczuje taką potrzebę. Tak było z Ewą. Tydzień po stracie Bebe zapytała: „Mamo, a kiedy będziemy mieć nowego pieska?” To nie znaczyło wcale, że śmierć poprzedniego zwierzaka została zapomniana. Tak jak pisałam, do dziś zdarza się Kitce popłakać na myśl o niej. Ale już wie, że śmierć bliskiej istoty nie oznacza końca miłości. Doświadczyła tej dziwnej pojemności ludzkiego serca, które obok starej miłości potrafi umiejscowić nową, ale tamtej nie zatracić. Wszystko to jest bardzo istotne, bo przyjdzie czas, oby jak najpóźniej, że będzie musiało się zmierzyć z dużo trudniejszą i bardziej bolesną stratą.

Czy ktoś Wam kiedyś powiedział…?

Kochane Mamusie.

Żyjemy w bardzo dynamicznych czasach, kiedy wiele aspektów życia ulega przewartościowaniu. Ludzie szukają nowych prądów myślowych, chcą wychodzić poza szablon, w który są wpisywani od pokoleń. To bardzo dobra tendencja. Ale nie zawsze przynosi dobre owoce. Nie każda zmiana bowiem jest wzrastaniem. Nie każde wyjście poza szablon jest prawdziwym rozwojem. Ale to tylko taka mała dygresja, bo chciałam mówić o zmieniającym się w naszym zbiorowym pojmowaniu wizerunku matki, a ten naprawdę zmienia się moim zdaniem na plus.

Macierzyństwo coraz mniej kojarzy się nam z kieratem, choć pewne jego ciemne strony są nie do uniknięcia. Matki wyszły z czterech ścian, zawalczyły o swoje prawa i choć podzieliło to niejednokrotnie społeczeństwo, (np. publiczne karmienie piersią, czy granice przyzwoitości w przewijaniu niemowląt w świetle ograniczonej liczby miejsc do tego przeznaczonych), to jednak zwróciło uwagę na pewne problemy, na to co jest, a co być powinno, na to, że matka to wciąż człowiek, który chce uczestniczyć nie tylko w życiu swojego dziecka, ale też w życiu swoim i w życiu społeczności, do której należy. Mamy chcą wychodzić do ludzi, chcą brać udział w kulturalnych wydarzeniach swoich miast, chcą mieć możliwość realizować swoje zainteresowania i pasje. Świetny trend, który popieram całym sercem. Bo jeżeli te wszystkie drogi i możliwości zostają nam zabrane, to tak naprawdę oznacza, że dajemy życie drugiemu człowiekowi kosztem swojego życia. Jak niby można kształtować małą istotę, jeśli nie możemy kształtować siebie samych? Oczywiście musicie być świadome mamy, zwłaszcza przyszłe, że macierzyństwo zawsze, ale to zawsze, będzie się wiązało z pewnymi wyrzeczeniami i ograniczeniami wolności. To jest naturalne i to trzeba zaakceptować. Jeśli nas na to nie stać, to nie jesteśmy, (uwaga – mocne słowa), pełnowartościowymi ludźmi. Tak jest. Bo człowiek jest pełnowartościowy jeśli potrafi choć trochę się poświęcić, z czegoś zrezygnować dla drugiego, przesunąć się w swoim życiu, w swojej głowie i zrobić dla niego miejsce. Bez względu na to czy jest to własne maleńkie dziecko, czy ofiary kataklizmów, czy głodne dzieci z marginesu społecznego. Jeśli jednak mówimy o normalnych matkach, które rozumieją pewne ograniczenia wynikające z faktu opieki nad maluchem, ale pragnących dalej pozostać sobą, to obecne czasy są dla nich wprost rewelacyjne.

Byłaś mamą aktywną i wysportowaną? Możesz dalej taka być z dzieckiem. Realizujesz się w swojej pracy zawodowej i kochasz to co robisz? Możesz dalej taka być z dzieckiem. Podróże są Twoją pasją, nie wyobrażasz sobie bez nich życia? Możesz wciąż podróżować z dzieckiem.

Obecne czasy i starania silnych kobiet o nasze prawdziwe prawa otwierają wiele dróg, które jeszcze niedawno były przez macierzyństwo zamknięte. I tak właśnie być powinno. Bo matka, to najbardziej podstawowa i niezbędna funkcja świata, dlatego powinno się jej życie maksymalnie ułatwiać, a nie utrudniać.

A teraz odwróćmy sytuację, ale tylko troszeczkę, po co nam skrajności.

Kochane Mamusie. Czy ktoś kiedyś powiedział Wam, że nie musicie korzystać z tych wszystkich cudownie otwartych drzwi? Czy ktoś Ci powiedział kiedyś, że oddanie się roli żony i matki, codzienne poświęcanie siebie z radością też jest ok i też jest chwalebne? Czy poczułyście kiedyś tę całą presję ze strony krewnych i znajomych Królika, żeby wybrać? Możesz albo być godną podziwu, nowoczesną, aktywną mamą, albo godną pogardy, staroświecką kurą domową, której bliżej do internetowej „Karyny” i „Grażyny” niż do Chodakowskiej i Lewandowskiej.

Nie dajcie sobie wmówić, że tak to wygląda. Że wybieracie między nowoczesnością i oświeceniem, a zaściankiem i patologią. Nowoczesność i obecny model macierzyństwa jest jeden, a mówi on: możesz być kim chcesz, dajemy Ci wolność. Chcesz być aktywną, realizującą się zawodowo mamą? Super! Chcesz oddać się całkowicie wychowaniu dziecka, a zamiast swoich pasji przekazać mu swoje wartości? Ekstra! Mama domowa, mama terenowa, mama pół na pół, mama, która chciałaby wziąć z obu modeli po kawałku i jeszcze dorzucić coś od siebie… Wybór należy do Ciebie, a każdy jest dobry.

Wszystkie drogi mają prowadzić do tego samego celu: wychowania dobrego człowieka, który będzie umiał żyć z innymi, a nie tylko obok nich, który będzie empatyczny i współczujący, który będzie umiał odkryć swoją rolę w świecie, jaka by ona nie była, zaakceptować i do końca ją wypełnić. Człowieka, który nie będzie się miotał w życiu nie wiedząc, w którą stronę pójść, bo nie będzie tak do końca znał i rozumiał ani świata ani siebie. Człowieka, który będzie miał korzenie i wsparcie w postaci tego co mu przekazałyście – Waszej mądrości i Waszej pewności siebie.

Zapamiętajcie z tego tekstu proszę jedno: że wprawdzie wszytko w życiu jest czarno-białe, ale rzadko coś bywa tylko czarne, albo tylko białe. Sęk w tym, żeby umieć ze wszystkiego wybrać biele, a odrzucić czernie.

Żniwa

Jest czas siania i czas żniw. W życiu człowieka, nieco inaczej niż w świecie roślin, te okresy nie następują tylko raz i kolejno, ale przeplatają się ze sobą wciąż i łączą, ponieważ nawet siejąc zbieramy plony, a zbierając je nie ustajemy w siewie.

Tak jest głównie w przypadku dzieci. Kitka ma już prawie 3 lata. Przerwę w blogowaniu zrobiłam kiedy skończyła roczek. Także za mną dwa lata samego zbierania doświadczeń w macierzyństwie. To bardzo ciekawe, bo pamiętam doskonale, (zresztą są tego namacalne dowody, w postaci tekstów), że kiedy dziecię moje ledwo od podłogi odstawało, miałam swoją wizję macierzyństwa, którą wiele osób, (z bloga i nie tylko), krytykowało i poddawało w wątpliwość. Komentarze miały wydźwięk: „wszystko pięknie, ładnie, ale jeszcze jesteś młoda, dziecko masz małe, życie zweryfikuje te twoje śliczne wizje”. I co? I pstro. Życie toczy się dalej, dziecko rośnie, a ja postanowiłam się konsekwentnie trzymać swojego pomysłu na wychowanie i tak też zrobiłam. Robiłam tak przez dwa lata. Siałam. Nadszedł czas żniw. 

Nie jedynych. Nie ostatnich. Ale pierwszych.

Nie jestem nieomylna, nie jestem idealna. Ale czuję, że odwaliłam dobrą robotę, kiedy widzę, że Ewa wyjaśnia, a nie drze się. Mówi: „ale mama, posłuchaj…”, bo wie, że faktycznie posłucham i sama słucha gdy ja coś tłumaczę.

Kiedy widzę, że czeka. Czeka na obiecane lody, cukierka, czeka na zabawę, na bajkę. Wie, że jeżeli coś obiecałam, to tak będzie. Nigdy nie składam obietnic bez pokrycia i to procentuje.

Kiedy widzę, że w zabawie, lub do nas, zaskakująco często używa zwrotu: „nic nie szkodzi”. Nie robi wymówek, nie daje swoim zabawkom kar. Serce mi rośnie gdy widzę, jak bawi się lalką i słyszę nagle: „Oj! Co się stało Pipi? Przewróciłaś? Nic nie szkodzi.” Czyli coś robimy dobrze.

Kiedy widzę, że na porządku dziennym są słowa: „proszę, dziękuję, przepraszam”. Wielu, naprawdę wielu ludzi radziło, żebym dała spokój i nie przypominała rocznemu dziecku o takich słowach. Ewa zaczęła je wymawiać (dość zniekształcone, ale jednak), zanim na dobre nauczyła się imion naszych psów. Absolutnym szokiem był dla mnie wieczór, kiedy Ewa po bajce na dobranoc sama z siebie przeprosiła mnie za to, że rankiem tego dnia była niegrzeczna. Mimo, że jej zachowanie szybko się poprawiło i nie wracałyśmy więcej do tematu.

Kiedy idę z nią na zakupy i nie jestem jedną z matek sklepowych. Dwa razy zdarzyła jej się histeria w sklepie. Dwa. Obydwa razy ostrzegłam ją, że takie zachowanie jest niedopuszczalne i jeśli nie przestanie to wyjdziemy. Nie przestała – wzięłam ją pod pachę i wyszłam. Później zawsze wystarczyło ostrzeżenie.

Kiedy widzę, że przeważnie wystarczy mi Ewę ostrzec, albo czasem nawet na nią spojrzeć w odpowiedni sposób, żeby wiedziała, że przegina i się poprawiła. To nie jest zasługa zastraszania dziecka, tak jak to robią niektóre matki, ale zwykłej konsekwencji. Nie musiałam stosować dotkliwych, czy cielesnych kar. Wystarczyło po prostu konsekwentnie, za każdym razem dotrzymywać danego słowa. Tak w przyjemnych rzeczach, („w sobotę pojedziemy kupić Ci książeczkę”), jak i w nieprzyjemnych, („jeśli dalej będziesz krzyczała, będziemy musiały wyjść ze sklepu”). W ten sposób dziecko nauczyło się, że mamie można ufać, więc jeśli grozi, że nie dostanę deseru, to znaczy, że nie dostanę. Pora się uspokoić.

Czy zawsze moje dziecko jest idealne? Nigdy nie krzyczy, nie jest niegrzeczne? Czy ja zawsze jestem idealna? Nigdy nie tracę cierpliwości, nie jestem zmęczona? Nie zawsze. Ale przeważnie. „Przeważnie” wystarczy. Bo kiedy przychodzi moment, że jestem rozdrażniona, zmęczona i na nią krzyknę, ona mówi mi spokojnie: „mama, nie trzeba krzyczeć” i jest ok. A kiedy ona ma gorszy dzień i wszystko jest na „nie”, ja też umiem znaleźć w sobie jeszcze kilka warstw cierpliwości, o których nie pamiętałam, że tam są.

Chwasty zdarzają się na najlepszych polach. Chodzi jednak o to, aby siać, siać, siać. Najtrudniej jest zawsze przed pierwszymi efektami. Zanim w ogóle wzejdzie Twój plon. Łatwo uwierzyć tym, którzy mówią: „siejesz, a nic nie urośnie, tracisz czas.” Ale jeśli ich nie posłuchasz to niedługo wszystko wykiełkuje, urośnie i pozostanie już tylko żąć. I dalej siać, siać, siać.

„Z nich zaś największa jest miłość”

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”.                                                                                                                             List do Koryntian

Myślałby kto, że największa powinna być wiara. Że wiara, powinna być dla Boga najważniejsza, bo jest przyczyną naszego posłuszeństwa. Bo jest hołdem Jemu złożonym. Bo dzięki wierze do Niego należymy. Ale Bóg chyba nie chce, żebyśmy do Niego należeli. Żebyśmy byli Jego własnością. Myślę, że chce, żebyśmy Mu się oddali z własnej woli. I chyba nie dlatego, że liczy na nasze poddaństwo, tylko dlatego, że liczy na wzajemność. Oddaje nam się cały, bo nas kocha i pragnie naszej miłości. Tak jak my pragniemy miłości i oddania tych, których sami kochamy i którym się oddajemy we władanie.

„Z nich zaś największa jest miłość”. Miłość jest przyczyną i początkiem wszystkiego co dobre. Każdy nasz dobry uczynek rodzi się z tego właśnie uczucia. Pomagamy, bo kochamy. Poświęcamy się, bo kochamy. Przebaczamy, bo kochamy. Staramy się zrozumieć, bo kochamy. Ustępujemy, bo kochamy. Szacunek, przyjaźń, zrozumienie, miłosierdzie – wszystkie biorą swój początek w miłości. To co złe zaś, jest tylko wynikiem jej braku. Myślę, że tak to naprawdę wygląda.

Kiedy ludzie pytają: „dlaczego jest tyle zła na świecie?” to myślą, że Bóg jest zły i zsyła nam tą całą podłość, te trudne sytuacje. Że Go nie ma, albo się nami nie interesuje. A ja myślę, że to po prostu brak miłości. Bóg nie ma nic do tego, bo ludzie sami zdecydowali, żeby Go w tym momencie ze swojego życia wykluczyć. Sami powiedzieli: „Panie Boże, nie wtrącaj się. To Ciebie nie dotyczy. Tego nie zrozumiesz.” Mamy wolną wolę, więc kształtujemy świat swoimi czynami. Możemy Boga przyjąć, lub odrzucić. Oczywiście to nie znaczy, że tylko wierzący może być dobry, może prawdziwie kochać. Nie. To tak nie działa. Każdy może kochać, a Ci, którzy kochają prawdziwie i tak wybierają Boga i podążają Jego drogą. Nawet jeśli w Niego nie wierzą. 

Analogicznie nie wystarczy wierzyć, żeby stać się dobrym człowiekiem, choć znam wielu, którzy tak myślą. „Wierzę, chodzę do kościoła, więc mam zapewnione miejsce w niebie.” Nie sądzę. Jeżeli wiem, że w moim mieście jest ulica Mickiewicza, to jeszcze nie znaczy, że właśnie nią podążam, prawda? Ale mogę też iść nią od dłuższego czasu i nawet nie wiedzieć, że się na niej znajduję.

Myślę, że dlatego największa i najważniejsza jest miłość. Bo ona prowadzi nas do Boga. Prowadzi nawet tych, którzy nie wiedzą, że do niego idą. Chcą tylko kochać. Kiedyś pewnie zauważą, że Bóg jest miłością – nie sędzią, nie katem, nie wielkim wyrzutem sumienia i nie wymaganiem. Jest samą miłością, więc będąc pełni miłości są pełni Boga. Zauważą to i staną się całością. Nawet jeśli wcześniej nie czuli swojej niekompletności. „Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.”

Bo przecież… Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.”

Dzwonek polny i dzwon spiżowy

Zastanawiałam się. Jakie jest życie wielkich, wpływowych ludzi? Gwiazd, ale tych naprawdę pamiętanych przez pokolenia. Dyktatorów, strasznych i okrutnych, ale na wieki zapisanych na kartach historii świata. Bogaczy, tych z samego szczytu. Takich, dla których miliard to najwyżej napiwek pozostawiany przez życie.

Zastanawiałam się. I doszłam do wniosku, że dla znakomitej większości z nich to musi być jednak życie zmarnowane. To są ludzie, którzy żyją niejako dla innych, nie dla siebie. Nie w tym dobrym sensie. Ale tak wiele z siebie rozsyłają na świat, próbując w ten sposób ten świat anektować, zajmować swoją osobą przez zasiedzenie w umysłach, sercach i pamięci ludzkiej, że nic nie zostaje im dla nich samych.

Nie zostało ani trochę Marylin dla Marylin. Doszła do momentu, w którym okazało się, że żadna jej część nie rozwija się. Nie wzrasta w górę. Płoży się raczej, zajmując dużą powierzchnię, przekraczając granice zwykłej popularności, ale w tym całym blichtrze i świecie, o którym tylu marzyło, zatraciła siebie. Swoją istotę. Tę część, która mówi: „jestem tylko twoja, rośnij, pnij się, rozwijaj swoje dobre cechy, zostaw za sobą błędy, pokonuj własne wady, bądź najlepszą wersją siebie!”

Żaden dyktator nie sypia spokojnie. Najpierw obsesyjnie pragnie zdobyć władzę wkładając w ten cel całego siebie, każdą cząstkę swoich myśli, swojego jestestwa, po to tylko, by po odniesieniu sukcesu równie obsesyjnie martwić się, że straci swoją pozycję. Wkłada więc nadludzki wysiłek, cały swój spryt i poświęca wszystkie myśli, kierując każde działanie na utrzymanie tego co już osiągnął. Nie wierzę w mit, że dyktatorzy i tyrani są nieustraszeni. Myślę, że to ludzie, których strach wypełnia wręcz po brzegi. Człowiek bywa odważny, nawet nieustraszony wtedy kiedy widzi przed sobą drogę. Kiedy widzi alternatywy. Czuje się wtedy dzielny, bo wie, że ma różne możliwości, różne drogi do różnych swoich celów. Ktoś stojący na szczycie nie ma już przed sobą żadnej drogi oprócz tej prowadzącej na samo dno. To smutne być człowiekiem jednego celu. Jakże ubogie musi być jego życie.

Bogaczowi natomiast wydaje się, że jest potężny jak bizon, dostojny jak lew, sprytny jak pantera, podczas gdy ja i mnie podobni patrzą na niego i widzą chomika biegającego w kołowrotku. Biedne stworzenie, które nigdy nie dogoni tego za czym tak obsesyjnie przebiera łapkami, bo nie istnieje w ogóle szczyt, na który mogłoby się wspiąć i powiedzieć: „jestem kontent, osiągnąłem co chciałem.” Nie istnieje bowiem taka miara bogactwa, która zaspokoiłaby potrzeby człowieka już posiadającego fortunę. I znów, zamiast podążać swoją drogą do stania się najlepszą wersją siebie, Krezusi tego świata stoją wciąż parę metrów od linii startu i zachłannie ryją nosem w trawie na poboczu, żeby wyzbierać każde lśniące szkiełko, ścigać każdy odblask, który potencjalnie może być złotem.

Każdy ma w życiu jakieś cele. Większe, mniejsze. Jeden chce zostać wiceprezesem sporej korporacji, inny chce mieć jednoosobową firmę, w której sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeden chce pomagać ludziom, poświęcać się dla sprawy, rozdawać im siebie, ale w taki sposób, żeby to co dobre w sobie rozwijać i pomnażać, innemu zaś wystarczy założyć małą rodzinę, którą będzie ze wszystkich sił ochraniał i uszczęśliwiał. To jest dobre. Każde życie jest cenne, bo każde życie można uczynić dobrym, jeśli tylko się chce. Ale aby nadać mu sens, prawdziwy, głęboki sens, trzeba wzrastać do światła. Rozwijać siebie. To co mamy dobrego pielęgnować i dzielić się tym. To co mamy w sobie złego wyrywać i odrzucać jak chwast, by wypaliło się na słońcu. Pracować nad sobą, całe życie pracować nad sobą. A wtedy nawet jeśli po naszej śmierci nie zagrają orkiestry, nie okryje się czernią imperium, które zbudowaliśmy, zyskamy coś cenniejszego. Choćby tylko jedna osoba powiedziała: „Odszedł człowiek dobry i prawy”, choćby tylko ktoś jeden przechował w sobie to co mogliśmy dać mu najlepszego i uznał, że jest to dość dobre, by przekazać to innym – nasze życie miało sens.

Ludzie wielcy są widoczni z daleka. Czy źli, czy neutralni są zapamiętywani. Dla nas, dla historii, dla świata ich życie miało jakiś sens. W jakiś sposób na nas wpłynęli, zmienili nas. Ale to co liczy się naprawdę w ostatecznym rozrachunku, to czy dla nich to życie miało jakiś sens. Czy oni go widzieli? Są jak ogromny dzwon. Widzialni, słyszalni, echa ich czynów, ich osobowości, rozbrzmiewają długo, a oddźwięk niesie się daleko. Ale żeby mogli uzyskać taki efekt, musieli najpierw opróżnić swoje wnętrze. Musieli poświęcić to co w nich było żywe i dla nich cenne. Wolę być małym polnym dzwonkiem, takim samym jak setki innych wokół mnie. Pochylać się na wietrze, mieć świadomość, że jestem mała i tak nieznacząca dla świata, że można mnie zdepnąć i nawet o tym nie wiedzieć. Ale wiedzieć, że moje życie jest cenne dla mnie, a po mojej śmierci inne dzwonki pochylą głowy i zapłaczą choć przez krótką chwilę.

Znów filozoficznie

Ostatnio tak czytam sobie tę „Jeżycjadę” i czytam, i dochodzę do wniosku, że to powinna być lektura obowiązkowa. Całość. Dla liceum. Ale o tym będzie osobny post. Na koniec wyzwania, (które ostatnio zdechło z powodu tematu, który mi się nie podoba i który nie wiem jak ugryźć), napiszę jeszcze raz o mojej ulubionej serii, którą jednak chyba jest właśnie „Jeżycjada”. Wczoraj natrafiłam na fragment, który dużo dał mi do myślenia. Posłuchajcie.

- [...] Nie chciałam… wyciągać… spraw osobistych.

- Innych nie ma – rzekł pan Gruszka po prostu.

Zapalił papierosa.

- Cała reszta jest do bani – dodał uzupełniająco, wciągając w płuca dym. – I się nie liczy. O! – Spotkać kogoś, coś przeżyć z nim. Jak zachoruje to z nim być. Umrze, to zamknąć mu oczy. Pomóc komu trzeba, dzieciaki na ludzi wyprowadzić. I tyle.

Znałam kiedyś chłopaka, który będąc głupim smarkaczem złożył Bogu obietnicę. Obiecał Mu mianowicie, że jeśli do 21 roku życia nic nie osiągnie to się zabije. Mądre, co? No, ale taki on już był ten matołek. Z biegiem czasu coraz lepiej widział, że nie zanosi się, aby odkrył lek na raka, albo zaprowadził pokój na świecie, w ogóle nigdy, a cóż dopiero w tak młodym wieku. Więc zamiast uznać swój błąd i głupotę z okresu dzieciństwa, (jak zrobiłby to mądry człowiek), postanowił, że przestanie wierzyć w Boga, bo wtedy nie będzie musiał dotrzymać obietnicy. Czujecie to? On sobie postanowił, że przestanie wierzyć. Nie, żeby przestał, po prostu bardzo się starał siebie samego przekonać, że Boga nie ma. Hm. Ale nie w tym rzecz. Chodzi o samą treść tej dziecięcej obietnicy. Wczoraj wróciło do mnie to wspomnienie, bo w sposób oczywisty można je porównać z fragmentem Sprężyny M. Musierowicz. I z moimi własnymi myślami, które mnie czasami nawiedzają, – że tak naprawdę w niczym nie jestem najlepsza, że nie mam rozwiniętych talentów, że nie mogę się pochwalić takimi osiągnięciami jak nagrody w konkursach, albo zawodowe osiągnięcia itp. A tu nagle tych kilka słów wymyślonego pana Gruszki i wszystko wróciło na swoje miejsce. Przecież nie są ważne nagrody, awanse w pracy, czy odkrycie, które zostawimy po sobie ludzkości. Ważne jest tu i teraz. Związki międzyludzkie, relacje z bliskimi, pomoc potrzebującym – to wszystko nie jest tło dla rzeczy ważniejszych. To są te ważniejsze rzeczy. A cała reszta to tło. Dodatek.

Mały głupi chłopiec miał prawo pomylić się w ocenie sytuacji. Ale dorosły chłopak powinien wiedzieć, że słowa „coś osiągnąć” znaczą coś więcej niż tytuł naukowy, wynalazek, odkrycie, czy piwnica pełna wybitnych dzieł sztuki własnego autorstwa. Powinien wiedzieć, że „być kimś” to być kimś wyjątkowym i niezastąpionym dla swoich bliskich, a nie być szychą w ministerstwie, czy prezesem banku, albo specjalistą w swojej dziedzinie. Bo rację ma Musierowicz. I rację miał Jan Kiepura mówiąc:

Gdy człowiek umiera, nie pozostaje po nim na tej ziemi nic oprócz dobra, które uczynił innym.

Dzień cytatów – dobro i zło

„Na tym świecie nigdy dobrze nie będzie. Z ludzi zawsze wyjdzie samolubstwo. Dopiero teraz to zrozumiałam, jak mam osiemdziesiąt lat. Świat się może najwyżej pogorszyć. Tylko, że w tym wszystkim – my mamy być dobrzy.”

Te słowa powiedziała Gizela w „Kalamburce” M. Musierowicz. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że tylko człowiek płytki, który nie potrafi wniknąć w istotę rzeczy uzna je za pesymistyczne, lub zasmucające. Dla mnie tchną one optymizmem. Sugerują, że wszystko zależy od nas. Zdejmują z nas odpowiedzialność za zło tego świata, nakładając odpowiedzialność za siebie. To pomaga. Pomaga myślenie w mniejszych kategoriach, bo jeśli w nich zajdą zmiany to zmieni się też całokształt. A łatwiej robić małe kroczki, podejmować małe wyzwania niż próbować od razu zbawiać cały świat. Jan Paweł II powiedział: Wy musicie być tą zmianą, którą pragniecie ujrzeć w świecie. Musierowicz pokazuje nam też, że nasze zadanie jest jasno wyznaczone, (nie są to jakieś mgliste zapewnienia o naprawie świata wygłaszane uszminkowanymi ustami Miss Polonia) i bardzo proste. Nad czym bowiem człowiek ma większą władzę niż nad sobą? Na cóż mógłby mieć większy wpływ?

Źli ludzie to ci, którzy myślą, że świat jest zły i źli są wszyscy wokół. I czynią zło, myśląc, że bronią się przed złem innych.

Cóż powiedzieć? Czyste słowa ks. Popiełuszki: Zło dobrem zwyciężaj. Bo ogień zwalczany ogniem sprawia tylko, że pożar się rozprzestrzenia. Na myśl przychodzi mi też refleksja wspaniałego sir Anthony Hopkinsa: Kiedyś traktowałem ludzi dobrze – teraz z wzajemnością. Jak świetnie to rozumiem. Jak bardzo chciałabym działać tym systemem. Bo wtedy wszystko byłoby łatwe. Ale prawda jest taka, że nie zawsze łatwa droga jest tą właściwą. Tak po prawdzie to prawie nigdy nią nie jest. Ale: Nie obiecano nam spokojnej drogi, ale bezpieczne przybycie.

Postępy nocnikowe

O nocniku pisałam już tutaj. Zaczynaliśmy wtedy nocnikowanie na szeroką skalę, z dobrymi chęciami, kilkoma pomysłami i bez spiny, czyli ze świadomością, że może się nie udać. Ewcik miał wtedy 8 miesięcy. Teraz ma rok, (no dobra, będzie miała za 10 dni) i mogę powiedzieć, że jest dobrze, naprawdę dobrze.

Non stop czytam, że przed drugim rokiem życia nie ma co próbować odpieluchowania, bo dziecko w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że chce mu się siusiu, czy kupę i nie ma możliwości panowania nad potrzebami fizjologicznymi i ich sygnalizowania. I tutaj słowo do wszystkich ekspertów tak często spotykanych w gazetach: dupa. Ot, co. Dupa i dzyndzelek. Niedawno zauważyliśmy, że kiedy Kitka robi siusiu w pieluchę, staje gdzieś na uboczu, albo przykuca odkładając to czym była zajęta. A skoro tak, to znaczy, że może już aktywnie korzystać z nocnika, a nie tylko być nań wysadzana bez swojej wyraźnej woli. Co do dwójeczki, to cwaniara szybko załapała, że wygodniej jest kupę oddelegować do nocnika zamiast nurzać się w niej przy pomocy pieluchy, także okupana pielucha zdarzyła się ostatnio właśnie jak miała 8 m-cy. W tym przypadku wybór nocnika nosi wszelkie znamiona działania świadomego i celowego, bo nie raz na wyjazdach, (czasem całodziennych), potrafiła cały dzień wytrzymać by zaraz po powrocie do domu późnym wieczorem (raz nawet i nocą), z wielką ulgą rąbnąć klocka na nocnik. 

Dłuższy czas zakładaliśmy jej pieluchy tetrowe, ale widząc brak efektów ulegliśmy wygodzie i wróciliśmy do pampersów zakładając, że tetra posłuży nam kiedy zobaczymy, że Ewa wie, że przychodzi pora na siusiu. Ale i teraz lenistwo wzięło górę. Na szczęście ta mało szlachetna cech jest matką kreatywności. Wymyśliłam, że najlepiej będzie Effie założyć majtki, a na nie dopiero pieluchę. W ten sposób będzie czuła, że ma mokro, a nie ucierpią meble, dywany, mój kręgosłup (od latania ze szmatą), ani spodenki, które zapewne prać trzeba byłoby w ilościach hurtowych. Pomysł okazał się genialny, bo Kitka po pierwszym siknięciu w te pieluchomajtki zrozumiała, że ktoś tu zrobił jej brzydki kawał i energicznie zabrała się do pracy. Niedługo potem więc, kiedy znowu poczuła parcie na pęcherz, pobiegła do kąta, w którym stoi nocnik i przyniosła go, a nawet postawiła na kanapie gdzie zwykle staje. Posadzona zrobiła od razu pięknie siii, a pielucha i majtki zostały suche :) Również drzemki w ciągu dnia dobrze rokują, bo po dwóch godzinach snu możemy wysadzić malosię na nocnik i dalej używać tego samego pampersa.

Oczywiście nie zamierzam jeszcze otwierać butelki szampana i święcić tryumfów, bo na to za wcześnie. Jeszcze zdarza jej się siknąć w majty kiedy jest zajęta zabawą, albo odwrotnie – przynieść nocnik kiedy wcale jej się nie chce. Zdarza się też, że ja się zapomnę, bo kiedy mała biega i szaleje to moim zadaniem jest spytać co jakiś czas czy chce siusiu. Ale jeżeli o tym pamiętam to majtki raczej są suche :) Także jesteśmy na bardzo, baaaardzo dobrej drodze i jestem naprawdę zachwycona :)

Wyzwanie dzień 5 – książka, która sprawia, że jesteś szczęśliwa

Książka, która sprawia, że jestem szczęśliwa? Nie ma takiej jednej. Uszczęśliwia mnie czytanie książek, które okazują się być dobre. Oczywiście wgryzając się w dzisiejszy temat wyzwania można uściślić, że niektóre są dobre, ale mnie zasmucają, bo np. pokazują świat w czarnych barwach. Inne zaś są dobre i uśmiecham się przy nich, ale to dlatego, że są po prostu zabawne. A jak wiadomo rozbawienie i szczęście to nie to samo. Ok. Niech będzie, że te odpadają. Jestem szczęśliwa czytając przykładowo kryminały Agaty Christie, bo mimo morderstwa, które jest niezaprzeczalnie najohydniejszym wynalazkiem ludzkości, mają w sobie jakieś takie… umiłowanie prawdy i sprawiedliwości. O! I całkiem tego nie planując sama przed sobą odkryłam jakie książki czynią mnie szczęśliwą! Te, które przedstawiają wizję świata sprawiedliwego. Świata, w którym dzieją się złe rzeczy, ale który sam w sobie jest dobry i uporządkowany. Książki, w których bohaterowie mają niezawodny kompas moralny. Które odróżniają wyraźnie dobro od zła i przekonują mnie, że ostatnie słowo zawsze należy do tego pierwszego.

Uszczęśliwiają mnie książki, które podtrzymują moją wiarę w to, że walka dobra ze złem jest być może naszym codziennym udziałem, ale jest też niejako „oszukana”, ponieważ dobro wygrało już dawno temu, a to co się dzieje na świecie jest ostatnim rozpaczliwym krzykiem powalonego przeciwnika, który chciałby, abyśmy uwierzyli w to, że wynik może się jeszcze zmienić.

Słomiane sierotki

Jak wiecie, (pisałam o tym tutaj), mieszkamy z moimi rodzicami. Ostatnio wyjechali na pięć dni na zasłużony odpoczynek i zostaliśmy na gospodarstwie sami. Pięć dni to odpowiedni kawałek czasu, żeby wydać osąd jakby to było gdybyśmy mieszkali tylko we trójkę już na stałe.

Po pierwsze miałabym dużo więcej obowiązków. To się, oczywiście, rozumie samo przez się, bo jednak z mamą dzielimy się obowiązkami domowymi, których to komplet został przekazany na te kilka dni w moje ręce. Nie ma z tym większego problemu. Prawdę mówiąc spodziewałam się po sobie większego rozmemłania. Tymczasem okazało się, że jestem lepiej zorganizowana niż się o to posądzałam i mimo wszystko znalazłam czas na sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się Ewą i czytanie książek. (Nowa dostawa z biblioteki. Szał literacki.) Chociaż M. zdradziecko i kusicielsko zaproponował, żebyśmy jeździli na obiady do jego mamy. Teściowa osobiście nam to zaproponowała. Moja mama też poparła. A ja się zaparłam i stwierdziłam, że prędzej zjem własne cycki niż zniżę się do tego poziomu. Jeszcze czego? Żeby potem każdy mówił: tak, tak, pewnie, „mogłaś ale nie chciałaś” gotować obiadów, jaaaasneee ;) ” Nie ma mowy. Phi.

Po drugie mielibyśmy z M. dla siebie dużo mniej czasu. W tej chwili jeżeli potrzebujemy czasu dla siebie, lub chcemy gdzieś razem wyjść, zostawiamy Kitkę z rodzicami. Nawet jeżeli wcześniej ją kąpiemy i usypiamy to i tak nie zostawiamy jej przecież samej tylko ktoś musi przy niej być. Dlatego dziadkowie na miejscu są po prostu nieocenieni. Nie musimy rezerwować sobie ich czasu wcześniej, możemy zdecydować się nawet w ostatniej chwili. Oprócz tego w chwilach kompletnego wycieńczenia kiedy nie stać nas na nic więcej poza ślinieniem się z bezmyślnym wyrazem twarzy też możemy liczyć na świeże pokłady dziadkowych sił. Czy poradzilibyśmy sobie bez nich? Jasne, że tak. Ale po co?

Po trzecie, ostatnie i najważniejsze – byłoby niesamowicie, nieopisanie, beznadziejnie… pusto. Zwariowałabym przez te pięć dni gdyby M. nie miał jeszcze chorobowego po złamaniu. Dzięki temu w dzień było normalnie. Ale wieczorami i tak chodziliśmy po pustym domu mijając ciemne pokoje. Było niepokojąco i nieprzyjemnie. Zimno. Pusto. Cicho. Wiem, że kiedyś niestety przyjdzie czas, że tak będzie już codziennie. Nie wiem jak sobie z tym poradzę. Nie wiem jak przywyknę. Mam nadzieję, że jeszcze dużo wody upłynie zanim takie dni nadejdą. Mam nadzieję, że Ewa będzie już dorosła i będzie miała własne dzieci. Mam nadzieję, że będzie mieszkała z nami, choć jeśli nie będzie chciała to nie będę jej zatrzymywać ani przekonywać. Bo poza wszystkim, pomijając kwestię podziału obowiązków, pomocy przy dziecku, nieuniknionych niesnasek itd., po prostu kocham tą typowo domową atmosferę – pełną chatę, głośne śmiechy, różne opinie, rozmowy, żarty…

Powiedziałabym, że nie wyobrażam sobie mieszkania tylko we trójkę, ale nie jest to prawda. Wyobrażam sobie. A nawet wiem jakby to wyglądało. I nie jestem zainteresowana. Kocham moją małą rodzinę w składzie: Kawa, Herbata, Mleko i żywo odczuwam jej odrębność. Ale ta odrębność nie kłóci się z symbiozą w jakiej żyjemy w większej grupie. Powiedziałabym nawet, że bez niej traci swój pozytywny wydźwięk. Dla mnie. Dla nas.