Archiwa kategorii: Dziecko i ciąża

Szybkie i krótkie przemyślenia na temat ciąży i bycia rodzicem.

Jak powiedzieć dziecku o śmierci zwierzątka

Zwierzątko to delikatny temat. Niektórzy rodzice czekają aż dziecko będzie gotowe, inni mają zwierzęta przed jego urodzeniem, jeszcze inni na gwałt się ich wyzbywają, bo uważają, że są dla dziecka zagrożeniem. A co robić kiedy pupil odejdzie?

Dostałam pierwszego, wybłaganego psa kiedy miałam 10 lat. Później dołączył do niego znaleziony na ulicy szczeniak. Istotne jest to, że rzeczone psy musiałam uśpić, (w odstępie paru lat), kiedy byłam już dorosłą osobą. Wiedziałam dlaczego jest to konieczne, wiedziałam, że ktoś musi przy tym być i akurat w obu przypadkach padło na mnie. Potem przybłąkała się urocza mała suczka bez jednego oka, a jakiś czas po niej wzięliśmy ze schroniska kolejną biedotę, która z kolei nie miała drugiego oka, także stanowiły groteskowy i bardzo kochany duet.

Kitka urodziła się w domu, w którym psy już były. Prawie stuknęła jej trójeczka, kiedy nagle stało się coś niespodziewanego. Po czterech szczęśliwych latach naszą małą sunię śmiertelnie potrąciło auto.

Płacz, rozpacz, tęsknota, żal. A w tym wszystkim jeszcze nowość – pierwszy raz moje dziecko miało zetknąć się ze śmiercią. Jak mu to przekazać? Delikatnie? Prosto z mostu? Kłamać, czy mówić prawdę? Skoro przez to przeszłam, podzielę się z Wami doświadczeniem.

1. Przede wszystkim nie ma sensu okłamywać dziecka, że piesek uciekł, lub, że ktoś go ukradł. Wiem, że wielu rodziców tak robi i rozumiem ich, naprawdę. To łatwiejsza droga. Odsuwamy tę ostateczność śmierci. Tyle tylko, że wydaje nam się, że chronimy przed nią dzieci, a tak naprawdę to chronimy siebie przed trudnymi tematami. Powiedziałam Ewie szczerze, że Bebe nie żyje, bo przejechał ją samochód. Był płacz, były pytania „dlaczego?” (dużo, dużo pytań), na które cierpliwie odpowiadałam. „Dlaczego nie żyje?”, „Bo przejechał ją samochód”, „Dlaczego przejechał?”, „Bo nie uważała przechodząc przez ulicę, była nieostrożna.”, „Dlaczego była nieostrożna?”, „Nie wiem, może miała gorszy dzień?”, „Dlaczego nie zahamował?”, „Może nie mógł? Może jej nie zauważył, a może jechał za szybko?” „Czy ona wróci?” „Niestety nie, ja też za nią bardzo tęsknię”. Kiedyś w końcu dziecko zetknie się ze śmiercią. Pozwólmy mu nauczyć się przeżywać tę stratę zamiast rzucać je kiedyś na głęboką wodę.

2. Nie wolno, nigdy, ale to nigdy! nie wolno bagatelizować uczuć dziecka. Najgorsze co można zrobić to powiedzieć: „To był tylko pies, nie płacz już.” Pies to członek rodziny, a dla trzylatka rodzina to praktycznie 80% znanej mu populacji ludzi. Nie można zaprzeczać jego uczuciom. Trzeba je zrozumieć i zaakceptować, żeby dziecko mogło je także zaakceptować i przejść dalej. Ewa kilka nocy budziła się i płakała, że „chce zabrać swoją Bebe do domku”. Przytulałam ją, pocieszałam, zapewniałam, że ja też tak się czuję i też bym chciała ją z powrotem. Tłumaczyłam przy tym, że nic już nie możemy zrobić.

3. Przyznajmy się do naszych własnych uczuć. Wiele osób uważa, że powinno być „twardzielem”, że wtedy dziecko ma w nich oparcie kiedy widzi, że rodzice nie ulegają uczuciom, nastrojom. Błąd. Oparcie dostanie wtedy kiedy poczuje, że nie jest samo ze swoimi uczuciami. Że to normalne je mieć, przeżywać coś. Poza tym jeśli maluch nie dostanie od nas przykładu jak sobie radzić z falami żalu, gniewu, smutku – to jak ma sam to wykombinować? Ukrywając swoje uczucia nauczymy go tylko, że są one złe i należy je zepchnąć gdzieś w głąb siebie. Lepiej wspólnie popłakać nad losem pupila i nad samym sobą, przyznać się, że tęsknimy, że żałujemy.

4. Dzieci są bardzo prostolinijne. Dorośli starają się unikać tematu śmierci, omijać go szerokim łukiem. To im czasem pomaga. Dzieciom nigdy. Nigdy! Najlepiej z maluchem rozmawiać o zmarłym zwierzątku ile zechce. Zaproponować, że je narysujemy, albo zrobimy dla niego laurkę, że zaniesiemy kwiatki na miejsce jego pochówku. Można też napisać do niego list, jeśli dziecko jest starsze. Można co dzień pisać malutkie liściki z najważniejszymi wydarzeniami dnia, żeby piesek „był na bieżąco”. U nas wystarczyło rysowanie. Ewa sama poprosiła, żebyśmy malowały Bebe „jak idzie do nieba”. Raz nawet poprosiła, żeby narysowała naszego pieska i samochód, który ją przejechał. Z tym z kolei ja nie czułam się komfortowo, więc powiedziałam delikatnie: „Może lepiej nie, może lepiej zapamiętajmy ją wesołą i biegającą?” Nie protestowała.

Zdarzyło się to ponad rok temu. Czy pozostały jakieś blizny w psychice mojego dziecka? Wątpię. Pozostała pamięć. Pozostała tęsknota. Całkowicie naturalna zresztą. Chyba nikt nie oczekuje od malucha, że zapomni o ukochanym zwierzątku raz na zawsze? Kiedy myślę o Bebe, robi mi się smutno. Kiedy wspomnimy o niej przy Ewie, zdarza jej się rozpłakać. Ale to normalna reakcja. Teraz widzę, że dobrze zrobiłam mówiąc jej wprost co się stało. To pomaga dziecku poznać świat swoich emocji, wartościować swoje relacje z innymi. W przyszłości zaprocentuje docenianiem tych relacji, bo ktoś kto poznał już stratę umie cieszyć się z posiadania.

A kiedy nadchodzi czas na nowego pupila? Nie wiem. Nikt oprócz Waszego dziecka nie wie. Ono samo Wam powie kiedy poczuje taką potrzebę. Tak było z Ewą. Tydzień po stracie Bebe zapytała: „Mamo, a kiedy będziemy mieć nowego pieska?” To nie znaczyło wcale, że śmierć poprzedniego zwierzaka została zapomniana. Tak jak pisałam, do dziś zdarza się Kitce popłakać na myśl o niej. Ale już wie, że śmierć bliskiej istoty nie oznacza końca miłości. Doświadczyła tej dziwnej pojemności ludzkiego serca, które obok starej miłości potrafi umiejscowić nową, ale tamtej nie zatracić. Wszystko to jest bardzo istotne, bo przyjdzie czas, oby jak najpóźniej, że będzie musiało się zmierzyć z dużo trudniejszą i bardziej bolesną stratą.

Czy ktoś Wam kiedyś powiedział…?

Kochane Mamusie.

Żyjemy w bardzo dynamicznych czasach, kiedy wiele aspektów życia ulega przewartościowaniu. Ludzie szukają nowych prądów myślowych, chcą wychodzić poza szablon, w który są wpisywani od pokoleń. To bardzo dobra tendencja. Ale nie zawsze przynosi dobre owoce. Nie każda zmiana bowiem jest wzrastaniem. Nie każde wyjście poza szablon jest prawdziwym rozwojem. Ale to tylko taka mała dygresja, bo chciałam mówić o zmieniającym się w naszym zbiorowym pojmowaniu wizerunku matki, a ten naprawdę zmienia się moim zdaniem na plus.

Macierzyństwo coraz mniej kojarzy się nam z kieratem, choć pewne jego ciemne strony są nie do uniknięcia. Matki wyszły z czterech ścian, zawalczyły o swoje prawa i choć podzieliło to niejednokrotnie społeczeństwo, (np. publiczne karmienie piersią, czy granice przyzwoitości w przewijaniu niemowląt w świetle ograniczonej liczby miejsc do tego przeznaczonych), to jednak zwróciło uwagę na pewne problemy, na to co jest, a co być powinno, na to, że matka to wciąż człowiek, który chce uczestniczyć nie tylko w życiu swojego dziecka, ale też w życiu swoim i w życiu społeczności, do której należy. Mamy chcą wychodzić do ludzi, chcą brać udział w kulturalnych wydarzeniach swoich miast, chcą mieć możliwość realizować swoje zainteresowania i pasje. Świetny trend, który popieram całym sercem. Bo jeżeli te wszystkie drogi i możliwości zostają nam zabrane, to tak naprawdę oznacza, że dajemy życie drugiemu człowiekowi kosztem swojego życia. Jak niby można kształtować małą istotę, jeśli nie możemy kształtować siebie samych? Oczywiście musicie być świadome mamy, zwłaszcza przyszłe, że macierzyństwo zawsze, ale to zawsze, będzie się wiązało z pewnymi wyrzeczeniami i ograniczeniami wolności. To jest naturalne i to trzeba zaakceptować. Jeśli nas na to nie stać, to nie jesteśmy, (uwaga – mocne słowa), pełnowartościowymi ludźmi. Tak jest. Bo człowiek jest pełnowartościowy jeśli potrafi choć trochę się poświęcić, z czegoś zrezygnować dla drugiego, przesunąć się w swoim życiu, w swojej głowie i zrobić dla niego miejsce. Bez względu na to czy jest to własne maleńkie dziecko, czy ofiary kataklizmów, czy głodne dzieci z marginesu społecznego. Jeśli jednak mówimy o normalnych matkach, które rozumieją pewne ograniczenia wynikające z faktu opieki nad maluchem, ale pragnących dalej pozostać sobą, to obecne czasy są dla nich wprost rewelacyjne.

Byłaś mamą aktywną i wysportowaną? Możesz dalej taka być z dzieckiem. Realizujesz się w swojej pracy zawodowej i kochasz to co robisz? Możesz dalej taka być z dzieckiem. Podróże są Twoją pasją, nie wyobrażasz sobie bez nich życia? Możesz wciąż podróżować z dzieckiem.

Obecne czasy i starania silnych kobiet o nasze prawdziwe prawa otwierają wiele dróg, które jeszcze niedawno były przez macierzyństwo zamknięte. I tak właśnie być powinno. Bo matka, to najbardziej podstawowa i niezbędna funkcja świata, dlatego powinno się jej życie maksymalnie ułatwiać, a nie utrudniać.

A teraz odwróćmy sytuację, ale tylko troszeczkę, po co nam skrajności.

Kochane Mamusie. Czy ktoś kiedyś powiedział Wam, że nie musicie korzystać z tych wszystkich cudownie otwartych drzwi? Czy ktoś Ci powiedział kiedyś, że oddanie się roli żony i matki, codzienne poświęcanie siebie z radością też jest ok i też jest chwalebne? Czy poczułyście kiedyś tę całą presję ze strony krewnych i znajomych Królika, żeby wybrać? Możesz albo być godną podziwu, nowoczesną, aktywną mamą, albo godną pogardy, staroświecką kurą domową, której bliżej do internetowej „Karyny” i „Grażyny” niż do Chodakowskiej i Lewandowskiej.

Nie dajcie sobie wmówić, że tak to wygląda. Że wybieracie między nowoczesnością i oświeceniem, a zaściankiem i patologią. Nowoczesność i obecny model macierzyństwa jest jeden, a mówi on: możesz być kim chcesz, dajemy Ci wolność. Chcesz być aktywną, realizującą się zawodowo mamą? Super! Chcesz oddać się całkowicie wychowaniu dziecka, a zamiast swoich pasji przekazać mu swoje wartości? Ekstra! Mama domowa, mama terenowa, mama pół na pół, mama, która chciałaby wziąć z obu modeli po kawałku i jeszcze dorzucić coś od siebie… Wybór należy do Ciebie, a każdy jest dobry.

Wszystkie drogi mają prowadzić do tego samego celu: wychowania dobrego człowieka, który będzie umiał żyć z innymi, a nie tylko obok nich, który będzie empatyczny i współczujący, który będzie umiał odkryć swoją rolę w świecie, jaka by ona nie była, zaakceptować i do końca ją wypełnić. Człowieka, który nie będzie się miotał w życiu nie wiedząc, w którą stronę pójść, bo nie będzie tak do końca znał i rozumiał ani świata ani siebie. Człowieka, który będzie miał korzenie i wsparcie w postaci tego co mu przekazałyście – Waszej mądrości i Waszej pewności siebie.

Zapamiętajcie z tego tekstu proszę jedno: że wprawdzie wszytko w życiu jest czarno-białe, ale rzadko coś bywa tylko czarne, albo tylko białe. Sęk w tym, żeby umieć ze wszystkiego wybrać biele, a odrzucić czernie.

Żniwa

Jest czas siania i czas żniw. W życiu człowieka, nieco inaczej niż w świecie roślin, te okresy nie następują tylko raz i kolejno, ale przeplatają się ze sobą wciąż i łączą, ponieważ nawet siejąc zbieramy plony, a zbierając je nie ustajemy w siewie.

Tak jest głównie w przypadku dzieci. Kitka ma już prawie 3 lata. Przerwę w blogowaniu zrobiłam kiedy skończyła roczek. Także za mną dwa lata samego zbierania doświadczeń w macierzyństwie. To bardzo ciekawe, bo pamiętam doskonale, (zresztą są tego namacalne dowody, w postaci tekstów), że kiedy dziecię moje ledwo od podłogi odstawało, miałam swoją wizję macierzyństwa, którą wiele osób, (z bloga i nie tylko), krytykowało i poddawało w wątpliwość. Komentarze miały wydźwięk: „wszystko pięknie, ładnie, ale jeszcze jesteś młoda, dziecko masz małe, życie zweryfikuje te twoje śliczne wizje”. I co? I pstro. Życie toczy się dalej, dziecko rośnie, a ja postanowiłam się konsekwentnie trzymać swojego pomysłu na wychowanie i tak też zrobiłam. Robiłam tak przez dwa lata. Siałam. Nadszedł czas żniw. 

Nie jedynych. Nie ostatnich. Ale pierwszych.

Nie jestem nieomylna, nie jestem idealna. Ale czuję, że odwaliłam dobrą robotę, kiedy widzę, że Ewa wyjaśnia, a nie drze się. Mówi: „ale mama, posłuchaj…”, bo wie, że faktycznie posłucham i sama słucha gdy ja coś tłumaczę.

Kiedy widzę, że czeka. Czeka na obiecane lody, cukierka, czeka na zabawę, na bajkę. Wie, że jeżeli coś obiecałam, to tak będzie. Nigdy nie składam obietnic bez pokrycia i to procentuje.

Kiedy widzę, że w zabawie, lub do nas, zaskakująco często używa zwrotu: „nic nie szkodzi”. Nie robi wymówek, nie daje swoim zabawkom kar. Serce mi rośnie gdy widzę, jak bawi się lalką i słyszę nagle: „Oj! Co się stało Pipi? Przewróciłaś? Nic nie szkodzi.” Czyli coś robimy dobrze.

Kiedy widzę, że na porządku dziennym są słowa: „proszę, dziękuję, przepraszam”. Wielu, naprawdę wielu ludzi radziło, żebym dała spokój i nie przypominała rocznemu dziecku o takich słowach. Ewa zaczęła je wymawiać (dość zniekształcone, ale jednak), zanim na dobre nauczyła się imion naszych psów. Absolutnym szokiem był dla mnie wieczór, kiedy Ewa po bajce na dobranoc sama z siebie przeprosiła mnie za to, że rankiem tego dnia była niegrzeczna. Mimo, że jej zachowanie szybko się poprawiło i nie wracałyśmy więcej do tematu.

Kiedy idę z nią na zakupy i nie jestem jedną z matek sklepowych. Dwa razy zdarzyła jej się histeria w sklepie. Dwa. Obydwa razy ostrzegłam ją, że takie zachowanie jest niedopuszczalne i jeśli nie przestanie to wyjdziemy. Nie przestała – wzięłam ją pod pachę i wyszłam. Później zawsze wystarczyło ostrzeżenie.

Kiedy widzę, że przeważnie wystarczy mi Ewę ostrzec, albo czasem nawet na nią spojrzeć w odpowiedni sposób, żeby wiedziała, że przegina i się poprawiła. To nie jest zasługa zastraszania dziecka, tak jak to robią niektóre matki, ale zwykłej konsekwencji. Nie musiałam stosować dotkliwych, czy cielesnych kar. Wystarczyło po prostu konsekwentnie, za każdym razem dotrzymywać danego słowa. Tak w przyjemnych rzeczach, („w sobotę pojedziemy kupić Ci książeczkę”), jak i w nieprzyjemnych, („jeśli dalej będziesz krzyczała, będziemy musiały wyjść ze sklepu”). W ten sposób dziecko nauczyło się, że mamie można ufać, więc jeśli grozi, że nie dostanę deseru, to znaczy, że nie dostanę. Pora się uspokoić.

Czy zawsze moje dziecko jest idealne? Nigdy nie krzyczy, nie jest niegrzeczne? Czy ja zawsze jestem idealna? Nigdy nie tracę cierpliwości, nie jestem zmęczona? Nie zawsze. Ale przeważnie. „Przeważnie” wystarczy. Bo kiedy przychodzi moment, że jestem rozdrażniona, zmęczona i na nią krzyknę, ona mówi mi spokojnie: „mama, nie trzeba krzyczeć” i jest ok. A kiedy ona ma gorszy dzień i wszystko jest na „nie”, ja też umiem znaleźć w sobie jeszcze kilka warstw cierpliwości, o których nie pamiętałam, że tam są.

Chwasty zdarzają się na najlepszych polach. Chodzi jednak o to, aby siać, siać, siać. Najtrudniej jest zawsze przed pierwszymi efektami. Zanim w ogóle wzejdzie Twój plon. Łatwo uwierzyć tym, którzy mówią: „siejesz, a nic nie urośnie, tracisz czas.” Ale jeśli ich nie posłuchasz to niedługo wszystko wykiełkuje, urośnie i pozostanie już tylko żąć. I dalej siać, siać, siać.

Nienia

Mam taki zbiór wierszyków zatytułowany „Dyrdymałki”. Jest ze mną od niepamiętnych czasów, ma już pożółkły papier, zniszczone strony, gdzieniegdzie rysunki są „upiększone” moją zamaszystą rączką… Na przestrzeni lat stracił w tajemniczych okolicznościach okładkę, więc mama sama zrobiła mu nową. I w tym tomiku ślicznych i pouczających wierszyków jest taki jeden:

Nienia

- Nie chcę bułki

Ani kęsa,

Nie chcę zupy,

Nie chcę mięsa.

Nie!

- Nie chcę sosu

I sałaty,

Nie chcę mleka

I herbaty.

Nie!

- Nie chcę bawić się

Dziś wcale,

Nie chcę misia,

Nie chcę lalek.

Nie!

- Nie chcę leżeć,

Nie chcę spać,

Nie chcę chodzić,

Nie chcę stać.

Nie!

- Jeśli jesteś 

Taka „Nienia”,

To cześć Nieniu,

Do widzenia.

Pa!

Świetnie się odnosi do obecnej sytuacji mojego dziecięcia. Dziecię jeszcze wprawdzie nie mówi, ale to nie znaczy, że nie umie się porozumiewać z otoczeniem. Umie. A najsprawniej opanowała klasyczne zaprzeczenie i odmowę, czyli kręcenie głową na „nie”. Bardzo szybko odkryła, że nowa umiejętność nie tylko wzbudza zachwyt rodziny, ale daje jej pewien zakres władzy. Z każdym kolejnym dniem obserwowałam jak Kitka wciąż na nowo upaja się tym, że może czegoś odmówić i że ta odmowa zostanie uszanowana. W ten oto sposób zostaliśmy pozbawieni buziaków i przytulasów, bo każde pytanie: „Dasz mamie buzi?” zostaje skwitowane pełnym zadowolenia kręceniem głową. Czasami z bonusem w postaci efektów dźwiękowych takich jak: „m-m-m”, albo „ne, ne, ne, ne”. Za każdym razem widzę ten badawczy wzrok pytający czy tym razem ta dziwna magiczna władza też podziała, czy nie? A potem tryumfujący uśmiech. Tak! Znowu się udało! Oh, yeah! I’ve got the power! Mały Bruce Wszechmogący :) Od czasu do czasu z wyżyn swej łaskawości Kikul sypnie jakimś buziakiem i pobłażliwie patrzy, że mamy z tego taką radochę. Jak małpa z kostki mydła.

Niestety weszliśmy też w etap prób siły. No, bo skoro zwykłym „ne, ne, ne” da się do pewnego stopnia kształtować rzeczywistość, to czym jeszcze? Gdzie są granice? A może ja mogę wszystko? Obstawiam, że takie właśnie myśli roją się w tej kudłatej ponad miarę główce. Tak więc Ewa sprawdza granice swojej władzy nad otaczającym ją światem a przy okazji, (taki mały efekt uboczny), granice naszej cierpliwości. Z uporem maniaka powtarza czynności, których jej zabraniamy, (wrzucanie psiej karmy do psiej miski z wodą), zagląda w miejsca, w które zaglądać jej nie wolno, (szuflada i szafka biurka), dotyka zakazanych rzeczy, (słoiki – jak uda się, któryś dorwać należy zrobić co następuje: zacząć szybko uciekać, głośno piszczeć z zadowolenia). Oprócz tego niestety próby siły odbywają się czasem w sposób jednostronnie siłowy. To znaczy ona używa wobec nas siły pięści, a nas świerzbi ręka, ale wiemy, że należy nadstawić drugi policzek. Choć najczęściej oba rozwiązania zawodzą, bo świerzb nie zostaje zaspokojony siarczystym klapsem (powiedziałam, że nie to nie), ale i drugiego policzka nie nadstawiamy, tylko się oburzamy, mówimy, że absolutnie nie wolno i obrażamy się. Działa doraźnie. Ale na skutki długofalowe mamy jeszcze czas.

W każdym razie Ewa chyba w swoim pokrętnym toku myślenia połączyła chęć czułości z odmawianiem nam jej właśnie przez bicie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie raz bowiem spotkałam się z taką sytuacją: trzymałam Kikula na rękach, ona zaczynała mnie bić po twarzy, ja oburzonym głosem mówiłam: „Hej! Dlaczego bijesz mamę? Nie wolno bić!”, a ona natychmiast z szerokim uśmiechem podstawiała mi policzek do całusa. Najwyraźniej wyznaje filozofię, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie…

Dość długo mnie nie było, bo ponad miesiąc, ale postaram się wrócić do normalnej rutyny pisania. Co zrobić. Shit happens.

Roczkowe podsumowanie

Wielkimi krokami zbliża się roczek Ewci, (za cztery dni), więc pora na podsumowanie. :) Po roku już znamy się dość dobrze, choć poznawać się i zaskakiwać będziemy całe życie.

Przez rok dowiedziałam się, że Ewa jest indywidualistką o silnym charakterze. Nie daje sobie w kaszę dmuchać, widać, że już zaczyna jej się okres buntu, bo próbuje wymuszać na nas swoje zachcianki płaczem i krzykiem. Czułości dozuje wedle własnego uznania i raczej nie rozdaje ich hojną ręką. Z jednej strony jest to trochę przykre, z drugiej jednak każdy całus jest tym cenniejszy. :) Jest uważną obserwatorką. Nieraz widzę to jej przenikliwe spojrzenie tych niebieskich oczu, w których błyszczy bystrość i inteligencja. Wygląda wtedy, że nie tylko patrzy na to co się dzieje, ale wręcz, że wnika wgłąb sytuacji, zachowań. Potrafi przewiercać spojrzeniem. Jest bardzo inteligentna. Widzę, że kiedy pokazuję jej coś nowego to na ogół wystarczy powtórzyć to parę razy, pierwsze dwa, trzy pomóc jej to zrobić i mała łapie o co chodzi. Uwielbia być noszona na rękach, głównie przez moją mamę, którą ciągle o to męczy. Wie, że babcia jej ulegnie. :) W zabawie i kontaktach z innymi nie jest biernym odbiorcą proponowanej rozrywki, to ona ustala reguły i wyznacza role. Nie cieszy ją granie według czyjegoś zamysłu. Zdarzało jej się mnie pocieszyć kiedy byłam smutna. Robiła to w sposób ewidentnie celowy, to jest, widziałam, że ona widzi i rozumie, że mama jest smutna i robi coś specjalnie po to, żeby mnie rozweselić. Jest więc też empatyczna i potrafi okazywać miłość „z wyboru”, a nie jak leci wszystkim. Lubi się popisywać przed obcymi. Szczególnie chłopakami. :D Nie lubi bawić się pluszakami, (ku mojej rozpaczy). Jej ulubione zabawki to: klucze, piłki, pudełka, wieża z kubeczków, klocki, książeczki (lubi je przeglądać, a ja nie mam nic przeciwko, bo nie wydziera kartek, nie zjada ich i nie miętosi). Śmieszy ją niesamowicie całowanie po stópkach i wąchanie ich z jednoczesnym robieniem: „a-psik!”, (czaicie, że niby śmierdzą).  Kocha kąpiele. Nie cierpi od niedawna ubierania i nakładania pieluchy, jak również wyciągania kataru aspiratorkiem, (na szczęście ostatni raz chyba z pół roku temu). Uwielbia jedną z naszych suczek – Benitę. Zresztą z wzajemnością. :) Ewa z Benitą może zrobić dosłownie wszystko, a suka jej na to pozwala. W ramach wdzięczności Ewa szczodrą ręką obdziela swoją ulubienicę kąskami ze swojego stołu. ;) Jest przysłowiowym żywym srebrem. Nie usiedzi ani minuty, wszędzie jej pełno, wszystko musi sprawdzić, zbadać, obejrzeć, wysłuchać co to jest i do czego służy. Mimo tego nie nazwałabym jej „rozbrykaną”, czy „niegrzeczną”. Wiadomo, że nie zawsze usłucha, jak to dziecko, ale na ogół nie ma z tym problemów. Uwielbia łaskotki i kiedy się ją goni. :) Dużo rozumie. Ostatnio była ze mną w łazience i wyciągała z szafki pod zlewem szampony, żele do ciała itp. Kiedy zbliżała się pora wyjścia powiedziałam jej: „Zaraz będziemy wychodzić Kitko, pozbieraj ładnie te szampony i włóż do szafeczki, dobrze?” A ona wzięła każdy kosmetyk, włożyła do szafki i zamknęła ładnie drzwi. Jest też bardzo sprytna, zrobiła się z niej mała cwaniara. Kiedy zabroniłam jej, (po raz sto pierwszy), brać pudełko z chusteczkami nawilżanymi, przestała na chwilę protestować i poszła w tamtym kierunku. Na moje ostrzegawcze: „Ewa” spojrzała przez ramię z miną wyrażającą czystą niewinność i skręciła idąc w stronę swojej huśtawki schowanej pod najniższą półką. Wzięła ją za sznurek i przyciągnęła do mnie, jak zwykle gdy chce się huśtać. Kiedy byłam zajęta zwieszaniem huśtawki mała popruła po pudełko z chusteczkami. Odebrałam jej je oczywiście i spróbowałam wsadzić do huśtawki. A ona wydała z siebie całą gamę dźwięków i min mówiących wyraźnie: „Oszalałaś kobieto? Daj mi spokój z tym ustrojstwem, nie chcę się huśtać!” Najczystszej wody podstęp. W domu śmiejemy się, że Kitka czerpie z nas energię kiedy tak biega po mieszkaniu zgrzana i cały czas zajęta. Potrafi wtedy podbiec do kogoś siedzącego na kanapie czy w fotelu, przytulić policzek do jego kolana na trzy sekundy i pobiec dalej. Jest naprawdę kochanym dzieckiem. Niektóre niemowlaki to takie urocze, kochane, bezwolne klopsy, które są głownie odbiorcami zachwytów i czułości. To urocze. Ale jestem bardzo dumna, że Ewa jest małym uparciuchem i ma swój charakterek. ;) I pęd do samodzielności.

A jaką ja jestem matką? Ciekawe, ostatnio koleżanka zadała mi to samo pytanie. „Jaką jesteś mamą?” Odpowiedziałam bez zastanowienia: „Dobrą”. Więc chyba jestem tą dobrą matką. Jestem przede wszystkim konsekwentna. Nigdy nie zgadzam się na coś czego wcześniej zabroniłam „dla świętego spokoju”. Dla dobra Ewy. Namieszałoby jej to w głowie i nie rozumiałaby znaczenia słowa „nie”. Wiem, że choć czasem protestuje i to mocno, to będzie szczęśliwsza i spokojniejsza wiedząc, że mama wyznaczyła jakieś ramy i granice, bo to znaczy, że mamie można zaufać i na niej polegać. Jednocześnie, skoro moje „nie” ma być nieodwołalne, to staram się nie zabraniać bez potrzeby. Jeśli mam wątpliwości, to najpierw zastanawiam się chwilę nad możliwymi konsekwencjami Ewy zachcianki / zachowania i oceniam czy mogę je ponieść czy nie. Bo pamiętam jak w „Piratach z Karaibów” kpt. Jack Sparrow mówił: „W życiu spotykając człowieka dwa rodzaje rzeczy: te, które człek może znieść i te, których znieść nie może”. ;) Czy więc mogę znieść, że w łazience będzie nachlapane po kąpieli? Mogę. A czy mogę znieść, że dzieć uderza rączkami w szybkę w kredensie? Nie mogę. I sprawa prosta. Niestety przez to, że M. spływa do domu około 17:30, (a 19:30 Kikul często już śpi), i przez to, że mieszkamy z moimi rodzicami, (a dziadkowie, wiadomo, pozwalają na więcej – taka ich rola), ja jestem osobą, która zakazuje i odmawia, przez co ja najczęściej jestem obiektem gniewu Ewy. W efekcie moje poczucie, że jestem dobrą matką jest mocno zachwiane, bo czasami mam wrażenie, że Kitka mniej mnie kocha niż innych, że nie chce ze mną przebywać, że woli być z moimi rodzicami. Niby wiem, że to kwestia dziecięcego wyrachowania – oni jej pobłażają dlatego woli pójść do nich do pokoju gdzie będzie jej wolno więcej i gdzie będą zajmować się nią non stop. Ale jednak serce mi wtedy nieodmiennie pęka. Przy mnie Ewcia grzecznie bawi się swoimi zabawkami i zajmuje się sobą, tak że oprócz chwil wspólnej zabawy mamy też chwile tylko dla siebie. Kiedy się więc zastanawiam czy jestem dobrą matką, nie potrafię na to odpowiedzieć. Cały czas boję się, że okaleczam ją psychicznie, że jestem zimna i niedobra, że ona mnie nie kocha i niedługo zacznie mnie nienawidzić i obwiniać o wszystko. Ale kiedy mam odpowiedzieć na to pytanie bez zastanowienia od razu nasuwa mi się odpowiedź, że tak. Daję jej mnóstwo miłości. Zawsze mam dla niej czas, za każdym razem kiedy widzę, że chce się ze mną pobawić, dać mi do ręki swoje nowe znalezisko itp. Dużo ją przytulam, całuję, czytam jej, noszę na barana, bawimy się razem, gilgoczemy, śmiejemy. Cieszę się wylewnie z jej postępów i zachęcam ją do nich. Wspieram ją. Nie wyręczam jej, nawet kiedy widzę, że ma z czymś trudności. Czekam aż sama poprosi o pomoc, (a potrafi to zrobić mimo, że nie mówi). To daje efekty, bo widzę, że często mimo początkowych trudności, wydawałoby się nie przebycia, jednak daje radę kiedy da jej się czas. Dbam o jej bezpieczeństwo. Zakazuję kiedy muszę, pozwalam kiedy mogę. Robię wszystko, żeby już na starcie nie pogubiła się w tym skomplikowanym świecie i zrozumiała jakie są jego zasady. Staram się ze wszystkich sił dać jej poczucie bezpieczeństwa. Kocham ją bezwarunkowo i często jej o tym mówię. Więc chyba jednak jestem tą dobrą matką. Pewnie gdybym nie miała wątpliwości to bym nie była. ;) Wątpliwości są dobre. Każą cały czas siebie pilnować i doskonalić.

A jak wygląda najbardziej przyziemna i prozaiczna sprawa, czyli jaki Ewa ma bilans zysków po tym roku? Spójrzmy…

Mając rok Ewa: daje buzi, kląska, sama kręci bączka, prowadzi wózek dla lalek, na ogół sygnalizuje swoje potrzeby fizjologiczne, mówi „mama”, „dada”, rozumie za to chyba wszystko co się mówi do niej, naciska przyciski paluszkiem, robi „pa-pa” i „tany-tany”, daje „cześć”, przybija piątkę, klaszcze, (gwizdać umiała wcześniej, ale jakoś o tym zapomniała), sama pije z kubka niekapka, wsadza do buzi widelczyk z jedzeniem, chodzi i próbuje biegać, przynosi huśtawkę gdy chce się huśtać i podaje zabawkę, o którą się ją poprosi, wykonuje proste polecenia takie jak „daj”, „zostaw”, „nie wolno”, „odłóż”, „przynieś”, „chodź”, wydaje dźwięki szeptem, chwyta w dwa paluszki drobne rzeczy, wchodzi na schody krokiem dostawnym trzymając się ściany, albo ręki dorosłego, wspina się na meble, przenosi duże przedmioty (hitem był karton po 116 szt. pamperów…), wkłada zabawki do pudła.

Przebyte choroby: zapalenie płuc, katar.

Ilość zębów: 10

Waga: 10 100 g (o 6 900 g większa niż urodzeniowa)

Wzrost: 75 cm (o 22 cm więcej niż po urodzeniu)

Codzienna fryzura: kitka na czubku głowy

Pierwsze razy:

1 jabłuszko: 4 m-ce

1 zupka: 4 m-ce

1 objaw zainteresowania: 1 m-c

1 przespana noc: 1,5 m-ca

1 obrót na bok: 3 m-ce

1 obrót na plecy: 3 m-ce

1 obrót na brzuszek: 3,5 m-ca

Ograniczenie przez Kitkę mleka do kaszki przed snem: 7 m-cy

1 raz na nocniku: 5 m-cy

1 sygnalizacja potrzeb fizjologicznych: 11,5 m-ca

1 pełzanie: 7,5 m-ca

gwizdanie: 6 m-cy

„pa-pa”: 6 m-cy

„tany-tany”: 11 m-cy

klaskanie: 10 m-cy

1 raz usiadła: 8 m-cy

1 raz sama wstała (bez podparcia): 8 m-cy

1 raczkowanie: 8,5 m-ca

1 kroki: 10 m-cy

1 ząbek: 4 m-ce

1 uśmiech: 1 m-c

1 dłuższa podróż: 4 m-ce

1 słowo: 10 m-cy

1 obcięcie włosków: 6 m-cy

Jeszcze na koniec taka drobnostka. Spotkałam się ostatnio z pytaniem: „Kim chciałabyś, żeby Twoje dziecko było w przyszłości?” Nie mam preferencji co do zawodu, który Ewa miałaby wykonywać. Za to jest kilka, których nie chciałabym, żeby wykonywała. Mianowicie nie chciałabym, żeby była: baletnicą, politykiem, ani kimkolwiek związanym z biznesem erotycznym. :)

A oczywiście najbardziej bym chciała, żeby była zawsze zdrowa i szczęśliwa. Otoczona dobrymi ludźmi, którzy będą ją kochać, szanować i wspierać. Żeby odnalazła swoje miejsce na Ziemi i była po prostu dobrym człowiekiem. Żeby kiedyś powiedzieli o niej: „przeszła przez życie dobrze czyniąc”.

Postępy nocnikowe

O nocniku pisałam już tutaj. Zaczynaliśmy wtedy nocnikowanie na szeroką skalę, z dobrymi chęciami, kilkoma pomysłami i bez spiny, czyli ze świadomością, że może się nie udać. Ewcik miał wtedy 8 miesięcy. Teraz ma rok, (no dobra, będzie miała za 10 dni) i mogę powiedzieć, że jest dobrze, naprawdę dobrze.

Non stop czytam, że przed drugim rokiem życia nie ma co próbować odpieluchowania, bo dziecko w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że chce mu się siusiu, czy kupę i nie ma możliwości panowania nad potrzebami fizjologicznymi i ich sygnalizowania. I tutaj słowo do wszystkich ekspertów tak często spotykanych w gazetach: dupa. Ot, co. Dupa i dzyndzelek. Niedawno zauważyliśmy, że kiedy Kitka robi siusiu w pieluchę, staje gdzieś na uboczu, albo przykuca odkładając to czym była zajęta. A skoro tak, to znaczy, że może już aktywnie korzystać z nocnika, a nie tylko być nań wysadzana bez swojej wyraźnej woli. Co do dwójeczki, to cwaniara szybko załapała, że wygodniej jest kupę oddelegować do nocnika zamiast nurzać się w niej przy pomocy pieluchy, także okupana pielucha zdarzyła się ostatnio właśnie jak miała 8 m-cy. W tym przypadku wybór nocnika nosi wszelkie znamiona działania świadomego i celowego, bo nie raz na wyjazdach, (czasem całodziennych), potrafiła cały dzień wytrzymać by zaraz po powrocie do domu późnym wieczorem (raz nawet i nocą), z wielką ulgą rąbnąć klocka na nocnik. 

Dłuższy czas zakładaliśmy jej pieluchy tetrowe, ale widząc brak efektów ulegliśmy wygodzie i wróciliśmy do pampersów zakładając, że tetra posłuży nam kiedy zobaczymy, że Ewa wie, że przychodzi pora na siusiu. Ale i teraz lenistwo wzięło górę. Na szczęście ta mało szlachetna cech jest matką kreatywności. Wymyśliłam, że najlepiej będzie Effie założyć majtki, a na nie dopiero pieluchę. W ten sposób będzie czuła, że ma mokro, a nie ucierpią meble, dywany, mój kręgosłup (od latania ze szmatą), ani spodenki, które zapewne prać trzeba byłoby w ilościach hurtowych. Pomysł okazał się genialny, bo Kitka po pierwszym siknięciu w te pieluchomajtki zrozumiała, że ktoś tu zrobił jej brzydki kawał i energicznie zabrała się do pracy. Niedługo potem więc, kiedy znowu poczuła parcie na pęcherz, pobiegła do kąta, w którym stoi nocnik i przyniosła go, a nawet postawiła na kanapie gdzie zwykle staje. Posadzona zrobiła od razu pięknie siii, a pielucha i majtki zostały suche :) Również drzemki w ciągu dnia dobrze rokują, bo po dwóch godzinach snu możemy wysadzić malosię na nocnik i dalej używać tego samego pampersa.

Oczywiście nie zamierzam jeszcze otwierać butelki szampana i święcić tryumfów, bo na to za wcześnie. Jeszcze zdarza jej się siknąć w majty kiedy jest zajęta zabawą, albo odwrotnie – przynieść nocnik kiedy wcale jej się nie chce. Zdarza się też, że ja się zapomnę, bo kiedy mała biega i szaleje to moim zadaniem jest spytać co jakiś czas czy chce siusiu. Ale jeżeli o tym pamiętam to majtki raczej są suche :) Także jesteśmy na bardzo, baaaardzo dobrej drodze i jestem naprawdę zachwycona :)

Wieczorne spostrzeżenia matki

W książce „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, o której pisałam tutaj, jest taki ciekawy cytat. Autorka przytacza słowa swojej koleżanki, Francuzki, która mówi, że wieczorem po całym dniu nie chce już widzieć zabawek swoich dzieci w innych pomieszczeniach w domu. Muszę przyznać, że z jednej strony ją rozumiem. Człowiek chce się zrelaksować po męczącym dniu a tu – bach! – nadeptujesz na piszczącego misia, drugą stopą na piłeczkę, przewracasz się, suniesz majestatycznie dwa metry na pozostawionym na środku pokoju jeździku i z gracją lądujesz w nieuprzątniętym zamku z klocków. 10 na 10!

Niemniej ja sama mam trochę inne odczucia. Usypiam Ewę, wychodzę z jej pokoju i mój wzrok trafia na:

a) jeden różowy bucik, rozmiar 19, pozostawiony na biurku,

b) plastikową, nakręcaną żabkę, która ma akurat przerwę w skakaniu, również pozostawioną na biurku,

c) zabawkowy kręgiel, koloru fioletowego koło misek z psim jedzeniem,

d) plastikowe kółeczko z wieży wkopane pod biurko,

e) krasnala – magnes na lodówkę zażywającego relaksu na stoliczku, obok zegara,

f) jeździk zaparkowany tuż koło drzwi do pokoju dziecięcego, (zapewne, żeby właścicielka mogła go użyć zaraz po wstaniu),

g) lalkę porzuconą w dziwacznej pozie koło naszego łóżka,

h) dowolny przedmiot niewielkich rozmiarów ułożony troskliwie w nocniku,

i) kolorowego bąka przewróconego na bok i czyhającego na naiwniaka, który nadepnie go łamiąc tym samym pręcik napędowy (ha! niedoczekanie podstępny bąku, ty!),

j) kilka magnesów, które zamiast grzecznie trzymać się lodówki zostały schowane pod leżący pod nią dywanik, (na później),

k) dywan upstrzony klamerkami (to ostatnio zabawkowy hit – koszyczek z klamerkami).

Co ciekawe naprawdę to lubię :) Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży czekałam na to. Na ten moment kiedy Ewa wygospodaruje sobie swoje własne miejsce w naszej przestrzeni. Kiedy cały dom będzie naznaczony jej radosną obecnością. Cieszy mnie to, a takie „znaleziska” mnie rozczulają :) Przyjdzie niedługo moment, kiedy zacznie mi pomagać w sprzątaniu, ale to jeszcze nie teraz. Jeszcze jest na etapie wyciągania, a nie wkładania. Ale powoli oswajam ją ze sprzątaniem, zapraszam mówiąc wieczorem „Chodź Ewuniu, teraz powkładamy zabaweczki do pudełka, tak? Pomożesz mamie? I siuuup! Zobacz, klocek ląduje w pudełku.” Nie chciałabym wprawdzie utonąć w morzu zabawek zostawionych beztrosko przez dziecko w całym domu, ale nie chciałabym też nie mieć ani jednego namacalnego „dowodu”, że moja mała szkrabo-szelma cały dzień tu kitkowała :)

Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

Tłuściutki bobas w dobrym tonie

Ostatnio zauważyłam, że ten świat jest dziwny. To znaczy, zauważyłam to już dawno, ale wciąż mnie zaskakuje. Mianowicie odkryłam, że w moich stronach najwyraźniej kultura wymaga, żeby powiedzieć o małym dziecku znajomego (lub nieznajomego), że jest okrąglutkie, grubiutkie, czy, że „dobrze sobie wygląda”. Początkowo wszelkie takie spostrzeżenia: „ależ ona ma wałeczki na rękach”, (chyba jak sobie narysuje…), „jaka papulaśna buzia”, (że łot?), „ale ma pupkę, lubi sobie podjeść”, (taaa…pełny pampers nie ma tu NIC do rzeczy…), no więc początkowo wszystkie te mądrości grzecznie i z uśmiechem prostowałam: „nieee… to tylko pampers”, „wałeczki? gdzie niby?”, „ona akurat jest szczuplutka”. Teraz już się poddałam i po prostu przyklejam na twarz miły sztuczny uśmiech i kiwam głową.

Nie chodzi o to, że nie chcę mieć grubego dziecka, czy uważam, że już od najmłodszych lat trzeba dbać o linię, ale Ewa akurat nie jest typowym okrąglutkim bobaskiem z reklam. Nie ma żadnych wałeczków, ani fałdek. Policzki ma jak to dziecko – trochę chomiczkowe, ale twarzyczka raczej powoli robi się owalna niż okrągła. Jej wagę i wzrost dzielą dwa pasma centylowe i robię wszystko co mogę (w granicach rozsądku), żeby ta odległość się nie zwiększała, żeby dziecko zostało w granicach zdrowej wagi. Nie jest niejadkiem, dostaje pełnowartościowe pięć posiłków dziennie, ale po prostu tak się rusza, że wszystko spala. Zresztą kiepsko wystartowała, bo przez zapalenie płuc w pierwszym miesiącu nie przybierała na wadze tak jak powinna. W każdym razie usłyszeć, że Twoje dziecko, które nie ma ani jednej niemowlęcej fałdki, bo żadna nie nadążyła za jej bieganiem, jest „grubiutkie”, „tłuściutkie”, „okrąglutkie”, to bezcenne doświadczenie.

Najlepsze jest to, że na moje zaprzeczenia rozmówca zazwyczaj reagował natarczywym powtarzaniem, że jest wręcz przeciwnie. Tak więc dziwię się niepomiernie jak dalece można się posunąć w kłamstwie aby uczynić zadość dobrym obyczajom, ale już nie oponuję. No, widać tak już tutaj jest, że dziecko musi być tłuściutkie, a jak nie jest to w dobrym tonie leży wmawianie rodzicom, że jest. Ale naprawdę nie można pochwalić u bobasa czegoś co faktycznie posiada? Długie włoski, śliczne oczka, zgrabny nosek? Nie wiem, ja tu jestem naturalizowana obywatelka w tych stronach ;) więc po prostu się dostosuję. A zdziwioną minę schowam do kieszeni i wyjmę przed Wami. Ot, co.

Matka niezastąpiona

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie…! To MAMA!

Matka jest tylko jedna. Niezastąpiona superbohaterka. Możesz się na nią denerwować, możesz na nią psioczyć, krzyczeć, ale kiedy nadejdzie kryzys i tak będziesz jej potrzebował.

Ad rem. Wczoraj wybraliśmy się z M. na noc saunową. Po zamknięciu hal basenowych zeszła się grupa saunujących aby skorzystać z trzech rytuałów, peelignu, masaży, relaksującej atmosfery, różnych saun, basenów schładzających i poczęstunku na tarasie zewnętrznym. Impreza zaczęła się krótko po 22, a skończyła późną nocą, albo wczesnym rankiem. Nie wiem, bo my z M. ewakuowaliśmy się po ostatnim rytuale czyli około 1 w nocy stwierdzając, że przyjęliśmy swoją dawkę ciepła na ten miesiąc, a poza tym nie wypada spać do 15 skoro mamy dziecko. Przed wyjściem wykąpaliśmy Kiki i uśpiliśmy ją zostawiając ją w dobrych rękach moich rodziców. Mama obiecała, że rano do niej wstanie, żebyśmy mogli odespać randkę. Było to konieczne, bo jakoś nie potrafiłam myśleć o położeniu się o 2 i wstawaniu do niej o 6 bez nerwowego tiku, (oko mi latało na samą myśl). Kitka zachowała się wprawdzie bardzo kulturalnie, bo uszanowała babciną potrzebę snu i, mimo że zasnęła o 20 to wstała dopiero o 7:30, (dla mamci to nigdy nie jest taka wyrozumiała…)

O 10 martwą odemknęłam powiekę. Lecz zamiast pieszo do lokalnych świątyń progu iść za zwrócone życie podziękować Bogu postawiłam z M. kropkę nad i, czyli nagraliśmy mały reprise do randki z poprzedniego wieczoru. Koło 11 wychynęliśmy z czeluści naszego pokoju, aby dowiedzieć się, że: Mała Ze wstała o 7:30, została nakarmiona, i przewinięta, pobawiła się, z braku nocnika, który popadł w niewolę w naszym pokoju walnęła kupę w pieluchę, pojechała z dziadkami na zakupy, poszła do sąsiadki po jajka i mimo wyraźnego zmęczenia odmawia spania w sposób głośny i niepozostawiający wątpliwości. Ponieważ chwilowo dziecko było zajęte zabawą, ustaliliśmy, że zjemy z M. śniadanie i zaraz po tym spróbujemy ją uśpić. Myśl była trafna, bo mniej więcej w połowie mojej świeżej bułeczki mała zaczęła pocierać oczka. Mama spróbowała po raz kolejny uśpić ją stosując standardową procedurę ;) ale niewiele to dało. Głośne protesty zmusiły ją do kapitulacji. Spróbował M., ale mama zgasiła jego zapał w zarodku, (w sumie niepotrzebnie, bo od trzech dni sam ją usypia ze skutkiem pozytywnym), Przełknęłam w pośpiechu ostatni kęs i weszłam do pokoju Ewy.

Proszę Państwa, to nie było wejście. To było Wejście. Weszłam bowiem jak Kapitan Ameryka w środek bitwy, jak Superman do kryjówki czarnego charakteru, aby uwolnić spętaną Lois, jak oddział pancerny na pole bitwy piechoty. Zsunęłam roletę niżej, żeby bardziej przyciemnić pokój. Wyłączyłam światło w karuzelce, zapętliłam kołysanki, zamknęłam drzwi do pokoju dziadków i przymknęłam drzwi do naszego. Zapakowałam dziecko w śpiworek, (bez względu na upały nie umie bez niego zasnąć, chyba, że pada już na twarz), wzięłam na ręce i zaczęłam ją kołysać w sobie tylko znany sposób robiąc szeptem chórki dla Turnaua i Umerowej. W pierwszej chwili Ewa wygięła się w łuk jęcząc, że nie chce. Po paru sekundach spojrzała na mnie szparkami zamiast oczu i przestała stawiać opór. Jeszcze pięć sekund i oparła główkę na moim ramieniu i objęła mnie rączkami. Kołysałam ją chwilę dłużej niż było potrzeba, żeby na pewno nie obudziła się z płaczem przy odkładaniu. Ogółem cała akcja zajęła mi jakieś 5 minut.

Poczułam się naprawdę wyjątkowa. Poczułam się jak prawdziwy superbohater. Poczułam, że jestem absolutnie niezastąpiona, a w dodatku dla tej małej istotki jestem wszechmocna, jestem odpowiedzią na wszystkie pytania, remedium na każdy problem, z którym się spotyka, że jestem gwarancją jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. To wspaniałe, niepowtarzalne uczucie i nie sądzę, żeby coś oprócz rodzicielstwa mogło je wywołać.

Po urodzeniu Ewy szybko doszłam do wniosku, że rodzice dają swoim dzieciom wszystko, a dzieci nigdy nie będą w stanie im się za to odwdzięczyć, bo po prostu nie są w stanie tego zrozumieć dopóki nie mają własnych. Teraz wiem, że jest odwrotnie. Ten ogrom miłości jakiego doświadczamy przy dziecku i od dziecka jest czymś za co rodzic jest wdzięczny do końca życia.