Archiwa kategorii: Dziecko i ciąża

Szybkie i krótkie przemyślenia na temat ciąży i bycia rodzicem.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Dla brzuszka maluszka – domowy kisiel

Ostatnio odkryłam przepis na domowy kisiel dla niemowlaka. Podeszłam do sprawy bardzo entuzjastycznie, bo zawsze to nowość dla kikulowego podniebienia oraz inny sposób na podanie owoców. Trochę deserkowej odmiany się przyda, a taki domowy kisielek będzie bardziej owocowy niż kupny no i rzecz jasna pozbawiony chemii i konserwantów. Przepis jest wyjątkowo prosty i szybki.

Czego Ci trzeba: ok. 100 g dowolnych owoców, szklanka wody, 15 – 20 g mąki ziemniaczanej (ilość zależy od tego czy chcemy, żeby kisiel był rzadszy czy gęstszy).

Jak tego użyć: zagotować szklankę wody; na wrzątek wrzucić umyte pokrojone owoce i pogotować jakąś minutę, może mniej, dopóki nie zrobią się bardzo miękkie; wyjąć owoce i przetrzeć przez sito; uzyskaną papkę dodać do wody i znów moment pogotować; jeśli ktoś sobie życzy można dosłodzić, jeśli nie to nie; od 6-ego miesiąca życia dziecka można dodać pół surowego żółtka i dokładnie zagotować, albo trochę mleka dla zwiększenia wartości odżywczej – ja tego akurat nie robiłam, bo kisiel z żółtkiem i mlekiem jakoś mi się nie widzi, ale może spróbuję kiedyś :) ; mąkę ziemniaczaną rozrobić niewielką ilością wody i dolać do rondelka ciągle mieszając aż do uzyskania konsystencji kisielu; pogotować jeszcze z 15 sekund i przelać do miseczki celem wystudzenia i konsumpcji :)

Można oczywiście dodać pokrojone kawałki świeżych owoców. Kitka wcinała aż jej się uszy trzęsły i bardzo sobie chwaliła taki deser :) Ja też, bo było szybko, smacznie i wiem co podaję dziecku.

http://3.bp.blogspot.com/-6MRidkJIaMU/UQp-oq6X1ZI/AAAAAAAADdk/4K7L2DrWyDs/s1600/DSC00010.JPG

zdjęcie

Nocnik – mode on

Odpieluchowanie w toku. Za czasów naszych mam robiło się albo w tym wieku, albo już wcześniej, (mnie zaczęto wysadzać jak stabilnie siedziałam i przed rokiem byłam odpieluchowana, a i mąż wraz z bratem osiągnąwszy roczek spali już bez pieluch w piżamkach). Ja poszłam tym przetartym szlakiem, bo wydatki na pieluchy nie są wcale małe, a skoro całym pokoleniom wcześniej się udawało to czemu nie nam?

Zaczęliśmy od d***y strony, czyli od tego co na rzeczoną d***ę zakładamy. Skoro zakładamy pampersy to tyłek zostaje długo suchy. Skoro zostaje długo suchy to dziecku nie jest niewygodnie i nie ma motywacji zainteresować się nocnikiem. Nie kojarzy czynności wypróżniania z dyskomfortem w majtach. Z chóralnym westchnieniem podjęliśmy więc decyzję - tetra. 

20 pieluch tetrowych, jeden podkład ceratowy pod prześcieradło Canpol pocięty na kawałki, 5 par majtek i wszystkie otulacze z pieluch wielorazowych jakie mamy - to nasz arsenał. No i rzeczony nocnik.

Pieluchy codziennie, albo co drugi dzień piorę, składam w odpowiedni kształt, w pierwsze trzy pakuję ceratkę, która ma trzymać wilgoć z dala od majtek i szykuję otulacze, które tetrę trzymają na miejscu. W upalne dni zamiast pieluch Ewiwi ma same majteczki.

Przez pierwsze dwa dni Ewa święciła triumfy, a ja razem z nią, bo przed każdą kupą stękała sugestywnie i patrzyła mi prosząco w oczy. Ale nadszedł ten moment kiedy to matka musiała być mądrzejsza. Usłyszałam stękanie, ale stwierdziłam, że to na bank nie może być kolejna kupa, bo poprzednia miała miejsce zaledwie godzinę temu. Z błędu wyprowadziły mnie dopiero odpowiednie dźwięki dochodzące z pieluchy. Po tym Kitka chyba się obraziła, że jej nie słucham, albo stwierdziła, że jednak nawet tak oczywiste sygnały są zbyt trudne dla tej opóźnionej matki, bo przestała dawać znać. Także jak na razie staram się często ją wysadzać, co zazwyczaj przynosi dobry efekt, ale przecież nie chodzi o to, żeby pół dnia spędzała na nocniku. To tylko stan przejściowy. Docelowo ma przecież sygnalizować swoje potrzeby. Cieszy mnie, że początkowe (stracone) sukcesy świadczą o tym, że chyba czuje, że nadchodzi dwójka. Gorzej z siusianiem. Z moich obserwacji wynika, że nie czuje jeszcze, że jej się chce i co gorsza chyba niespecjalnie czuje, że robi i że ma mokro, szczególnie kiedy jest zajęta zabawą. Ale to dopiero początki, poza tym dziecko ma 8 m-cy więc nie wymagam cudów ;)

A obserwacja swoją drogą jest intensywna. Staram się wychwycić subtelne oznaki rąbania w pieluchę, a także nie przegapić ewentualnych sygnałów, które ona może wysyłać – czy to przed czy po fakcie.

I od razu chciałabym napisać słowo do każdej matki, czy nie-matki, która może się oburzyć, że ja tu popędzam rozwój dziecka z powodu matczynej chorej ambicji, że to za wcześnie, że dziecko jeszcze w ogóle nie czuje żadnych potrzeb fizjologicznych, a już na pewno nie kojarzy ich z dyskomfortem. Drogie Panie. Każde dziecko rozwija się inaczej. Zaczęłam naukę nocnikowania nie dlatego, że to wstyd, żeby dwulatek robił w pieluchę, nie dlatego, żeby się chwalić jak to moje dziecko ładnie i szybko (zwłaszcza, że nie wiem czy się uda w ogóle) i nie dlatego, że uważam, że wszystkie dzieci należy wysadzać jak najwcześniej. Zrobiłam to, bo znam moje dziecko, widzę jego rozwój na co dzień i uznałam, że już jest gotowe. Nie ma nic złego w tym, że niektóre dzieci są gotowe później. Ale tak jak nie uogólniam, że wszystkie muszą być wysadzane w wieku mojego, tak proszę o nie uogólnianie, że dzieci w tym wieku w ogóle nie mają szans na sukces w tej dziedzinie. Mają. Czego dowodem jest multum ludzi z mojego pokolenia i zapewne z pokolenia wcześniejszego. A czy moje się do nich zalicza? Czas pokaże :)

Dziecięca wyprawka – nasze kity

Było o hitach to teraz pora na obiecany post o kitach, czyli rzeczach, które były nieprzydatne, albo po prostu po zakupie okazały się być bublami.

1. Małe okrycia kąpielowe. Będąc w ciąży kupiłam do naszej dziecięcej wyprawki jedno małe okrycie kąpielowe i jedno duże. O ile duże służy nam do dziś i moje jedyne zastrzeżenie to rozdarcie przy kapturku, o tyle mały ręcznik bardzo szybko okazał się być do wyrzucenia. Niestety Kitka błyskawicznie z niego wyrosła. Ponadto nie był specjalnie niezastąpiony na samym początku, bo duży był równie dobry. W ogóle mamom zastanawiającym się nad kupnem osobnego ręcznika dla dziecka raczej bym to odradzała. W zupełności wystarczy normalny ręcznik kąpielowy. Trzeba tylko zwrócić uwagę na to, żeby nie był szorstki i oczywiście prać go w detergentach dla dzieci jeśli takich używacie.

Fot. z exclusivebaby.pl

Fot. z exclusivebaby.pl

2. Proszki dla dzieci. Ciuszki Ewy zostały pierwszy raz wyprane oczywiście jeszcze przed jej urodzeniem. Od tego pierwszego razu aż po dziś dzień używam do tego celu normalnego proszku do prania, a nie tego dedykowanego dla niemowląt i nic jej nie jest. Do płukania używamy wciąż płynu Jelp, ale zrobimy próbę przejścia na zwykły kiedy skończy nam się ta butelka. Myślę, że jeżeli dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą to kupowanie specjalnego proszku do prania jest zwyczajnie niepotrzebne.

Fot. z alejka.pl

Fot. z alejka.pl

3. Puder i krem dotyłeczny. I tu jak wyżej – rozumiem, że są dzieci, które muszą mieć pomazianą pupę, bo inaczej kwitnie niczym róża. Kikul akurat do tych dzieci nie należy na szczęście. Od samego początku nie miała żadnych zadnich problemów. Początkowo używałyśmy kremu dotyłecznego Nivea. W pewnym momencie zaczęłam czasami pomijać jego użycie, (kilka razy zapomniałam, kilka razy się bardzo spieszyłam i tak wyszło). W końcu krem był używany sporadycznie. I skoro nic się nie działo to czym prędzej go odstawiłam, bo po co smarować dziecięcą pupkę czymś co jest niepotrzebne? Kremik ostatecznie pożegnałyśmy chyba w trzecim miesiącu jej życia i definitywnie. Aha! A puder! Pudru użyłam raz – z Linomaga. Pośladki obsypały się piękną uczuleniową wysypką, więc też trafił na śmietnik.

Fot. z babynet.pl

Fot. z babynet.pl

4. Siedzisko do wanienki. Kurczę, tu mam mieszane uczucia czy siedzisko zasłużyło sobie na miejsce w kitach czy nie. Prawda jest taka, że dla noworodka to się kompletnie nie nadaje. Potem tzw. „rynienka” służyła nam mniej więcej przez dwa miesiące kiedy Ewcia była już większa i lubiła się bawić w kąpieli, czyli tak ok. 5 – 6 miesiąca. Nie musiałam się martwić, że kiedy nagle gibnie się do tyłu to natychmiast znajdzie się pod wodą. Ale teraz kiedy dziecko siedzi stabilnie znowu okazała się nieprzydatna, bo była dla ruchliwej Kitki niewygodna. W związku z czym została z wanienki wyeksmitowana. Początkowo Ewa miała syndrom odstawienia, który objawiał się tym, że przy myciu głowy był straszny płacz, protest, lament, kurczowe chwytanie się brzegów wanienki, albo dla odmiany podpieranie się rączką o dno za plecami. Normalna rzecz. Wszak ostatnie dwa miesiące miała w tym momencie pod plecami twardą, solidną podporę, a tu nagle kładą dziecko podpierając jeno wątłą matki ręką. To i nie dziwota, że rzeczone dziecko próbuje ratować swoje młode życie i głośno wzywa pomocy od kogokolwiek, kto nie jest aż tak obłąkany. Na szczęście te lęki już minęły i córa zaczęła ufać moim powtarzanym spokojnym i stanowczym głosem zapewnieniom, że „nic się nie stanie, kochanie, nic się nie może złego stać, bo mama cię trzyma i nie puści, obiecuję”. Także podsumowując: rzecz była przydatna, ale bardzo krótko. Kosztowała mnie w sumie kilkanaście złotych więc, źle na tym nie wyszłam. Niech każdy sam sobie oceni, czy kit czy hit.

http://img26.olx.pl/images_tablicapl/142128105_3_644x461_wkladka-siedzisko-do-wanienki-meble-dla-dzieci.jpg

Fot. z tablica.pl - oferta tu

5. Pieluchy wielorazowe. O nich pisałam osobny post tu. Dla nas kompletny niewypał. Nie będę się powtarzała i opisywała ich wad, każdy zainteresowany może zajrzeć do tamtego posta. Pampersy jednak rządzą. A niedługo zacznie rządzić tetra, bo będziemy się przestawiać ostro na nocnik. Zobaczymy jak wyjdzie :)

http://nocniki.com.pl/photos/hit-pieluszki-pieluchy-wielorazowe-gzooby-2-wk-3348982012.jpg

Fot. z nocniki.com.pl

6. „Pierwszy rok życia dziecka”. O ile jej poprzedniczka, czyli ogólnie znane z każdego amerykańskiego filmu i serialu „What to expect when you’re expecting”, czyli polskie „W oczekiwaniu na dziecko” była kiepska, o tyle ta to po prostu żenada. W obu przypadkach wszelkie zawarte w nich informacje można znaleźć w internecie łatwiej i szybciej, a w dodatku są obszerniejsze, nowsze i lepiej podane. Sorry, taki mamy klimat. W przypadku „Pierwszego roku…” dochodzi jeszcze ta wada, że duża część informacji w niej zawartych jest po prostu… niepotrzebna. Infantylna. Nie podoba mi się i odradzam jej zakup.

http://merlin.pl/W-oczekiwaniu-na-dziecko-Poradnik-dla-przyszlych-matek-i-ojcow_Heidi-Murkoff-Sharon-Mazel,images_big,23,978-83-7510-508-7.jpghttp://ecsmedia.pl/c/pierwszy-rok-zycia-dziecka-b-iext6791167.jpg

Fot. z merlin.pl i emipik.com

7. Rożek. Piękny, uroczy, śliczniutki, a bobas wygląda w nim słodko nie do wytrzymania. Prawda. Będąc w ciąży kupiłam dwa. Jeden usztywniany i absolutnie cudowny, a drugi mięciutki i też przepiękny. Z tego miękkiego Ewa korzystała może z pięć razy będąc zupełnym noworodkiem, a z usztywnianego może ze dwa, tylko dlatego, że uparłam się, że skoro kupiony to musi być użyty. A potem oklapłam i przyznałam się do porażki. Nie jest to po prostu przydatne. Dziecko najpierw jest za małe, potem nie chce w tym być, potem jest za duże i nie chce w tym być. Miękki rożek został złożony na pół i leży w wózku w celu „zmiękczenia podłoża docelowego”. I tyle jego zastosowania. Naprawdę, lepiej już zawinąć dziecko w kocyk jeśli lubi być czymś owinięte. Są jeszcze jakieś specjalne otulaczki, ale nie wiem, nie testowałam, więc się nie wypowiadam.

http://www.bewis.pl/images/images/rozek%20polar/IMG_2342.jpg

Fot. z bewis.pl

8. Rondo kąpielowe. Kiedy Kikul przechodził lęk separacyjny z siedziskiem kąpielowym i nie dawał się położyć do mycia głowy, musiałam na szybko opracować nowy sposób. Polewanie jej główki wodą na siedząco z jednoczesnym osłanianiem oczu okazało się beznadziejnym planem. Pomyślałam więc o rondzie kąpielowym. Cholerstwo okazało się równie bezużyteczne. Założyłam je Ewie i – raz kozie wio! – polałam jej główkę wodą. Wszystko pięknie spłynęło po oczach powodując strach, mruganie i prychanie. Wściekła ściągnęłam dziecku z głowy to ustrojstwo, pogryzłam dotkliwie, a następnego dnia rzuciłam nim w sprzedawcę. No dobra, ograniczyłam się do ściągnięcia tego g…(uzik wartego) i odłożenia go w miejsce gdzie nie będzie mnie kłuło w oczy i przypominało o niepotrzebnie wydanych pieniądzach.

http://www.mamaija.pl/product_images/3447_48665.jpg

Fot. z mamaija.pl

Wyprawka dziecięca – nasze hity

Ostatnio u Zuzi z Milly Me! natknęłam się na post o hitach i kitach i postanowiłam bezczelnie zgapić pomysł, ale niech się nazywa, że się zainspirowałam. Zuzi, sorry, ale za to robię Ci reklamę, więc… kwita? ;)

Nasze hity, czyli co było (i jest) najbardziej przydatne przy dziecku:

1. Mata. Jesteśmy posiadaczami maty Tiny Love Gigant i jesteśmy bardzo zadowoleni. Kitka kitkuje na całej powierzchni, może tam rozwalać sobie zabawki, ślinić ją do woli, szeleścić i piszczeć… Wszystko może. Prawda jest taka, że nie raz i nie dwa skitkuje się na dywan i tam się bawi, ale jak rozkładam jej matę to przynajmniej sumienie mam czyste, że dziecko kładę na przystosowanej do tego celu powierzchni ;) Poza tym mata jest kolorowa, szeleszcząca i Kiki się nią interesuje. Niby można rozłożyć koc i wychodzi na to samo, ale do koca więcej farfocli się czepia.

Fot. ze strony sklepu SmykFot. ze strony sklepu Smyk

2. Śliniak. Śliniaków mamy trzy rodzaje.

Pierwszy to zwykłe śliniaki wiązane na szyi. Były przydatne kiedy Kikul miał 4 miesiące i dopiero zaczynaliśmy wprowadzanie pokarmów stałych. Miała po prostu tak małą szyjkę, że przy śliniakach zapinanych cokolwiek wydostawało się z buzi trafiało w gigantyczną dziurę między brodą, a śliniakiem. Materiałówki dość łatwo utrzymać w czystości wbrew obiegowej opinii. Ja miałam 5 sztuk i po każdym posiłku śliniak lądował pod strumieniem wody i całe jedzonko pięknie i bezproblemowo się spłukiwało.

Drugi rodzaj to śliniaki ceratowe, czy też plastikowe, które nazywają się śliniakami „z kieszonką.” Z tym, że te kieszonki to pic na wodę fotomontaż, bo one ściśle przylegają do całej powierzchni. Za to ta powierzchnia jest na tyle kozacka, że zakrywa dziecko aż po stópki. Przydatne. Tak jest przy każdym śliniaku „miękkim”, czyli nie usztywnianym. mamy ich dwa.

Trzeci rodzaj to śliniaki gumowe. Sztywne. My mamy „Super Miękki” z Baby Ono. Jest sztywny, więc i kieszonka jest prawdziwa i łapie wszystko co wypada z buzi czy z rączki Ewasi. Mamy jeden i jest najczęściej używany i najłatwiej zmywalny. Nie odparza, nie grzeje, dziecko się pod nim nie poci, nie płonie i nie ocieka toksycznymi substancjami ;) Jest super!

fot. Apteka GeminiFot. aptekagemini.pl

3. Bujaczek. Świetna rzecz. Wsadzamy dziecko i pyk! Możemy zrobić w domu porządek, ugotować obiad, chwilę odpocząć, albo po prostu nakarmić malucha i tym sposobem oszczędzamy pieniądze i miejsce, bo nie musimy kupować krzesełka do karmienia. Dodatkowo przy okazji świąt, czy wizyty gości malec może siedzieć z nami w pokoju bez angażowania cały czas rąk rodzica. Nasz model – Bright Starts Comfort and Harmony – ma kilka melodyjek na dwóch poziomach głośności, wibracje i pałąk z zabawkami. Melodyjki szybko się dziecku znudziły, wibracje w ogóle jej nie zainteresowały, choć słyszałam, że pomagają w czasie kolki, a pałąk najpierw jej nie interesował, a potem zabawki latały jej po buzi, więc szybko został odłączony i wywalony. Plusem jest to, że odłączyć go bardzo łatwo, nie trzeba się było trudzić, a sam bujak jest bardzo wygodny dla Ewy, (zdarzało jej się w nim zasnąć i spać), dla mnie (z powodów, które opisałam wyżej) i spełnia swoją funkcję bez zarzutu. Kiedy dziecko staje się bardzo ruchliwe i wygina się na wszystkie strony trzeba bardzo uważać i nie wolno zostawiać w nim malucha bez opieki!

fot. ze smyk.com

Fot. ze sklepu Smyk

4. Kołysanki. Przepiękne, uspokajające, słowem idealne. Kołysanki śpiewane przez Umer i Turnaua. Wspaniała płytka, dzięki której Ewciak zasypia bez problemu. W dzień ma zapętlone, natomiast przy nocnym zasypianiu puszczam płytę tylko raz. Pomagają jej się wyciszyć i zasnąć.

fot. ze strony merlin.pl

Fot. ze sklepu merlin.pl

5. Tetra. Pieluchy tetrowe w zasadzie odeszły do lamusa. Mało kto chyba już w dzisiejszych czasach ich używa mając do wyboru pampersy i pieluchy eko, czyli wielorazówki. Ale sklepy są wciąż pełne tego towaru. Jak to się stało? Kiedy kompletowałam wyprawkę dla Kruśki mama do listy zakupów dorzuciła 10 pieluch tetrowych. Początkowo odniosłam się do tego pomysłu bardzo sceptycznie, ale kupiłam je i okazało się, że bez nich byłoby strasznie ciężko. Służą przede wszystkim jako śliniak przy karmieniu mlekiem, a także jako szmatka do wycierania buzi dziecka. To ostatnie zastosowanie trochę straciło na znaczeniu kiedy Kiki zaczęła jeść stałe posiłki, bo kaszki bardzo kleiły pieluszki, a obiadki plamiły, więc przy obiedzie i drugim śniadaniu wycieram jej buzię papierowymi ręcznikami. Są na tyle miękkie, że nie robią jej krzywdy, a ja nie mam problemu z ciągłym praniem. W upały można malucha zakryć pieluszką zamiast kocykiem, żeby nie spiekł sobie nóżek, albo po prostu dla komfortu – niektóre dzieci lubią czuć, że są czymś przykryte.

fot. otostrona.pl

Fot. z otostrona.pl

6. Przypinka do smoczka. Designerska, czy nie, kolorowa czy nie, szeroka, wąska, długa, krótka – przydaje się. I to bardzo. Pierwsze wyjście do lekarza sprawiło, że leciałam kupować przypinkę – czy też klips jak kto woli – i to w trybie now! Smoczki mają to do siebie, że wypadają. Ewentualnie w późniejszym wieku nasz potomek odkrywa jak fajnie działa grawitacja i smoczki zostają bezlitośnie wyrzucane za burtę. Wtedy klips zostaje bohaterem dnia uniemożliwiając smoczkowi pozbieranie wszystkich okolicznych bakterii. Niestety trzeba dalej pilnować w jakimże to środowisku majta się oswobodzony z małych usteczek smok, ale przynajmniej nie zgubimy go gdzieś na amen ;)

Fot. ze sklepu Smyk

Fot. ze sklepu Smyk

7. Cebuszka. Fantastyczna poducha, której przydatność zaczęła się w ciąży i nie wiem kiedy się skończy. W ciąży była świetna na bóle kręgosłupa. Poza tym mi na przykład ciężko było się ułożyć z tym gigantycznym brzuchem, bo lubię spać na boku, więc opierałam na niej ten balon. Po porodzie pomagała w karmieniu piersią. Kiedy przeszłyśmy z Kitką na butelkę składałam Cebuszkę na pół i opierałam na niej ramię z głową dziecka, żeby nie ciążyło. Kiedy Ewcia zaczęła czuć się dobrze w pozycji pół-siedzącej i siedzącej – podpierałam ją Cebuszką, a jak była całkiem malutka to i położyć ją w niej mogłam i robić „brrr” w brzuszek :) Aktualnie poducha służy nam jako zapora do wszelkich miejsc, do których dziecię mogłoby się dokitkować i coś tam wykitkować. Przykładowo – kiedy Ewa bawi się na podłodze kładę Cebuchę między jej placem zabaw, a psimi miskami. Obicie łatwo się zdejmuje i pierze. Rewelacja. Naprawdę udana inwestycja.

Fot. ze strony cebuszka.pl

Fot. ze strony cebuszka.pl

Tyle o hitach. O kitach napiszę następnym razem, bo inaczej post – i tak już kobylasty – zrobiłby się wręcz niemożliwy do przeczytania ;)

„Nie wolno!”

Czy można dziecko wychować bez zakazów? Można. W myśl idei, że zakazy i nakazy to zło, które ogranicza dziecko i tak naprawdę jest nieodpowiednim środkiem nacisku, albo wręcz rodzajem przemocy stosowanej na potomku. W takim pojęciu zakazy i nakazy ograniczają wolną wolę dziecka i nie pozwalają mu rozwinąć w pełni swojego potencjału. Takie wychowanie to wychowanie bezstresowe.

Czy mogłabym zmieszać ideę wychowania bezstresowego z błotem tak, żeby zwolennicy poczuli, że mają aplikowaną najdroższą maseczkę w spa? Mogłabym. Ale szkoda mi czasu i wysiłku. Napiszę więc wprost i wulgarnie: to jest kupa. Szajs absolutny, idiotyzm, debilizm, gwałt na naturalnym procesie wychowania i wielka krzywda robiona dzieciom.

Dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. Do tego poczucia niezbędne mu są wyznaczone jasno granice, czyli informacje co wolno, a czego nie wolno. Naszym zadaniem jako rodziców jest przystosowanie dziecko do przyszłego życia w społeczeństwie, dlatego koniecznym jest nauczenie go zachowań społecznie akceptowalnych. Jaś, który tych zachowań nie zostanie nauczony wyrośnie na gniewnego i sfrustrowanego Jana, który będzie wściekły na świat, że nie pozwala mu na wszystko, na siebie, że nie umie się w nim odnaleźć, na innych ludzi, z którymi nie będzie umiał się dogadać i na rodziców, bo to ich wina. Żeby więc już na początku nie wylać dziecka z kąpielą i nie pogubić go w tym zwariowanym świecie, stawiamy granice i drogowskazy właśnie w postaci zakazów i nakazów.

Czy jednak wszystkie zakazy są konieczne? Kikul ma dopiero 7 miesięcy, a ja już niejednokrotnie złapałam się na próbie zakazania jej czegoś, czego tak naprawdę nie musiałabym jej zabraniać. Wzięło się to chyba z błędnego przeświadczenia wpojonego mi przez otaczający świat, że moją rolą jako matki jest głównie zakazywanie. Powiem wam, że nawet nie jest to sprawka moich rodziców, bo nigdy nie byli nadmiernie kontrolujący i odmawiający mi swobody. Ale potem człowiek dorasta i wszędzie słyszy „nie”. Nie zawsze skierowane w jego stronę. Po prostu to słowo otacza nas z wszystkich stron. Słyszę je na placu zabaw, w kolejkach w sklepie, u lekarza, wszędzie. Głównie skierowane do dzieci.

Jakiś czas temu przygarnęliśmy ze schroniska psiaka. Uroczą jednooką suczkę. Psiak ma najwyżej rok, więc borykamy się z jej – trudnymi często do zaakceptowania – szczenięcymi zachowaniami, (skakaniem, nadmiernym entuzjazmem, gryzieniem rzeczy itp.) Stąd w domu przez ostatni miesiąc słychać głównie: „Benita, nie!”, albo dla odmiany: „Benita, nie wolno!”. Przez to przeraziłam się jak to będzie jak Ewa zacznie chodzić i nagle „Benita, nie!”, zmieni się niechybnie na „Ewa, nie!” Nie chcę, żeby cały dom napełnił się takimi okrzykami.

Oczywiście bez względu na to jak bardzo bym tego nie chciała – to się stanie. Jak inaczej miałabym tak malutkiemu dziecku przekazać, że czegoś nie wolno? Powiem wam jak to sobie wyobrażam. Powiedzmy, że półtoraroczna Ewa próbuje ciągnąć psa za ogon, albo za wąsy. Proces jaki sobie w tym wypadku wyobrażam to: pierwszy komunikat, („Ewa, nie wolno!”), zastopowanie niepożądanego zachowania, (oswobodzenie psa i osunięcie od niego Ewy) i na koniec, krótkie i jasne tłumaczenie dlaczego został postawiony zakaz, („Pieska to boli.”).

Ale cała gruszka siedzi w tym, żeby wcześniej zadać sobie pytanie: „Czy aby na pewno nie mogę się zgodzić na takie zachowanie?” Naturalnie w takich przypadkach jak – choćby i nieświadome – robienie krzywdy zwierzęciu, czy człowiekowi, albo próba robienia rzeczy / dotykania przedmiotów niebezpiecznych dla dziecka, nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Ale na przykład chlapanie w wanience? Ostatnio Kiki przechodziła taki okres. Teraz już raczej tego nie robi – bardziej ją interesują zabawki kąpielowe, ale miesiąc temu najlepszą zabawą było chlapanie. Mogłam jej tego zabronić. Mogłam konsekwentnie przytrzymywać jej rączki, albo nie pozwalać na chlapanie tylko od razu szybko ją myć i wyciągać. Nie zrobiłam tego. W pierwszym odruchu chciałam, ale zapytałam sama siebie czy aby na pewno to jest absolutnie nie do przyjęcia? W czym leży problem? Że cała podłoga jest zalana. Robi się ślisko, bo są płytki. Czy nie da się temu zaradzić tak, żeby wilk był syty i owca cała? Da się. Wystarczyło rozłożyć na podłodze stary płaszcz kąpielowy, który świetnie wchłaniał wodę, a potem przelecieć podłogę mopem. Mama, (czyli ja), – która z tych zabaw wychodziła też mokra od stóp do głów – sięgnęła po pokłady fantazji i przebierała się w strój kąpielowy. Przyznam, że obie miałyśmy sporo frajdy z tych kąpieli :)

Słowem: zakazywać – tak, byle mądrze :) Nie wszystko jak leci.

Klapsowa (r)ewolucja

W krótkich słowach chciałam napisać dlaczego postanowiłam nie stosować na moim dziecku popularnych „klapsów.”

Nie zamierzam przekłuwać Ewie uszu, bo szanuję jej prawo do decydowania o własnym ciele i upiększania go w taki sposób i w takim czasie w jakim ona zechce. Skoro tak, to hipokryzją byłoby dać jej klapsa naruszając jej indywidualność cielesną. Konsekwencja.

Kiedy kłócę się z M., z rodzicami, albo z obcymi ludźmi nie biję ich bez względu na to jak strasznie mnie wkurzą. Dlaczego miałabym więc uderzyć Kitkę, która jest moim największym skarbem? Nawet jak mnie wkurzy – wciąż pozostanie moim jedynym, ukochanym dzieckiem. Czy więc miałabym potraktować ją gorzej niż męża, rodziców i obce osoby? Dlaczego? Bo ona się nie obroni? Bo mi nie odda? Nonsens. Nie biję męża w kłótni, bo go szanuję, bo uważam, że uderzenie go to przekroczenie granicy. Nawet „klaps” w ramię, czy twarz. Czy w takim razie miałabym nie okazywać podobnego szacunku swojemu dziecku? 

I przede wszystkim: klaps nic nie tłumaczy. Dlaczego dajemy dziecku klapsy? Oprócz oczywistej odpowiedzi „Żeby sobie ulżyć w gniewie?” Żeby zwrócić jego uwagę. Poważnie – zastanówcie się nad tym. Klaps pada w momencie kiedy nie radzimy sobie z zachowaniem dziecka i zmusza je do „złapania oddechu,” do chwili zawieszenia. Czy naprawdę musiałabym uderzyć Ewcię, żeby zwrócić na siebie jej uwagę? Nie mogłabym zrobić tego inaczej? Zapewne bym mogła. I będę.

Jako dziecko dostawałam klapsy. Żaden mi psychiki nie spaczył, żaden mnie nie wykoleił i nie mam ani krztyny żalu do moich kochanych rodziców, (najlepszych na świecie swoją drogą.) Ale sama klapsów dawać nie będę. Bo tak. Taka moja klapsowa (r)ewolucja :)

Tango arsenic hour i najgorszej myśli z ząbkowaniem w tle

Miałam dzisiaj naprawdę ciężką noc. Okropną noc. Noc z piekła rodem. Ewa nigdy nie była wymagającym noworodkiem, potem jako niemowlę też była super (zasadniczo dalej jest), ale ta noc… ech… Wygląda na to, że idzie jej górna jedynka. Albo wszystkie zęby na raz, patrząc na natężenie płaczu nie wykluczam takiej możliwości.

Od zaśnięcia, czyli gdzieś tak od godziny 21:00 Kitka przespała dwa razy po godzince, a raz (po zjedzeniu 60 ml mleka) dwie godziny. I to był absolutny rekord tej nocy. Przez resztę czasu budziła się z płaczem i jęczeniem co pół godziny, co 10, 15 minut, czasem co 5. Jedyne co mogłam zrobić to dać jej smoczek, pogłaskać po główce mówiąc „ćśśś…” i poczekać aż obróci się na drugi bok i znowu zaśnie. Na kolejne 10 minut. A ja będę mogła wrócić do pokoju, zwalić się na łóżko jak kłoda zasypiając w locie i doczekać kolejnego wezwania w pozycji denackiej. Znaczy na umarlaka.

Tej nocy kilka razy popłakałam się z bezsilności i zmęczenia. Raz – kiedy Kitka uporczywie wyciągała z ust smoczka i próbowała go wyrzucić za burtę jednocześnie jęcząc donośnie – zdenerwowana wyrwałam jej smoka z ręki co oczywiście spowodowało lawinowe narastanie płaczu aż do poziomu syreny alarmowej. Niestety Mleko jest na etapie wyrzucania przedmiotów, które w zasadzie pragnie posiadać. Pragnie je oczywiście posiadać po to, żeby je wyrzucić – to logiczne. W każdym razie noc była ciężka i dla niej i dla mnie. Obie płakałyśmy, obie jęczałyśmy i żadna nie mogła zrobić nic, żeby poprawić ten stan rzeczy. W pewnym momencie nawet rozpłakałam się w ramionach M. artykułując nieporadnie przez łzy: To dziecko zostało zesłane z piekieł na moją zgubę…

Nad ranem nawet mój przeciążony i przemęczony mózg wyprodukował sen idealny do psychologicznej interpretacji. Mianowicie śniło mi się, że jakaś wyższa instancja postanowiła zrobić nad Ewą sąd za tę noc. Ja znalazłam się w jakiejś dzielnicy willowej i wściekła zaczęłam obrzucać kamieniami dom prokuratora krzycząc, żeby odwalili się od mojego dziecka, bo za co ma być sądzona? Za to, że zafundowała mamie ciężką noc? - Przecież to tylko małe dziecko! – darłam się - Ona też widać cierpi skoro się budzi! Myślę, że część mojej podświadomości chciała jakoś ukarać Kitkę za te straszne godziny, a druga (lepsza i rozsądniejsza) uznała słusznie, że to nie jej wina i zaciekle jej broniła.

Teraz trochę o arsenic hour. Ostatnio w magazynie Dziecko czytałam felieton o takim tytule. Autor wyjaśniał, że jest to godzina kiedy musisz zrobić dużo w bardzo krótkim czasie i jeszcze wszystko się komplikuje. Ja odniosłam trochę inne wrażenie w trakcie lektury. Moją uwagę przykuł fragment, w którym Pan Kwaśniewski opisuje jak jego córka w niemowlęctwie bardzo płakała i nijak nie mógł jej uspokoić.

„Nosiłem, tuliłem, masowałem brzuszek. Śpiewałem, tańczyłem, pokazywałem co za oknem. Włączyłem pralkę. Stukałem naczyniami. I co? I nic. A jak dawałem jej smoczek to ona go wypluwała. 

- A jakbym ją tak wziął, wyrzucił przez okno? – pomyślałem. – Przyjedzie policja, wpakują mnie do więzienia. I już nic nie będę musiał. Ani uspokajać, ani przewijać, ani wstawać, ani chodzić.

To była naprawdę miła myśl. Aż mnie zaczęło świerzbić w palcach. Tak, bardzo dobrze pamiętam ten pierwszy raz. Bo potem to już rutyna. Jest nawet taka godzina, w której te myśli przychodzą częściej niż w każdej innej. Anglosasi nazywają ją – arsenic hour. „

Najgorsza rzecz jaką zrobiłam wczoraj wymęczona i bezsilna, to właśnie wyrwanie Ewci smoczka z ręki nerwowym ruchem. Najgorsza myśl jaka kiedykolwiek przyszła mi do głowy kiedy Ewa nie przestawała płakać, albo płakała – jak mi się zdawało – bez powodu, to, żeby dać jej klapsa, czego oczywiście nigdy nie zrobiłam.

Czy ja coś przegapiłam? Kiedy to normą stało się fantazjowanie o zabiciu, własnego dziecka? Do tej pory sądziłam, że myśli o zamordowaniu dziecka, zrzuceniu go z dachu, uduszeniu itp. mają tylko matki z tzw. depresją poporodową. Przyznam, że jestem widać wybitnie ciasnogłowa, bo i w takim przypadku nie mogłabym szczerze powiedzieć kobiecie: Nie martw się, takie myśli są normalne w Twoim stanie.

Sorry Batory, dla mnie każda myśl o zrobieniu dziecku poważnej krzywdy tylko dlatego, że już nie dajemy sobie rady z jego płaczem jest chora i stanowi po prostu wypaczenie. Nawet w wypadku depresji. Nie mówię, że jeśli kiedykolwiek przemknęłam komuś przez głowę taka myśl to taka osoba nigdy nie będzie dobrym rodzicem i niczym nie da się tego naprawić. Człowiek popełnia błędy.

Ale ważne, żeby nazywać te błędy po imieniu, a nie udawać, że to norma.

Rzekłam.

Połóg

Było o porodzie – teraz czas na połóg :)

Na dobry początek: nie oczekujcie proszę, że opiszę go jako lekki łatwy i przyjemny. Ale nie przerażajcie się też, że taki nie jest. Połóg to jest normalna część życia, która jaka by nie była po prostu… mija. Na pewno nie ma powodu, żeby przez wzgląd na ten krótki czas bać się ciąży czy nie chcieć dziecka. To są pierwsze tygodnie, dość trudne dla świeżo upieczonych rodziców, a szczególnie dla mamy, w której szaleje hormonalna burza, niepokoje związane z macierzyństwem, a wszystkie rany bitewne wciąż jeszcze bolą. Pamiętajcie proszę, że każda kobieta przechodzi ten czas inaczej. Mnie po porodzie kleszczowym wszystko bolało dużo bardziej niż koleżanki po naturalnym, a na pewno inaczej niż po cesarce. Jest mnóstwo kobiet, które połóg skwitują słowami: „Hę? A tak, zaraz po porodzie… No, byłam trochę drażliwa, a co? Nie, ból przeszedł mi po dwóch dniach, potem trochę tylko ciągnęło.” No u mnie tak nie było :) A jak było? A posłuchajcie…

Obudziłam się stanowczo za szybko. Dolargan musiał już wyparować z mojego organizmu, ale absolutnie nie czułam się wypoczęta. Pewnie obróciłabym się na drugi bok i z donośnym mlaśnięciem powróciła w objęcia Morfeusza gdyby nie ukłucie mokrej świadomości, że zostałam mamą i gdzieś tam jest mój Skarb, który na mnie czeka! Zaraz, zaraz… „mokrej”? W lot pojęłam co się dzieje. Z westchnięciem uchyliłam rąbka kołdry wcześniej upewniając się, że moja współlokatorka zajęta jest całkowicie swoim synkiem. No tak. Podkład porodowy super-chłonny, super-miękki, super-duper-hiper-do-niczego. Musiałam coś z tym zrobić. Położna i salowa pojawiły się jakby czytając w moich myślach. Posprawdzały mnie jak mechanik samochód przywieziony do wyklepania, zadecydowały o niezwłocznej zmianie biało-czerwonej już pościeli i pomogły doprowadzić się do porządku. Pierwszym zaleceniem było, że powinnam koniecznie w określonym czasie po obudzeniu (godzina? Dwie?) oddać mocz. Dziarska Herbata odparła lekko stłumionym przez ból głosem: „Ok, czemu nie teraz?”, „Da pani radę?” – spytała położna, która pomagała odebrać Kitkę patrząc na mnie podejrzliwie. Co proszę? Ja mam nie dać? Tez coś! Prychnęła wewnętrzna supermanka we mnie. Potem okazało się, że jest wewnętrzną super-kretynką co udowadniała konsekwentnie przez najbliższe 6 tygodni. Czasami dalej się odzywa, ale przestało jej się podobać dostawanie po łbie, więc przeważnie siedzi cicho.

Ad rem! Wstałam chwiejnie trzymana w żelaznym uścisku  moich pomocnic i noga za nogą podążałam w kierunku toalety. Prawdę mówiąc miałam znikomy kontakt z dolnymi kończynami, a w dodatku wszystkie moje organy wewnętrzne od krtani w dół usytuowały się chyba w pustym miejscu po rozdętej macicy, więc miałam wrażenie, że kobiety bardziej mnie niosą niż prowadzą. Było mi wstyd, ale starałam się im pomagać jak mogłam. Chyba trochę jednak powłóczyłam nogami, bo wlokłyśmy się w ślimaczym tempie. Kiedy dotarłyśmy do celu obie panie posadziły mnie delikatnie na ubikacji, (szczycie upokorzenia – czy już cię osiągnęłam?), po czym salowa poszła do swoich obowiązków, a położna została ze mną. Pogłębiło to mój wstyd, ale i ucieszyło mnie, bo nie miałam pojęcia jak udałoby mi się samej wstać. Chwilę potem okazało się, że położna doskonale wiedziała co robi, bo nagle świat wykonał dziwne salto wokół mojej głowy, posłał mi teatralny pocałunek i baletowym pas opuścił scenę. Utrata przytomności choć spektakularna nie mogła trwać dłużej niż sekundę, góra dwie, bo rzeczywistość niechętnie powróciła do mnie zdejmując grubą zasłonę z moich oczu i uszu. Poczułam, że zwisam z muszli pod jakimś dziwnym kątem, położna trzyma mnie mocno za rękę i drugie ramię wołając jednocześnie donośnie salową na pomoc. Obie posadziły mnie z powrotem jak należy. Zaczęłam przepraszać za kłopot, ale moja strażniczka zbyła mnie machnięciem ręki i stwierdzeniem, że nie ma za co, bo to całkowicie normalne, a ona jest od tego, żeby mi tu pomóc. Wróciłam do łóżka niecierpliwie czekając aż przywiozą mi tą małą istotkę, której jeszcze nie miałam okazji bliżej poznać. Czułam się tak jakbym siedziała pod choinką i miała odpakować najwspanialszy prezent w życiu. Kiedy do pokoju wjechało plastikowe łóżeczko z Kitką serce niemal eksplodowało mi z emocji. Gdyby nie ból i osłabienie podbiegłabym do niego w podskokach, a tak czekałam tylko niecierpliwie w myślach popędzając położną. Ewunia oczywiście była najpiękniejszym dzieckiem na świecie, nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Byłam przeszczęśliwa, że wreszcie ją dostałam i mogę się nią zająć! Nie mogłam się doczekać kiedy się obudzi!

Oczywiście kiedy się obudziła z niecierpliwością wyglądałam kolejnej chwili kiedy wreszcie zaśnie i modliłam się, żeby przespała chociaż godzinkę. W nocy nie było tak źle, bo moja córeczka od samego początku dawała się mamie wyspać. Za to w dzień przechodziłyśmy obie lekki Sajgon, bo miałam za mało pokarmu. Starałam się jak mogłam, ale nic nie pomagało. Mała była dokarmiana glukozą, na co patrzyłam bardzo niechętnym okiem. Drugą przeszkodą był ból. Mnóstwo bólu. Nie wiem jak to jest po cesarce, ale teraz przy operacji usuwania mięśniaków z macicy byłam podobnie cięta i z ręką na sercu mówię – to jest nic w porównaniu z bólem po porodzie kleszczowym. Ale na pewno to nie jest to samo co poród przez cesarskie cięcie. Patrzyłam z zazdrością jak koleżanka z sali – po porodzie naturalnym – na drugi dzień śmigała i tylko czasem zdarzyło jej się jęknąć. Ja leżałam na łóżku, cieszyłam oczy moim małym Skarbem i jednocześnie miałam nadzieję, że jeszcze pośpi.

Zaskoczeniem było dla mnie jak prosta jest obsługa noworodka. Wszystko przychodziło mi bez żadnego problemu. Jeszcze w ciąży nieraz ze strachem myślałam o ubieraniu takiej kruszyny i starałam się w myślach dokładnie odtworzyć proces przeciągania maleńkich rączek przez ciasne rękawki. W praktyce okazało się to dużo łatwiejsze. Nie miałam problemu z ubieraniem, przebieraniem, przewijaniem, przekładaniem mojego dziecięcia. Nie wydawało mi się, że zrobię jej jakimś nieopatrznym ruchem krzywdę. Wszystko przychodziło samo. W szpitalu jej nie kąpałam, bo zwyczajowo robiły to położne.

5.10 urodziła się Ewunia, a 7.10 wieczorem już wychodziłyśmy do domu. Do szpitala trafiłam dzień wcześniej, tak więc jak nic wychodzi, że spędziłyśmy tam 4 dni. Zdezorientowana liczę raz i kolejny. Potrząsam głową i przeliczam raz jeszcze – tym razem pomagając sobie palcami. Nie chce być inaczej. 4 dni, z czego po urodzeniu Ewci tylko 2. A wrażenie mam jakby to był tydzień. Ostatniego dnia byłam wycieńczona. Wszystko mnie bolało, oddech miałam urywany i modliłam się żeby wreszcie puścili nas do domu, bo już nie mogłam wytrzymać. Leki przeciwbólowe, które dostawałam były tak dobrane, żebym mogła przy nich bezpiecznie karmić piersią, co w praktyce oznaczało, że nic nie dawały. Cały personel był bardzo miły, ale ja po prostu obolała i wymęczona nie dawałam już rady. Rozpaczliwie potrzebowałam kilku godzin odpoczynku, a nie zawiozłam małej na salę noworodków, bo pieprzona supermanka we mnie twierdziła, że to wstyd i hańba, że jeszcze pomyślą, że mam depresję poporodową, albo że nie umiem się dzieckiem zająć. Teraz już wiem, że wszystko to był jeden wielki shit-kit i bujda na resorach. Trzeba było Ewę odwozić na noc do noworodków. Trzeba było poprosić i o godzinkę lub dwie snu w ciągu dnia. To wcale nie znaczyłoby, że jestem złą matką i nikt by tak nie pomyślał. A tak przez własną dumę i strach przed tym co pomyślą inni sama siebie wykończyłam już na starcie.

Kiedy nadszedł ten błogosławiony moment wyjścia do domu nie było na świecie szczęśliwszego ode mnie człowieka. Ubieraniem Ewci zajęła się położna – nie spodobało mi się to zbytnio, bo sama chciałam to zrobić, ale prawdę mówiąc byłam zbyt słaba, żeby zaprotestować. W tym czasie mąż poszedł ze mną do łazienki, żeby pomóc mi się ubrać. I tu już nie wytrzymała. Hamowane dotąd na siłę łzy bólu przerwały wszystkie tamy. Zdążyłam tylko mu powiedzieć: Nie myśl sobie, że to jakaś depresja poporodowa, po prostu już nie mogę wytrzymać z bólu… I popłynęłam. Szlochałam bezgłośnie kiedy naciągał na mnie po kolei wszystkie fragmenty garderoby, bo sama nie byłam w stanie tego zrobić. Tuż przed wyjściem z ubikacji obmyłam twarz zimną wodą. Przywdziałam na twarz koślawy uśmiech – zniekształcony przez ten cholerny ból i poczłapałam za całą delegacją – mama, teściowa, mąż z dzieckiem – do samochodu. Po wyjściu ze szpitala mąż dodał gazu, żeby Kitka nie zmarzła, a ja głupiutkie stworzenie poprułam za nim włączając piąty bieg, żeby dotrzymać kroku mojemu dzidziusiowi – jeszcze się na nią nie napatrzyłam i wątpiłam, żebym kiedykolwiek zdołała nasycić oczy tą doskonałością. Osiągnęłam tyle, że zrównałam się z teściową, która widząc moje wysiłki, miłosiernie zwolniła i wlekła się ze mną w ogonie.

W domu było łatwiej i trudniej jednocześnie. Łatwiej, bo mama na zmianę z mężem wstawali do małej, żeby ją nakarmić i przewinąć w nocy. Łatwiej, bo pomagali mi jak tylko mogli. Nawet mam takie zdjęcie – ja z maleńką Ewunią na rękach, promienna i uśmiechnięta stoję w naszym pokoju, oblewa mnie przedpołudniowe chłodne światło, szczęście wręcz ode mnie bije, Kitka śpi grzecznie w moich ramionach owinięta w kocyk… a z tyłu na kanapie leży rozwalony i pogrążony w głębokim śnie M. Było też trudniej, bo na początku nie miałam pokarmu. Godzina odciągania laktatorem pozwoliła mi uzyskać 15 może 30 ml. Załamana i obolała podjęłam trudną decyzję o karmieniu sztucznym. Pewnie bym tego nie zrobiła, bo wiedziałam, że w końcu przyjdzie nawał mleczny, (faktycznie pojawił się w czwartej dobie, choć i tak szału nie było), ale dłużej już nie mogłam walczyć z bólem i odstawiając Kitkę od piersi pozwoliłam sobie na branie silnych leków przeciwbólowych. Dzięki nim funkcjonowałam w miarę normalnie, tj. siadałam na poduszkach (bez nich nie dałabym rady), chodziłam po domu, siadałam – baaaardzooo ooostrooożnieee – na ubikacji i w ogóle dawałam radę cieszyć się z macierzyństwa zamiast płakać z bólu i łapać oddech jak ryba wyjęta z wody.

Decyzja o karmieniu sztucznym nie była prosta, o nie. Wiele było przy niej łez, czułam się jak gorsza matka, jak zła matka, czułam się jak wyrodna matka, która odbiera swojemu dziecku to co ma dla niego najcenniejszego dla własnej wygody. Czułam, że nie jestem matką w 100%. Moja mama i teściowa nie były zadowolone, uważały, że powinnam zacisnąć zęby i to przeżyć. Pewnie wiele z was też tak uważa. Ale powiem wam jedno – ten kto nie przeżył aż takiego bólu, niech się nie wymądrza. Karmienie piersią jest bezspornie najlepszym sposobem karmienia dziecka, ale po prostu nie zawsze się udaje. Nie da się obiektywnie ocenić cudzego bólu, więc nikt, powtarzam nikt nie ma prawa mówić, że mogłam to wytrzymać. Gdybym mogła to bym wytrzymała. W tamtej chwili moim największym wsparciem był mąż. Uspokajał mnie, przekonywał, że będzie to lepsze i dla mnie i dla Ewci, że wiele dzieci wychowało się na mleku modyfikowanym i wcale nie rozwijają się gorzej od rówieśników, że mieszanki mają wszystko czego dziecku potrzeba, że i tak mam mało pokarmu i Kitka się nie najada, a ja cierpię i w ogóle to dobra decyzja. Zawsze będę mu wdzięczna za to wsparcie.

Początkowo planowałam, że kiedy wydobrzeję na tyle, żeby odstawić silne leki przeciwbólowe zawalczę jeszcze raz o karmienie naturalne. Ale nie zrobiłam tego, bo zauważyłam, że Ewa na mleku modyfikowanym jest spokojna, ma uregulowane pory karmienia i najada się do syta. Pomyślałam o rozdzierającym płaczu głodnego malucha, którego mama nie może nakarmić, o rozregulowanych godzinach snu, o moich poranionych do krwi brodawkach, o tym jak obie byśmy się męczyły… i z niemal czystym sumieniem zostałam przy butli. Mówię „niemal,” bo przyznam, że do dziś miewam wyrzuty sumienia. Ale wiem już, że nie jestem przez to gorszą matką.

Choć wydawało mi się, że połóg nigdy nie minie, że zawsze będę już borykała się z wyrzutami sumienia po odstawieniu Ewy od piersi, z bólem, upokorzeniem, osłabieniem i niemocą – w końcu minął. Dlatego w czasie połogu baby – zacisnąć zęby i czekać. To przejdzie. Pamiętajcie: jeśli tu nie zginiesz – to wszędzie się wywiniesz!

„Bo przyjdzie pan i cię zabierze!” – O straszycielach słów kilka

Herbata usiadła z laptopem na kolanach i zastanawiała się jak zacząć kolejną notkę. Nic jej nie przychodziło do głowy. Skupiła się na temacie jaki wybrała. Właściwie temat sam ją wybrał. Napatoczył się w postaci Kazika i Straszycieli. Napatoczył się dość głośno, burząc spokój przytulnej kabiny w przebieralni aquaparku gdzie to Herbata ubierała się po zażywaniu przyjemności saunowania, które to zafundował jej mąż. Zrezygnowana westchnęła i zadumała się: „Dokąd ten świat zmierza?” 

No właśnie, proszę państwa, dokąd? Dokąd zmierza ten świat, w którym rodzice najwyraźniej na tyle nie mają autorytetu, że muszą straszyć dzieci obcymi, w dodatku Bogu ducha winnymi, osobami? Na pewno nie raz każdy z was spotkał się z niesfornym kilkulatkiem i matką / ojcem, którzy w desperackiej próbie wymuszenia posłuchu posiłkowali się bezmyślnymi zdaniami: „Bo przyjdzie pan policjant i cię zabierze!”, „Bo pani pielęgniarka zrobi ci zastrzyk!” Ale wczoraj pierwszy raz spotkałam się ze straszeniem dziecka… panią sprzątającą.

Skryta we wspomnianej wyżej kabinie przebieralni słyszałam jak rodzice – straszyciele próbowali zdyscyplinować swojego syna. Mały Kazik najwyraźniej za bardzo przywiązał się mydła w płynie wystawionego przy umywalce obok szafek.

- Zostaw, nie wolno brać tyle mydła. – słyszę jego matkę – Kazik, zostaw! Nie wolno tyle! Zobacz, pani zaraz przyjdzie i będzie zła, że tyle bierzesz! – tu najwyraźniej wystąpiło wskazanie steranej pani sprzątającej, która o godzinie 21 zapewne chciała już tylko iść do domu. – Zobacz, pani płacze przez ciebie! – straszycielka próbowała (bezskutecznie) wzbudzić w Kaziu wyrzuty sumienia.

„Ki diabeł?” – pomyślałam wciągając gatki – „Pani płacze?” Nie bardzo chciało mi się wierzyć, żeby strata nadmiernej ilości mydła w płynie doprowadziła panią sprzątającą aż do łez, ale cholera wie, może była bardzo zaangażowana w swoją pracę?

- Zobaczysz, – postraszyła znowu matka marudzące dziecko – pani się zdenerwuje i nakrzyczy na ciebie!

- Ale ona sobie poszła… – bystro zauważył malec.

No tak, paskudny babsztyl nie dość, że nie przejął się tak poważną stratą, to jeszcze na dodatek nie kooperował ze straszycielami i oddalił się do innych obowiązków. Zapewne mniej ważnych.

- No… – zmieszała się na chwilę straszycielka, ale zaraz odzyskała rezon – … i twoje szczęście!

Po tym złowieszczym podsumowaniu zapanowała na chwilę cisza. Zdążyłam się ubrać do końca, zebrać swoje rzeczy i opuścić moją kryjówkę. Jednak kiedy okupowałam wypożyczoną szafkę w celu skompletowania reszty mojej garderoby historia znalazła swój ciąg dalszy. Konkretnie w postaci ojca wyprowadzającego płaczącego Kazika z męskich łazienek. Zaciekawiona przyjrzałam się spod oka co będzie dalej. Najwyraźniej chłopiec czuł silną potrzebę spuszczenia wody, albo może zbyt długiego, lub wielokrotnego spuszczania wody, bo wyprowadzający delikwenta ojciec strofował go, że nie wolno, że w domu sobie pospuszcza. Nieczuły na ojcowskie nagany skazaniec wlókł się smętnie w stronę mamy i pobukując żałośnie próbował jeszcze bronić swojego stanowiska.

- Kazik! – upomniał go ojciec – Bo przyjdzie pani sprzątaczka i cię zabierze! – wywalił ciężką artylerię zamieniając się w straszyciela.

Nie wiem co dalej było z Kazikiem, bo oto z czeluści przebieralni wynurzył się mój ślubny i opuściliśmy ten przybytek saunowej rozkoszy by udać się na kolację. W drodze zastanawiałam się jak to jest z tym straszeniem. Ja wiem, że aby uspokoić dziecko człowiek ima się różnych sposobów, nie zawsze zrozumiałych dla otoczenia, (szczególnie jego bezdzietnej części, lub tej, która ma potomstwo we wcześniejszym stadium rozwoju), ale chyba nigdy nie spotkałam się ze sposobem tak głupim w swoim zamyśle, a przy tym tak wyjątkowo nieskutecznym jak straszeni dzieci obcymi. Nazwijmy to ładnie i mądrze, a co, żeby nie było, że Herbata nie umie – odwoływanie się do  zewnętrznych autorytetów. To co, rodzice mają tak mały autorytet u własnego dziecka, że muszą szukać takowych gdzieś indziej? Z tego co widziałam – a widziałam wielokrotnie – ta metoda wcale nie działa. Najlepszy, a w każdym razie najbliższy upragnionemu, efekt jaki udało się w mojej obecności straszycielom osiągnąć, to doprowadzenie do jeszcze większego płaczu przerażonego dziecka.

Ale, że metoda jest nieefektywna to jeszcze pół biedy. Mówiąc wprost i cynicznie to nie mój problem i na pewno nie problem malucha, tylko rodziców. Zastanawiam się tylko czy rodzice wiedzą, że krzywdzą w ten sposób swoje dziecko. Jeżeli po raz dwieście dziewiąty słyszy ono, że pan policjant je zabierze jak będzie niegrzeczne, to na bank nauczymy je, że policjanci to źli ludzie, którzy porywają dzieci i robią im krzywdę. To w ogóle od razu kupmy mu koszulkę z napisem „CHWDP”… A tak bardziej poważnie: a jeśli dziecko się zgubi? Myślicie, że raczej podejdzie do policjanta, lub innego mundurowego (np. ochroniarza w supermarkecie) czy do obcego, który może zrobić z nim wszystko i nikt nie będzie wiedział? Albo przykład z pielęgniarką: „bo pani zrobi ci zastrzyk.” A potem naprawdę nie wiadomo dlaczego te wszystkie dzieciaki tak się drą u lekarza, a przy zastrzykach z ich trzewi wydobywa się dźwięk tak straszny, że mógłby burzyć mury Jerycha. No skoro od małego są uczone, że zastrzyk to kara, a one przecież były grzeczne, to nic dziwnego, że protestują. Nie wspomnę już nawet o tym jaką frustrację muszą takie zdania wywoływać u osób, które służą rodzicom za przedmiot straszenia. Bo zazwyczaj straszyciele uważają, że takie osoby mają obowiązek uczestniczyć w tych uroczych inscenizacjach, więc śmiało pokazują je paluchem i wcale się nie kryją, że robią z policjanta / pielęgniarki / sprzątaczki potwora.

Podsumowując, straszyciele chyba nie myślą o długofalowych skutkach swoich metod pseudo-wychowawczych, (bo z wychowywaniem to nie ma nic wspólnego.) W dodatku, co jest dla mnie kompletnym kosmosem – nie przejmują się kompletnie, że te groźby nie działają. Z uporem godnym lepszej sprawy walą głową w mur entuzjastycznie wciskając dziecku te szkodliwe kity i w najlepszym razie osiągając jego zastraszenie, ale nigdy uspokojenie.