Archiwa kategorii: Dziecko i ciąża

Szybkie i krótkie przemyślenia na temat ciąży i bycia rodzicem.

Łabędź

Każdy wie, że po porodzie ciało się zmienia. Nawet jeśli kobieta przytyje 9 kg i nic dodatkowego jej po ciąży nie zostanie, nawet jeśli nie karmi piersią, nawet jeśli nie ma ani jednego rozstępu – ciało się zmienia.

Ja przytyłam kilogramów 17, a zostały mi na wieczną pamiątkę 4. Pogodziłam się już z tym, że nie robią one aż tak wielkiej różnicy i, że zostaną ze mną prawdopodobnie już na zawsze. Rozstęp na brzuchu pojawił się jeden jedyny, za to kilka więcej jest na cyckach. Miednica chyba mi się trochę rozeszła, bo jestem szersza w biodrach choć warstwa tkanki tłuszczowej została taka jaka była. Jakie jeszcze zmiany? Częściej boli mnie kręgosłup ;) i mam słabsze paznokcie. Ot co. Oczywiście skóra, która była rozciągnięta nie jest już super-jędrna, ale też nic mi nie wisi do kolan więc jest ok.

Przez całą ciążę – dopingowana przez nadmiar hormonów – martwiłam się tym, że moje ciało się zmieni. Bałam się jak zareaguje na to M. i ja sama. Zewsząd nacierały na mnie reklamy ujędrniających, liftingujących, odmładzających i absolutnie niezbędnych do utrzymania przyzwoitej samooceny mazideł wszelkiego rodzaju. Z kolei wszystkie matki jakich mi dane było posłuchać, czy też przeczytać ich opinie w internecie, narzekały na siebie i tonęły w kompleksach. Przepraszam, kłamię, nie wszystkie. Jest taka grupa, która natychmiast wróciła do wagi sprzed ciąży, albo wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej, codziennie ćwiczy, zdrowo się odżywia, ujędrnia, a ich organizm jest nastawiony na maksimum spalania kalorii. Takie kobiety nie straciły ani trochę jędrności, a wręcz jej przybyło no i ogólnie wyglądają jak nastoletnie sportsmenki. Patrzą z góry na wszystkie „gorsze” mamuśki, którym się po prostu nie chciało za siebie wziąć i przekonują, że dodatkowe kilogramy to wcale nie standard tylko wynik lenistwa. Ok, częściowo się zgadzam. Bo wiem, że nie byłoby dla mnie problemem zgubić te 4 kilo gdyby mi się chciało. Ale mi się nie chce. Ha! Jestem takim mutantem, który nie cierpi ćwiczeń a na wzmiankę o diecie reaguje odruchem obronnym w postaci obżarcia się „na zapas”.

Nikt nie mówi, że kobieta po ciąży musi wyglądać jak potwór. Że musi być gruba, nieumalowana, zaniedbana. Ale też nie róbmy parcia w drugą stronę – jeśli przybyło Ci trochę ciała, ubyło trochę kolagenu, nie zawsze masz czas, siły czy po prostu chęci, żeby sprzątając dom wyglądać jak Kasia Cichopek to spoko. Nic w tym złego. Chcesz się wziąć za siebie i wyglądać lepiej niż przed ciążą? Ok. Nie chcesz, pasuje Ci to co jest teraz? Ok. Przecież nie jest tak, że ludzie na Twój widok uciekają ślizgając się po własnych wymiocinach, zakrywają dzieciom oczy wzywają wojsko na pomoc.

Po ciąży zauważyłam u siebie jeszcze jedną wielką zmianę. Obiektywnie rzecz ujmując moje ciało wygląda inaczej, tak? (Jak pisałam – mniej kolagenu, więcej kilogramów.) Ale, co ciekawe, podobam się sobie bardziej. Bez żenady wchodzę do sauny bez ręcznika. Nie gaszę światła w sypialni, nie wciągam brzucha. Nie chowam się w workowatych ubraniach. Przestałam nawet nosić stanik, bo podoba mi się kształt moich piersi. To jest najdziwniejsze, bo zawsze miałam gargantuicznych rozmiarów kompleksy na ich punkcie. Odwrotnie proporcjonalne do ich rzeczywistej wielkości ;) Wygląda na to, że M. podobam się tak jak wcześniej, a może nawet trochę bardziej, bo przestałam na siebie narzekać.

Zastanawiam się skąd się u mnie wziął ten nagły wzrost samooceny? Może nabrałam szacunku dla swojego ciała uświadomiwszy sobie jak dużo ostatnio przeszło? Może mam ważniejsze rzeczy na głowie niż użalanie się nad każdym kilogramem? A może po prostu wraz z przyjęciem odpowiedzialnej roli matki dorosłam i patrząc tymi mądrzejszymi oczami widzę siebie taką jaka jestem naprawdę – piękną dojrzałą kobietę? Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia.

Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

Szkoła macierzyństwa (vel. przetrwania)

Czego nauczyło mnie macierzyństwo:

1. Żyć chwilą. Dziecko nie zrobiło sobie ostatniej z trzech codziennych drzemek. Przez co jest zmęczone wcześniej niż zwykle. Nie da się go „przetrzymać” do właściwej godziny, bo będzie się, (a przy okazji nas), strasznie męczyć, a potem będzie miało problemy z zaśnięciem. Ale to oznacza, że obudzi się koło 4, w porywach 5 nad ranem całkowicie wyspane. Żeby nie poprzestawiać mu pór dnia trzeba będzie wstawać co 10 minut i próbować uśpić malucha, albo nie odstępować łóżeczka i… również próbować go uśpić. I co teraz? Żyć chwilą. Zamiast martwić się, że noc będzie koszmarna skorzystać z wolnego wieczoru, zaszaleć z mężem w łóżku, nadrobić zaległości w czytaniu, blogowaniu i przeglądaniu stron. Po prostu cieszyć się, że mamy dla siebie dłuższy wieczór. Co będzie to będzie. Kiedy kołyszę córeczkę mającą problemy z zasypianiem, a ona przytula się i kładzie mi głowę na ramieniu, to nie jest ważne czy niedługo zaśnie czy będziemy się tak męczyć jeszcze z dwie godziny. Ważny jest ten moment czułości, który trwa.

2. Sięgać do nieznanych sobie pokładów cierpliwości. Oczywiście i one kiedyś się kończą, a poza tym nie zawsze trafimy na tę szlachetną rudę, ale generalnie stajemy się mistrzami ich wynajdywania i wyciągania na światło dzienne. Co najlepsze, (najgorsze?), te pokłady nigdy nie będą wystarczające. Dziecko zawsze ale to zawsze zrobi coś takiego co je wyczerpie. Na szczęście jest to surowiec odnawialny. I to błyskawicznie.

3. Radzić sobie z wieloma rzeczami na raz. O ile przed zajściem w ciążę myślałam, że jestem wielozadaniowa, o tyle po urodzeniu okazało się, że całkowicie się myliłam. Teraz jestem wielozadaniowa. Jedzenie obiadu, czytanie (bez tego się nie da zjeść) i zabawianie dziecka na raz? Nie ma sprawy. Sprzątanie pokoju, zawracanie małego odkrywcy na bezpieczne tereny i rozmowa z mężem przez telefon? Spoko. Wysadzanie dziecka na nocnik, robienie mleka i poranne ogarnięcie pokoju? Z zamkniętymi oczami.

4. Doceniać drobnych przyjemności. Ząbkowanie. Ciągłe marudzenie. Ciężkie noce. Ciężkie dni. Kto ma za sobą takie atrakcje ten wie jak to jest kiedy maluch cały dzień marudzi. Co w praktyce oznacza, że jęczy, niczym nie może się zainteresować, nic go nie uspokaja i ma duuuuuże problemy z zasypianiem nawet jeżeli jest zmęczony. 6 godzin i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Kolejne 6 i okazuje się, że tamten skraj nie był ostatnim skrajem. Po takim dniu mam ochotę wyjść z mężem, zabalować, zabawić się porządnie, zrelaksować. Ale jest dziura budżetowa. I co? I Człowiek docenia drobne przyjemności. Takie jak zrobiony przez wyżej wymienionego deser lodowo-owocowy. Wspólny wyjazd po zakupy (choćby to były trzy rzeczy na krzyż w pobliskim supermarkecie). Spokojnie wypita kawa, albo zjedzona kolacja. Masaż pleców. Wspólne żarty przed snem. To wszystko są małe przyjemności, które urastają do rangi najwspanialszych momentów pod słońcem.

5. Nie przejmować się drobiazgami. Po pierwsze: nie ma na to czasu. Po drugie: nie ma na to siły. Po trzecie: wszystko mierzy się w skali „mogło być gorzej”, inaczej człowiek by zwariował. Po czwarte i najważniejsze: dziecko jest zdrowe. Dopóki tak zostanie wszystko inne jest drobiazgiem.

6. Że higiena to pojęcie względne. Na początku Kitka miała zakaz opuszczania obszaru maty edukacyjnej. Nie było to trudne do wyegzekwowania, bo kiedy przestała tylko leżeć zaczęła się turlać, a to dawało sporo czasu na reakcję. Potem nie było już łatwo utrzymać ją na samej macie, więc uznaliśmy, że dywan jest ok, ale trzeba pilnować, żeby nie brała rączek do buzi. Kiedy mała pierwszy raz pod naszą nieuwagę dokitkowała się do poduszki, na której leżał pies, a nas zaalarmowały odgłosy intensywnego ssania odkryliśmy, że higiena to rzecz względna. Szczególnie dla dzieci. I że nic im nie jest od odrobiny kurzu. Dziś nie ma problemu, żeby dzidzior podniósł sobie z dywanu biszkopcik, który przed chwilą spadł i zjadł go z nie mniejszym smakiem niż taki z dopiero co otwartej paczki.

7. Że sen nie jest aż taki ważny. Jeszcze na początku mojej przygody z macierzyństwem, kiedy Kikul miał miesiąc, dwa, myślałam, że muszę się wyspać. Że w końcu mi się uda. Że się przystosuję. Przystosowałam się. I wiem już, że nie muszę się wyspać. Oczywiście nie dramatyzujmy, nie jest tak, że odkąd mam dziecko nigdy się nie wyspałam. Ale to raczej wyjątek niż reguła ;)

Dla brzuszka maluszka – domowy kisiel

Ostatnio odkryłam przepis na domowy kisiel dla niemowlaka. Podeszłam do sprawy bardzo entuzjastycznie, bo zawsze to nowość dla kikulowego podniebienia oraz inny sposób na podanie owoców. Trochę deserkowej odmiany się przyda, a taki domowy kisielek będzie bardziej owocowy niż kupny no i rzecz jasna pozbawiony chemii i konserwantów. Przepis jest wyjątkowo prosty i szybki.

Czego Ci trzeba: ok. 100 g dowolnych owoców, szklanka wody, 15 – 20 g mąki ziemniaczanej (ilość zależy od tego czy chcemy, żeby kisiel był rzadszy czy gęstszy).

Jak tego użyć: zagotować szklankę wody; na wrzątek wrzucić umyte pokrojone owoce i pogotować jakąś minutę, może mniej, dopóki nie zrobią się bardzo miękkie; wyjąć owoce i przetrzeć przez sito; uzyskaną papkę dodać do wody i znów moment pogotować; jeśli ktoś sobie życzy można dosłodzić, jeśli nie to nie; od 6-ego miesiąca życia dziecka można dodać pół surowego żółtka i dokładnie zagotować, albo trochę mleka dla zwiększenia wartości odżywczej – ja tego akurat nie robiłam, bo kisiel z żółtkiem i mlekiem jakoś mi się nie widzi, ale może spróbuję kiedyś :) ; mąkę ziemniaczaną rozrobić niewielką ilością wody i dolać do rondelka ciągle mieszając aż do uzyskania konsystencji kisielu; pogotować jeszcze z 15 sekund i przelać do miseczki celem wystudzenia i konsumpcji :)

Można oczywiście dodać pokrojone kawałki świeżych owoców. Kitka wcinała aż jej się uszy trzęsły i bardzo sobie chwaliła taki deser :) Ja też, bo było szybko, smacznie i wiem co podaję dziecku.

http://3.bp.blogspot.com/-6MRidkJIaMU/UQp-oq6X1ZI/AAAAAAAADdk/4K7L2DrWyDs/s1600/DSC00010.JPG

zdjęcie

Nocnik – mode on

Odpieluchowanie w toku. Za czasów naszych mam robiło się albo w tym wieku, albo już wcześniej, (mnie zaczęto wysadzać jak stabilnie siedziałam i przed rokiem byłam odpieluchowana, a i mąż wraz z bratem osiągnąwszy roczek spali już bez pieluch w piżamkach). Ja poszłam tym przetartym szlakiem, bo wydatki na pieluchy nie są wcale małe, a skoro całym pokoleniom wcześniej się udawało to czemu nie nam?

Zaczęliśmy od d***y strony, czyli od tego co na rzeczoną d***ę zakładamy. Skoro zakładamy pampersy to tyłek zostaje długo suchy. Skoro zostaje długo suchy to dziecku nie jest niewygodnie i nie ma motywacji zainteresować się nocnikiem. Nie kojarzy czynności wypróżniania z dyskomfortem w majtach. Z chóralnym westchnieniem podjęliśmy więc decyzję - tetra. 

20 pieluch tetrowych, jeden podkład ceratowy pod prześcieradło Canpol pocięty na kawałki, 5 par majtek i wszystkie otulacze z pieluch wielorazowych jakie mamy - to nasz arsenał. No i rzeczony nocnik.

Pieluchy codziennie, albo co drugi dzień piorę, składam w odpowiedni kształt, w pierwsze trzy pakuję ceratkę, która ma trzymać wilgoć z dala od majtek i szykuję otulacze, które tetrę trzymają na miejscu. W upalne dni zamiast pieluch Ewiwi ma same majteczki.

Przez pierwsze dwa dni Ewa święciła triumfy, a ja razem z nią, bo przed każdą kupą stękała sugestywnie i patrzyła mi prosząco w oczy. Ale nadszedł ten moment kiedy to matka musiała być mądrzejsza. Usłyszałam stękanie, ale stwierdziłam, że to na bank nie może być kolejna kupa, bo poprzednia miała miejsce zaledwie godzinę temu. Z błędu wyprowadziły mnie dopiero odpowiednie dźwięki dochodzące z pieluchy. Po tym Kitka chyba się obraziła, że jej nie słucham, albo stwierdziła, że jednak nawet tak oczywiste sygnały są zbyt trudne dla tej opóźnionej matki, bo przestała dawać znać. Także jak na razie staram się często ją wysadzać, co zazwyczaj przynosi dobry efekt, ale przecież nie chodzi o to, żeby pół dnia spędzała na nocniku. To tylko stan przejściowy. Docelowo ma przecież sygnalizować swoje potrzeby. Cieszy mnie, że początkowe (stracone) sukcesy świadczą o tym, że chyba czuje, że nadchodzi dwójka. Gorzej z siusianiem. Z moich obserwacji wynika, że nie czuje jeszcze, że jej się chce i co gorsza chyba niespecjalnie czuje, że robi i że ma mokro, szczególnie kiedy jest zajęta zabawą. Ale to dopiero początki, poza tym dziecko ma 8 m-cy więc nie wymagam cudów ;)

A obserwacja swoją drogą jest intensywna. Staram się wychwycić subtelne oznaki rąbania w pieluchę, a także nie przegapić ewentualnych sygnałów, które ona może wysyłać – czy to przed czy po fakcie.

I od razu chciałabym napisać słowo do każdej matki, czy nie-matki, która może się oburzyć, że ja tu popędzam rozwój dziecka z powodu matczynej chorej ambicji, że to za wcześnie, że dziecko jeszcze w ogóle nie czuje żadnych potrzeb fizjologicznych, a już na pewno nie kojarzy ich z dyskomfortem. Drogie Panie. Każde dziecko rozwija się inaczej. Zaczęłam naukę nocnikowania nie dlatego, że to wstyd, żeby dwulatek robił w pieluchę, nie dlatego, żeby się chwalić jak to moje dziecko ładnie i szybko (zwłaszcza, że nie wiem czy się uda w ogóle) i nie dlatego, że uważam, że wszystkie dzieci należy wysadzać jak najwcześniej. Zrobiłam to, bo znam moje dziecko, widzę jego rozwój na co dzień i uznałam, że już jest gotowe. Nie ma nic złego w tym, że niektóre dzieci są gotowe później. Ale tak jak nie uogólniam, że wszystkie muszą być wysadzane w wieku mojego, tak proszę o nie uogólnianie, że dzieci w tym wieku w ogóle nie mają szans na sukces w tej dziedzinie. Mają. Czego dowodem jest multum ludzi z mojego pokolenia i zapewne z pokolenia wcześniejszego. A czy moje się do nich zalicza? Czas pokaże :)

Dziecięca wyprawka – nasze kity

Było o hitach to teraz pora na obiecany post o kitach, czyli rzeczach, które były nieprzydatne, albo po prostu po zakupie okazały się być bublami.

1. Małe okrycia kąpielowe. Będąc w ciąży kupiłam do naszej dziecięcej wyprawki jedno małe okrycie kąpielowe i jedno duże. O ile duże służy nam do dziś i moje jedyne zastrzeżenie to rozdarcie przy kapturku, o tyle mały ręcznik bardzo szybko okazał się być do wyrzucenia. Niestety Kitka błyskawicznie z niego wyrosła. Ponadto nie był specjalnie niezastąpiony na samym początku, bo duży był równie dobry. W ogóle mamom zastanawiającym się nad kupnem osobnego ręcznika dla dziecka raczej bym to odradzała. W zupełności wystarczy normalny ręcznik kąpielowy. Trzeba tylko zwrócić uwagę na to, żeby nie był szorstki i oczywiście prać go w detergentach dla dzieci jeśli takich używacie.

Fot. z exclusivebaby.pl

Fot. z exclusivebaby.pl

2. Proszki dla dzieci. Ciuszki Ewy zostały pierwszy raz wyprane oczywiście jeszcze przed jej urodzeniem. Od tego pierwszego razu aż po dziś dzień używam do tego celu normalnego proszku do prania, a nie tego dedykowanego dla niemowląt i nic jej nie jest. Do płukania używamy wciąż płynu Jelp, ale zrobimy próbę przejścia na zwykły kiedy skończy nam się ta butelka. Myślę, że jeżeli dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą to kupowanie specjalnego proszku do prania jest zwyczajnie niepotrzebne.

Fot. z alejka.pl

Fot. z alejka.pl

3. Puder i krem dotyłeczny. I tu jak wyżej – rozumiem, że są dzieci, które muszą mieć pomazianą pupę, bo inaczej kwitnie niczym róża. Kikul akurat do tych dzieci nie należy na szczęście. Od samego początku nie miała żadnych zadnich problemów. Początkowo używałyśmy kremu dotyłecznego Nivea. W pewnym momencie zaczęłam czasami pomijać jego użycie, (kilka razy zapomniałam, kilka razy się bardzo spieszyłam i tak wyszło). W końcu krem był używany sporadycznie. I skoro nic się nie działo to czym prędzej go odstawiłam, bo po co smarować dziecięcą pupkę czymś co jest niepotrzebne? Kremik ostatecznie pożegnałyśmy chyba w trzecim miesiącu jej życia i definitywnie. Aha! A puder! Pudru użyłam raz – z Linomaga. Pośladki obsypały się piękną uczuleniową wysypką, więc też trafił na śmietnik.

Fot. z babynet.pl

Fot. z babynet.pl

4. Siedzisko do wanienki. Kurczę, tu mam mieszane uczucia czy siedzisko zasłużyło sobie na miejsce w kitach czy nie. Prawda jest taka, że dla noworodka to się kompletnie nie nadaje. Potem tzw. „rynienka” służyła nam mniej więcej przez dwa miesiące kiedy Ewcia była już większa i lubiła się bawić w kąpieli, czyli tak ok. 5 – 6 miesiąca. Nie musiałam się martwić, że kiedy nagle gibnie się do tyłu to natychmiast znajdzie się pod wodą. Ale teraz kiedy dziecko siedzi stabilnie znowu okazała się nieprzydatna, bo była dla ruchliwej Kitki niewygodna. W związku z czym została z wanienki wyeksmitowana. Początkowo Ewa miała syndrom odstawienia, który objawiał się tym, że przy myciu głowy był straszny płacz, protest, lament, kurczowe chwytanie się brzegów wanienki, albo dla odmiany podpieranie się rączką o dno za plecami. Normalna rzecz. Wszak ostatnie dwa miesiące miała w tym momencie pod plecami twardą, solidną podporę, a tu nagle kładą dziecko podpierając jeno wątłą matki ręką. To i nie dziwota, że rzeczone dziecko próbuje ratować swoje młode życie i głośno wzywa pomocy od kogokolwiek, kto nie jest aż tak obłąkany. Na szczęście te lęki już minęły i córa zaczęła ufać moim powtarzanym spokojnym i stanowczym głosem zapewnieniom, że „nic się nie stanie, kochanie, nic się nie może złego stać, bo mama cię trzyma i nie puści, obiecuję”. Także podsumowując: rzecz była przydatna, ale bardzo krótko. Kosztowała mnie w sumie kilkanaście złotych więc, źle na tym nie wyszłam. Niech każdy sam sobie oceni, czy kit czy hit.

http://img26.olx.pl/images_tablicapl/142128105_3_644x461_wkladka-siedzisko-do-wanienki-meble-dla-dzieci.jpg

Fot. z tablica.pl - oferta tu

5. Pieluchy wielorazowe. O nich pisałam osobny post tu. Dla nas kompletny niewypał. Nie będę się powtarzała i opisywała ich wad, każdy zainteresowany może zajrzeć do tamtego posta. Pampersy jednak rządzą. A niedługo zacznie rządzić tetra, bo będziemy się przestawiać ostro na nocnik. Zobaczymy jak wyjdzie :)

http://nocniki.com.pl/photos/hit-pieluszki-pieluchy-wielorazowe-gzooby-2-wk-3348982012.jpg

Fot. z nocniki.com.pl

6. „Pierwszy rok życia dziecka”. O ile jej poprzedniczka, czyli ogólnie znane z każdego amerykańskiego filmu i serialu „What to expect when you’re expecting”, czyli polskie „W oczekiwaniu na dziecko” była kiepska, o tyle ta to po prostu żenada. W obu przypadkach wszelkie zawarte w nich informacje można znaleźć w internecie łatwiej i szybciej, a w dodatku są obszerniejsze, nowsze i lepiej podane. Sorry, taki mamy klimat. W przypadku „Pierwszego roku…” dochodzi jeszcze ta wada, że duża część informacji w niej zawartych jest po prostu… niepotrzebna. Infantylna. Nie podoba mi się i odradzam jej zakup.

http://merlin.pl/W-oczekiwaniu-na-dziecko-Poradnik-dla-przyszlych-matek-i-ojcow_Heidi-Murkoff-Sharon-Mazel,images_big,23,978-83-7510-508-7.jpghttp://ecsmedia.pl/c/pierwszy-rok-zycia-dziecka-b-iext6791167.jpg

Fot. z merlin.pl i emipik.com

7. Rożek. Piękny, uroczy, śliczniutki, a bobas wygląda w nim słodko nie do wytrzymania. Prawda. Będąc w ciąży kupiłam dwa. Jeden usztywniany i absolutnie cudowny, a drugi mięciutki i też przepiękny. Z tego miękkiego Ewa korzystała może z pięć razy będąc zupełnym noworodkiem, a z usztywnianego może ze dwa, tylko dlatego, że uparłam się, że skoro kupiony to musi być użyty. A potem oklapłam i przyznałam się do porażki. Nie jest to po prostu przydatne. Dziecko najpierw jest za małe, potem nie chce w tym być, potem jest za duże i nie chce w tym być. Miękki rożek został złożony na pół i leży w wózku w celu „zmiękczenia podłoża docelowego”. I tyle jego zastosowania. Naprawdę, lepiej już zawinąć dziecko w kocyk jeśli lubi być czymś owinięte. Są jeszcze jakieś specjalne otulaczki, ale nie wiem, nie testowałam, więc się nie wypowiadam.

http://www.bewis.pl/images/images/rozek%20polar/IMG_2342.jpg

Fot. z bewis.pl

8. Rondo kąpielowe. Kiedy Kikul przechodził lęk separacyjny z siedziskiem kąpielowym i nie dawał się położyć do mycia głowy, musiałam na szybko opracować nowy sposób. Polewanie jej główki wodą na siedząco z jednoczesnym osłanianiem oczu okazało się beznadziejnym planem. Pomyślałam więc o rondzie kąpielowym. Cholerstwo okazało się równie bezużyteczne. Założyłam je Ewie i – raz kozie wio! – polałam jej główkę wodą. Wszystko pięknie spłynęło po oczach powodując strach, mruganie i prychanie. Wściekła ściągnęłam dziecku z głowy to ustrojstwo, pogryzłam dotkliwie, a następnego dnia rzuciłam nim w sprzedawcę. No dobra, ograniczyłam się do ściągnięcia tego g…(uzik wartego) i odłożenia go w miejsce gdzie nie będzie mnie kłuło w oczy i przypominało o niepotrzebnie wydanych pieniądzach.

http://www.mamaija.pl/product_images/3447_48665.jpg

Fot. z mamaija.pl

Wyprawka dziecięca – nasze hity

Ostatnio u Zuzi z Milly Me! natknęłam się na post o hitach i kitach i postanowiłam bezczelnie zgapić pomysł, ale niech się nazywa, że się zainspirowałam. Zuzi, sorry, ale za to robię Ci reklamę, więc… kwita? ;)

Nasze hity, czyli co było (i jest) najbardziej przydatne przy dziecku:

1. Mata. Jesteśmy posiadaczami maty Tiny Love Gigant i jesteśmy bardzo zadowoleni. Kitka kitkuje na całej powierzchni, może tam rozwalać sobie zabawki, ślinić ją do woli, szeleścić i piszczeć… Wszystko może. Prawda jest taka, że nie raz i nie dwa skitkuje się na dywan i tam się bawi, ale jak rozkładam jej matę to przynajmniej sumienie mam czyste, że dziecko kładę na przystosowanej do tego celu powierzchni ;) Poza tym mata jest kolorowa, szeleszcząca i Kiki się nią interesuje. Niby można rozłożyć koc i wychodzi na to samo, ale do koca więcej farfocli się czepia.

Fot. ze strony sklepu SmykFot. ze strony sklepu Smyk

2. Śliniak. Śliniaków mamy trzy rodzaje.

Pierwszy to zwykłe śliniaki wiązane na szyi. Były przydatne kiedy Kikul miał 4 miesiące i dopiero zaczynaliśmy wprowadzanie pokarmów stałych. Miała po prostu tak małą szyjkę, że przy śliniakach zapinanych cokolwiek wydostawało się z buzi trafiało w gigantyczną dziurę między brodą, a śliniakiem. Materiałówki dość łatwo utrzymać w czystości wbrew obiegowej opinii. Ja miałam 5 sztuk i po każdym posiłku śliniak lądował pod strumieniem wody i całe jedzonko pięknie i bezproblemowo się spłukiwało.

Drugi rodzaj to śliniaki ceratowe, czy też plastikowe, które nazywają się śliniakami „z kieszonką.” Z tym, że te kieszonki to pic na wodę fotomontaż, bo one ściśle przylegają do całej powierzchni. Za to ta powierzchnia jest na tyle kozacka, że zakrywa dziecko aż po stópki. Przydatne. Tak jest przy każdym śliniaku „miękkim”, czyli nie usztywnianym. mamy ich dwa.

Trzeci rodzaj to śliniaki gumowe. Sztywne. My mamy „Super Miękki” z Baby Ono. Jest sztywny, więc i kieszonka jest prawdziwa i łapie wszystko co wypada z buzi czy z rączki Ewasi. Mamy jeden i jest najczęściej używany i najłatwiej zmywalny. Nie odparza, nie grzeje, dziecko się pod nim nie poci, nie płonie i nie ocieka toksycznymi substancjami ;) Jest super!

fot. Apteka GeminiFot. aptekagemini.pl

3. Bujaczek. Świetna rzecz. Wsadzamy dziecko i pyk! Możemy zrobić w domu porządek, ugotować obiad, chwilę odpocząć, albo po prostu nakarmić malucha i tym sposobem oszczędzamy pieniądze i miejsce, bo nie musimy kupować krzesełka do karmienia. Dodatkowo przy okazji świąt, czy wizyty gości malec może siedzieć z nami w pokoju bez angażowania cały czas rąk rodzica. Nasz model – Bright Starts Comfort and Harmony – ma kilka melodyjek na dwóch poziomach głośności, wibracje i pałąk z zabawkami. Melodyjki szybko się dziecku znudziły, wibracje w ogóle jej nie zainteresowały, choć słyszałam, że pomagają w czasie kolki, a pałąk najpierw jej nie interesował, a potem zabawki latały jej po buzi, więc szybko został odłączony i wywalony. Plusem jest to, że odłączyć go bardzo łatwo, nie trzeba się było trudzić, a sam bujak jest bardzo wygodny dla Ewy, (zdarzało jej się w nim zasnąć i spać), dla mnie (z powodów, które opisałam wyżej) i spełnia swoją funkcję bez zarzutu. Kiedy dziecko staje się bardzo ruchliwe i wygina się na wszystkie strony trzeba bardzo uważać i nie wolno zostawiać w nim malucha bez opieki!

fot. ze smyk.com

Fot. ze sklepu Smyk

4. Kołysanki. Przepiękne, uspokajające, słowem idealne. Kołysanki śpiewane przez Umer i Turnaua. Wspaniała płytka, dzięki której Ewciak zasypia bez problemu. W dzień ma zapętlone, natomiast przy nocnym zasypianiu puszczam płytę tylko raz. Pomagają jej się wyciszyć i zasnąć.

fot. ze strony merlin.pl

Fot. ze sklepu merlin.pl

5. Tetra. Pieluchy tetrowe w zasadzie odeszły do lamusa. Mało kto chyba już w dzisiejszych czasach ich używa mając do wyboru pampersy i pieluchy eko, czyli wielorazówki. Ale sklepy są wciąż pełne tego towaru. Jak to się stało? Kiedy kompletowałam wyprawkę dla Kruśki mama do listy zakupów dorzuciła 10 pieluch tetrowych. Początkowo odniosłam się do tego pomysłu bardzo sceptycznie, ale kupiłam je i okazało się, że bez nich byłoby strasznie ciężko. Służą przede wszystkim jako śliniak przy karmieniu mlekiem, a także jako szmatka do wycierania buzi dziecka. To ostatnie zastosowanie trochę straciło na znaczeniu kiedy Kiki zaczęła jeść stałe posiłki, bo kaszki bardzo kleiły pieluszki, a obiadki plamiły, więc przy obiedzie i drugim śniadaniu wycieram jej buzię papierowymi ręcznikami. Są na tyle miękkie, że nie robią jej krzywdy, a ja nie mam problemu z ciągłym praniem. W upały można malucha zakryć pieluszką zamiast kocykiem, żeby nie spiekł sobie nóżek, albo po prostu dla komfortu – niektóre dzieci lubią czuć, że są czymś przykryte.

fot. otostrona.pl

Fot. z otostrona.pl

6. Przypinka do smoczka. Designerska, czy nie, kolorowa czy nie, szeroka, wąska, długa, krótka – przydaje się. I to bardzo. Pierwsze wyjście do lekarza sprawiło, że leciałam kupować przypinkę – czy też klips jak kto woli – i to w trybie now! Smoczki mają to do siebie, że wypadają. Ewentualnie w późniejszym wieku nasz potomek odkrywa jak fajnie działa grawitacja i smoczki zostają bezlitośnie wyrzucane za burtę. Wtedy klips zostaje bohaterem dnia uniemożliwiając smoczkowi pozbieranie wszystkich okolicznych bakterii. Niestety trzeba dalej pilnować w jakimże to środowisku majta się oswobodzony z małych usteczek smok, ale przynajmniej nie zgubimy go gdzieś na amen ;)

Fot. ze sklepu Smyk

Fot. ze sklepu Smyk

7. Cebuszka. Fantastyczna poducha, której przydatność zaczęła się w ciąży i nie wiem kiedy się skończy. W ciąży była świetna na bóle kręgosłupa. Poza tym mi na przykład ciężko było się ułożyć z tym gigantycznym brzuchem, bo lubię spać na boku, więc opierałam na niej ten balon. Po porodzie pomagała w karmieniu piersią. Kiedy przeszłyśmy z Kitką na butelkę składałam Cebuszkę na pół i opierałam na niej ramię z głową dziecka, żeby nie ciążyło. Kiedy Ewcia zaczęła czuć się dobrze w pozycji pół-siedzącej i siedzącej – podpierałam ją Cebuszką, a jak była całkiem malutka to i położyć ją w niej mogłam i robić „brrr” w brzuszek :) Aktualnie poducha służy nam jako zapora do wszelkich miejsc, do których dziecię mogłoby się dokitkować i coś tam wykitkować. Przykładowo – kiedy Ewa bawi się na podłodze kładę Cebuchę między jej placem zabaw, a psimi miskami. Obicie łatwo się zdejmuje i pierze. Rewelacja. Naprawdę udana inwestycja.

Fot. ze strony cebuszka.pl

Fot. ze strony cebuszka.pl

Tyle o hitach. O kitach napiszę następnym razem, bo inaczej post – i tak już kobylasty – zrobiłby się wręcz niemożliwy do przeczytania ;)

„Nie wolno!”

Czy można dziecko wychować bez zakazów? Można. W myśl idei, że zakazy i nakazy to zło, które ogranicza dziecko i tak naprawdę jest nieodpowiednim środkiem nacisku, albo wręcz rodzajem przemocy stosowanej na potomku. W takim pojęciu zakazy i nakazy ograniczają wolną wolę dziecka i nie pozwalają mu rozwinąć w pełni swojego potencjału. Takie wychowanie to wychowanie bezstresowe.

Czy mogłabym zmieszać ideę wychowania bezstresowego z błotem tak, żeby zwolennicy poczuli, że mają aplikowaną najdroższą maseczkę w spa? Mogłabym. Ale szkoda mi czasu i wysiłku. Napiszę więc wprost i wulgarnie: to jest kupa. Szajs absolutny, idiotyzm, debilizm, gwałt na naturalnym procesie wychowania i wielka krzywda robiona dzieciom.

Dziecko musi mieć poczucie bezpieczeństwa. Do tego poczucia niezbędne mu są wyznaczone jasno granice, czyli informacje co wolno, a czego nie wolno. Naszym zadaniem jako rodziców jest przystosowanie dziecko do przyszłego życia w społeczeństwie, dlatego koniecznym jest nauczenie go zachowań społecznie akceptowalnych. Jaś, który tych zachowań nie zostanie nauczony wyrośnie na gniewnego i sfrustrowanego Jana, który będzie wściekły na świat, że nie pozwala mu na wszystko, na siebie, że nie umie się w nim odnaleźć, na innych ludzi, z którymi nie będzie umiał się dogadać i na rodziców, bo to ich wina. Żeby więc już na początku nie wylać dziecka z kąpielą i nie pogubić go w tym zwariowanym świecie, stawiamy granice i drogowskazy właśnie w postaci zakazów i nakazów.

Czy jednak wszystkie zakazy są konieczne? Kikul ma dopiero 7 miesięcy, a ja już niejednokrotnie złapałam się na próbie zakazania jej czegoś, czego tak naprawdę nie musiałabym jej zabraniać. Wzięło się to chyba z błędnego przeświadczenia wpojonego mi przez otaczający świat, że moją rolą jako matki jest głównie zakazywanie. Powiem wam, że nawet nie jest to sprawka moich rodziców, bo nigdy nie byli nadmiernie kontrolujący i odmawiający mi swobody. Ale potem człowiek dorasta i wszędzie słyszy „nie”. Nie zawsze skierowane w jego stronę. Po prostu to słowo otacza nas z wszystkich stron. Słyszę je na placu zabaw, w kolejkach w sklepie, u lekarza, wszędzie. Głównie skierowane do dzieci.

Jakiś czas temu przygarnęliśmy ze schroniska psiaka. Uroczą jednooką suczkę. Psiak ma najwyżej rok, więc borykamy się z jej – trudnymi często do zaakceptowania – szczenięcymi zachowaniami, (skakaniem, nadmiernym entuzjazmem, gryzieniem rzeczy itp.) Stąd w domu przez ostatni miesiąc słychać głównie: „Benita, nie!”, albo dla odmiany: „Benita, nie wolno!”. Przez to przeraziłam się jak to będzie jak Ewa zacznie chodzić i nagle „Benita, nie!”, zmieni się niechybnie na „Ewa, nie!” Nie chcę, żeby cały dom napełnił się takimi okrzykami.

Oczywiście bez względu na to jak bardzo bym tego nie chciała – to się stanie. Jak inaczej miałabym tak malutkiemu dziecku przekazać, że czegoś nie wolno? Powiem wam jak to sobie wyobrażam. Powiedzmy, że półtoraroczna Ewa próbuje ciągnąć psa za ogon, albo za wąsy. Proces jaki sobie w tym wypadku wyobrażam to: pierwszy komunikat, („Ewa, nie wolno!”), zastopowanie niepożądanego zachowania, (oswobodzenie psa i osunięcie od niego Ewy) i na koniec, krótkie i jasne tłumaczenie dlaczego został postawiony zakaz, („Pieska to boli.”).

Ale cała gruszka siedzi w tym, żeby wcześniej zadać sobie pytanie: „Czy aby na pewno nie mogę się zgodzić na takie zachowanie?” Naturalnie w takich przypadkach jak – choćby i nieświadome – robienie krzywdy zwierzęciu, czy człowiekowi, albo próba robienia rzeczy / dotykania przedmiotów niebezpiecznych dla dziecka, nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Ale na przykład chlapanie w wanience? Ostatnio Kiki przechodziła taki okres. Teraz już raczej tego nie robi – bardziej ją interesują zabawki kąpielowe, ale miesiąc temu najlepszą zabawą było chlapanie. Mogłam jej tego zabronić. Mogłam konsekwentnie przytrzymywać jej rączki, albo nie pozwalać na chlapanie tylko od razu szybko ją myć i wyciągać. Nie zrobiłam tego. W pierwszym odruchu chciałam, ale zapytałam sama siebie czy aby na pewno to jest absolutnie nie do przyjęcia? W czym leży problem? Że cała podłoga jest zalana. Robi się ślisko, bo są płytki. Czy nie da się temu zaradzić tak, żeby wilk był syty i owca cała? Da się. Wystarczyło rozłożyć na podłodze stary płaszcz kąpielowy, który świetnie wchłaniał wodę, a potem przelecieć podłogę mopem. Mama, (czyli ja), – która z tych zabaw wychodziła też mokra od stóp do głów – sięgnęła po pokłady fantazji i przebierała się w strój kąpielowy. Przyznam, że obie miałyśmy sporo frajdy z tych kąpieli :)

Słowem: zakazywać – tak, byle mądrze :) Nie wszystko jak leci.

Klapsowa (r)ewolucja

W krótkich słowach chciałam napisać dlaczego postanowiłam nie stosować na moim dziecku popularnych „klapsów.”

Nie zamierzam przekłuwać Ewie uszu, bo szanuję jej prawo do decydowania o własnym ciele i upiększania go w taki sposób i w takim czasie w jakim ona zechce. Skoro tak, to hipokryzją byłoby dać jej klapsa naruszając jej indywidualność cielesną. Konsekwencja.

Kiedy kłócę się z M., z rodzicami, albo z obcymi ludźmi nie biję ich bez względu na to jak strasznie mnie wkurzą. Dlaczego miałabym więc uderzyć Kitkę, która jest moim największym skarbem? Nawet jak mnie wkurzy – wciąż pozostanie moim jedynym, ukochanym dzieckiem. Czy więc miałabym potraktować ją gorzej niż męża, rodziców i obce osoby? Dlaczego? Bo ona się nie obroni? Bo mi nie odda? Nonsens. Nie biję męża w kłótni, bo go szanuję, bo uważam, że uderzenie go to przekroczenie granicy. Nawet „klaps” w ramię, czy twarz. Czy w takim razie miałabym nie okazywać podobnego szacunku swojemu dziecku? 

I przede wszystkim: klaps nic nie tłumaczy. Dlaczego dajemy dziecku klapsy? Oprócz oczywistej odpowiedzi „Żeby sobie ulżyć w gniewie?” Żeby zwrócić jego uwagę. Poważnie – zastanówcie się nad tym. Klaps pada w momencie kiedy nie radzimy sobie z zachowaniem dziecka i zmusza je do „złapania oddechu,” do chwili zawieszenia. Czy naprawdę musiałabym uderzyć Ewcię, żeby zwrócić na siebie jej uwagę? Nie mogłabym zrobić tego inaczej? Zapewne bym mogła. I będę.

Jako dziecko dostawałam klapsy. Żaden mi psychiki nie spaczył, żaden mnie nie wykoleił i nie mam ani krztyny żalu do moich kochanych rodziców, (najlepszych na świecie swoją drogą.) Ale sama klapsów dawać nie będę. Bo tak. Taka moja klapsowa (r)ewolucja :)

Tango arsenic hour i najgorszej myśli z ząbkowaniem w tle

Miałam dzisiaj naprawdę ciężką noc. Okropną noc. Noc z piekła rodem. Ewa nigdy nie była wymagającym noworodkiem, potem jako niemowlę też była super (zasadniczo dalej jest), ale ta noc… ech… Wygląda na to, że idzie jej górna jedynka. Albo wszystkie zęby na raz, patrząc na natężenie płaczu nie wykluczam takiej możliwości.

Od zaśnięcia, czyli gdzieś tak od godziny 21:00 Kitka przespała dwa razy po godzince, a raz (po zjedzeniu 60 ml mleka) dwie godziny. I to był absolutny rekord tej nocy. Przez resztę czasu budziła się z płaczem i jęczeniem co pół godziny, co 10, 15 minut, czasem co 5. Jedyne co mogłam zrobić to dać jej smoczek, pogłaskać po główce mówiąc „ćśśś…” i poczekać aż obróci się na drugi bok i znowu zaśnie. Na kolejne 10 minut. A ja będę mogła wrócić do pokoju, zwalić się na łóżko jak kłoda zasypiając w locie i doczekać kolejnego wezwania w pozycji denackiej. Znaczy na umarlaka.

Tej nocy kilka razy popłakałam się z bezsilności i zmęczenia. Raz – kiedy Kitka uporczywie wyciągała z ust smoczka i próbowała go wyrzucić za burtę jednocześnie jęcząc donośnie – zdenerwowana wyrwałam jej smoka z ręki co oczywiście spowodowało lawinowe narastanie płaczu aż do poziomu syreny alarmowej. Niestety Mleko jest na etapie wyrzucania przedmiotów, które w zasadzie pragnie posiadać. Pragnie je oczywiście posiadać po to, żeby je wyrzucić – to logiczne. W każdym razie noc była ciężka i dla niej i dla mnie. Obie płakałyśmy, obie jęczałyśmy i żadna nie mogła zrobić nic, żeby poprawić ten stan rzeczy. W pewnym momencie nawet rozpłakałam się w ramionach M. artykułując nieporadnie przez łzy: To dziecko zostało zesłane z piekieł na moją zgubę…

Nad ranem nawet mój przeciążony i przemęczony mózg wyprodukował sen idealny do psychologicznej interpretacji. Mianowicie śniło mi się, że jakaś wyższa instancja postanowiła zrobić nad Ewą sąd za tę noc. Ja znalazłam się w jakiejś dzielnicy willowej i wściekła zaczęłam obrzucać kamieniami dom prokuratora krzycząc, żeby odwalili się od mojego dziecka, bo za co ma być sądzona? Za to, że zafundowała mamie ciężką noc? - Przecież to tylko małe dziecko! – darłam się - Ona też widać cierpi skoro się budzi! Myślę, że część mojej podświadomości chciała jakoś ukarać Kitkę za te straszne godziny, a druga (lepsza i rozsądniejsza) uznała słusznie, że to nie jej wina i zaciekle jej broniła.

Teraz trochę o arsenic hour. Ostatnio w magazynie Dziecko czytałam felieton o takim tytule. Autor wyjaśniał, że jest to godzina kiedy musisz zrobić dużo w bardzo krótkim czasie i jeszcze wszystko się komplikuje. Ja odniosłam trochę inne wrażenie w trakcie lektury. Moją uwagę przykuł fragment, w którym Pan Kwaśniewski opisuje jak jego córka w niemowlęctwie bardzo płakała i nijak nie mógł jej uspokoić.

„Nosiłem, tuliłem, masowałem brzuszek. Śpiewałem, tańczyłem, pokazywałem co za oknem. Włączyłem pralkę. Stukałem naczyniami. I co? I nic. A jak dawałem jej smoczek to ona go wypluwała. 

- A jakbym ją tak wziął, wyrzucił przez okno? – pomyślałem. – Przyjedzie policja, wpakują mnie do więzienia. I już nic nie będę musiał. Ani uspokajać, ani przewijać, ani wstawać, ani chodzić.

To była naprawdę miła myśl. Aż mnie zaczęło świerzbić w palcach. Tak, bardzo dobrze pamiętam ten pierwszy raz. Bo potem to już rutyna. Jest nawet taka godzina, w której te myśli przychodzą częściej niż w każdej innej. Anglosasi nazywają ją – arsenic hour. „

Najgorsza rzecz jaką zrobiłam wczoraj wymęczona i bezsilna, to właśnie wyrwanie Ewci smoczka z ręki nerwowym ruchem. Najgorsza myśl jaka kiedykolwiek przyszła mi do głowy kiedy Ewa nie przestawała płakać, albo płakała – jak mi się zdawało – bez powodu, to, żeby dać jej klapsa, czego oczywiście nigdy nie zrobiłam.

Czy ja coś przegapiłam? Kiedy to normą stało się fantazjowanie o zabiciu, własnego dziecka? Do tej pory sądziłam, że myśli o zamordowaniu dziecka, zrzuceniu go z dachu, uduszeniu itp. mają tylko matki z tzw. depresją poporodową. Przyznam, że jestem widać wybitnie ciasnogłowa, bo i w takim przypadku nie mogłabym szczerze powiedzieć kobiecie: Nie martw się, takie myśli są normalne w Twoim stanie.

Sorry Batory, dla mnie każda myśl o zrobieniu dziecku poważnej krzywdy tylko dlatego, że już nie dajemy sobie rady z jego płaczem jest chora i stanowi po prostu wypaczenie. Nawet w wypadku depresji. Nie mówię, że jeśli kiedykolwiek przemknęłam komuś przez głowę taka myśl to taka osoba nigdy nie będzie dobrym rodzicem i niczym nie da się tego naprawić. Człowiek popełnia błędy.

Ale ważne, żeby nazywać te błędy po imieniu, a nie udawać, że to norma.

Rzekłam.