Wiele mieszczące „niemal”

Teściowa może być niemal idealna. Miałam szczęście na taki skarb trafić. Ale w słowie „niemal” mieści się ta odrobina dziegciu, którą posiada ponoć każda beczka miodu. I ona czasami potrafi doprowadzić do wrzenia.

1. Teściowa zawsze bardzo się cieszyła jak przyjeżdżaliśmy do niej z Ewą. Mieszkamy mniej więcej 10 minut autem od niej, więc bywamy tam co najmniej raz w tygodniu, ale zwykle częściej. I dobrze, że się cieszyła. Problem w tym, że okazywała tę radość zawsze bardzo głośno i żywiołowo. Teraz to nie sprawia problemu, ale dwu-, trzymiesięczna Kitka mocno nadwyrężała swój niedojrzały układ nerwowy przy każdej wizycie. Po prostu było za głośno, za dużo bodźców, zbyt gwałtowne branie na ręce zamiast powoli czekać z boku i pozwolić się dziecku oswoić z widokiem gości. Teściowa ma dość donośny głos sama z siebie, a spotęgowany nieokiełznaną radością robił się naprawdę ciężki do wytrzymania, zwłaszcza dla tak małego dziecka.

2. Kiedy Ewa stabilnie siedziała i bawiła się na podłodze, teściowa uznała, że to dobry moment, żeby bawić się z nią. A jaka zabawa może być lepsza niż robienie hałasu? Najlepiej blisko dziecka, żeby na pewno usłyszało. I tak zaczęły się zabawy takie jak klaskanie tuż przed nosem Ewy wsparte głośnym „HAA-LO!!” przy każdym klaśnięciu, dzwonienie zabawkami tuż przed twarzą dziecka, jeżdżenie pluszakami po buzi, a wszystko to osiągnęło absolutne apogeum kiedy zakupiony został tamburynek. W tym momencie wiedziałam, że jestem zgubiona. Tamburynkiem bawimy się następująco: trzaskamy w membranę i dzwonimy jak najgłośniej, jak najbliżej dziecka. Nie należy się przejmować tym, że maluch z płaczem się odsuwa i chowa w ramionach mamy. Na wszelkie tego typu zabawy pozwalałam dopóki dziecko jeszcze to względnie tolerowało. W momencie kiedy widziałam, że Ewa ma już dosyć, że robi się rozdrażniona przerywałam to zwracając teściowej uwagę, że mała się boi. Myślałby kto, że wystarczy raz to powiedzieć i człowiek dorosły pojmie i więcej tego nie zrobi. A gdzie tam.

3. Okazało się, że Ewa o wszystko może zrobić sobie nieodwracalną krzywdę. O wszystko. Wszystko. Klapnięcie na pupę to koniec świata. Babcia reagowała głośnym krzyknięciem i imitacją płaczu oraz narzekaniem, że dziecko zrobiło sobie taaaaaką krzywdę. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Na przykład kiedy mała była karmiona przez babcię i w próbie samodzielnego jedzenia wyrwała jej plastikowy widelczyk po czym zaczęła nim machać to nie było niebezpieczne. „Niech jej to mama odbierze!”, „No, nie chce puścić…”, „Ale zaraz wsadzi sobie w oko!”, „No, patrz, no co ja mam zrobić…”. Podbiegłam i wyrwałam Ewie widelec jednym sprawnym ruchem. W ocenie babci to najwyraźniej było mniej niebezpieczne niż upadek na pupę. W kwestii bezpieczeństwa Kitki teściowa straciła jednak całe moje zaufanie po sytuacji, która miała miejsce w lipcu. Prowadzała małą po ogrodzie i oglądały różne krzaczki i kwiatki. Nagle usłyszałam następującą sekwencję zdań: „Ojej! Zobacz zadrapnęłaś się o jeżynę!”, a za chwilę, (głośniej): „Nie, jeżyny nie dotykaj, bo możesz się o nią podrapać!”. Nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, bo to normalne, że dziecko gdzieś się zadrapnie, gdzieś się uderzy, stłucze kolano itp. Ale potem usiedliśmy na kawę i Ewę przejęła moja mama. Zauważyła jakieś zadrapanie na jej rączce i spytała mimochodem: „A tu co się stało?” na co teściowa odpowiedziała: „Nie wiem, przy mnie się nigdzie nie zadrapała”. Jeśli nie ma dość odpowiedzialności, żeby się przyznać, że zdarzył się jakiś drobiazg to nie mogę zakładać, że będzie dość odpowiedzialna, żeby poinformować mnie o czymś poważniejszym. Na przykład, że Ewa mocno uderzyła się w głowę i może mieć wstrząs mózgu.

4. Wszystko jest brudne. A brud to najgorszy wróg dziecka. Szczerze? Nie znam zbyt wielu dzieci, które zrobiły sobie poważną krzywdę, czy bardzo się rozchorowały od tego, że wzięły do buzi ręce, które jeszcze chwilą dokładnie zapoznawały się z dywanem. Oczywiście wiem, że istnieje coś takiego jak pasożyty i nigdy, przenigdy nie pozwolę Ewie jeść piasku. Ale nie sądzę, żeby konieczne były sterylne warunki, ani że bardzo się rozchoruje, bo wzięła do buzi klucze, albo chrupka, który sekundę temu upadł na dywan. W związku z tym mam mdłości kiedy po raz setny słyszę „Nie do buzi!!!”

5. Jedzenie. To w ogóle cała osobna historia. Kiedy Ewa zaczynała jeść stałe posiłki – papki, ostatnią osobą, której uczestnictwa przy tym pragnęłam była teściowa. Dlaczego? Bo albo pokrzykiwała – „Jaka zupka dobra? TAKA zupka dobra!” – klepiąc się energicznie po brzuchu, albo – kiedy WYDAWAŁO jej się, że Ewa nie chce czegoś jeść – pokrzykując (a to nowość, nie?): „FUU! Nie smakuje deserek? FUU!”. Z kolei kiedy już ustaliła czy zupka jest dobra czy niedobra dziwiła się jak to dziecko caaaaałe jest upaprane. Serio??? Pięciomiesięczne dziecko ma pełno jedzenia wokół ust? Niesamowite! Powtarzaj jej więcej, że brzydko je, to ją nauczy! Z kolei teraz upodobała sobie inną zabawę z jedzeniem. Ewa za chwilę skończy 11 miesięcy. Jada już praktycznie wszystko to co my, nie gotujemy jej oddzielnych obiadków. Niestety teściowa wie swoje. Więc za każdym razem kiedy jemy obiad u niej, dla małej jest zawsze (!!!) gotowane skrzydełko, albo udko kurczaka, marchewka z rosołu, albo kalafior i ziemniaczki z masełkiem. Rozgniecione na papkę! Nie pomaga tłumaczenie, że Kitka nie dość, że je normalne obiady i te mdławe gotowane mięska i warzywka jej niezbyt smakują, to jeszcze na dodatek ma osiem zębów co prowadzi nas do logicznego wniosku, że już dawno wyrosła z papek i świetnie sobie radzi z gryzieniem. Skoro więc z upodobaniem i na dodatek skutecznie obgryza aluminiową ramę wózka to zapewne poradzi sobie z gotowanym kartoflem. Powtarzaj jej to – jak grochem o ścianę.

6. Oczywiście na samym początku kiedy Ewa była noworodkiem teściowa zawsze lepiej wiedziała jak ją nosić, kiedy ją karmić, (za każdym razem jak jęknie, przecież po co innego dziecko wydaje z siebie dźwięki?), czy akurat jest głodna, czy jest jej zimno, (zawsze), gorąco, (w sumie kłamię, gorąco jej nigdy nie bywało wg teściowej…), dlaczego ma czkawkę, (z zimna oczywiście), czy chce jej się spać, (ale Boże broń, żeby spała jak akurat babcia ją raczyła nawiedzić, bo przecież chciała się nią nabawić…). Spokojnie i z uśmiechem prostowałam wszystkie jej pomysły co skutkowało spojrzeniami pełnymi dezaprobaty i mówiącymi: „Boże, biedne dziecko, na jaką ono matkę trafiło…”. Te spojrzenia były uzasadnione tym, że przez dwadzieścia lat była położną. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że z całym tym imponującym stażem pracy potrafiła strzelić takie boble w swoich „dobrych” radach.

Teraz już jest naprawdę dobrze, teściowa się uspokoiła, Ewa podrosła i wszystko jakoś się wyrównało – jej entuzjazm i Ewy tolerancja. A do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która miała miejsce dzisiaj, a w której akurat moja kochana teściowa nie brała udziału. Bohaterami był mój szwagier i babcia M., a prababcia Ewci. Mała bardzo chciała wejść na stół, żeby pościągać wszelkie kawy, ciasta i przyległości na podłogę, bo na parterze dużo przyjemniej byłoby się nimi bawić. Spotkało się to z moim stanowczym protestem. Mianowicie powiedziałam, że tego nie wolno i odsunęłam ją raz (siedziałyśmy na kanapie). Kitka ponowiła próbę dotarcia do kawy, ale finał był identyczny. Kiedy zobaczyłam trzeci raz ruch w stronę stołu powtórzyłam, że nie wolno, po czym wyjaśniłam, że skoro nie słucha to zestawię ją na podłogę. Postawiłam ją przy kanapie, na której było pełno zabawek, Ewa zostawiła stół w spokoju i zajęła się czymś innym. Rzuciłam wtedy uwagę, że nie dopuszczę do tego, żeby moja córka była rozpuszczonym bachorem, który wszystko wymusza płaczem i krzykiem, bo wie, że wtedy jej ustąpię. I zostałam zalana falą sceptycyzmu. Najpierw prababcia stwierdziła, że już za późno, (że what? przecież mała dopiero zaczęła tego próbować), bo od początku była noszona na rękach i przytulana, (what? what?? whaaat???). Powiedziałam, że jeszcze jest czas ją tego nauczyć, po prostu nie wolno pozwalać na złe zachowanie. Na co prababcia ze zgrozą w oczach spytała: „Chyba nie będziesz jej biła?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że nie, że wystarczy spokojnie i konsekwentnie powtarzać, że nie wolno i w końcu mała „zaskoczy”. Zostałam obdarowana pobłażliwym spojrzeniem, a ze strony szwagra uwagą, że to nie podziała, a w ogóle to nie ma żadnych szans, żeby mała nie była rozpuszczona i że sama jeszcze zobaczę. Powiedziałam: „Daj mi dwa lata to zobaczysz.” „Dobra, nie będę się kłócił.” – odparł on. Brakowało jeszcze tylko, żeby na koniec dodał: „… z głupią.”

A najlepsze jest to, że wszystkie takie uwagi, mądrości, dobre rady i traktowanie dziecka „po swojemu” dotykają zawsze matkę, nigdy ojca. I to jest naprawdę wielka niesprawiedliwość, bo matka się denerwuje i przejmuje, a ojciec jest traktowany jak tłuk, którego rola ograniczyła się do spłodzenia potomka, a potem nie ma nic do gadania, nie ma prawa do podejmowania decyzji dotyczących dziecka i z całą pewnością nie wie o nim wystarczająco dużo, żeby można było z nim coś ustalać. Akurat mężczyznom rzadko to przeszkadza, bo są wygodni. Ale to nic, ja cierpię za nas dwoje ;)

21 myśli nt. „Wiele mieszczące „niemal”

  1. ~Mira Faber

    Dobre. Tak to jest, że wszyscy w okół zawsze wiedzą najlepiej a Ty źle robisz, choćbyś nie wiem co zrobiła. Bo to jest konkurs na to kto jest mądzrejszy. A jamądrzejsza jest matka, która kieruje się swoją intuicją, swoimi zasadami i swoim sercem! I chwała Ci za to :)

    Odpowiedz
  2. ~Mamuśka Mylcia

    U Nas „aż” tak źle nie było. Najgorsze, co się Nam przytrafiło to dokarmianie Hanki za moimi plecami … krew się we mnie gotowała. Hania miała raptem pół roku, dopiero, co marchewkę próbowała a teściowa przy każdej wizycie dawała jej coś, na co było dużo za wcześnie (mięso, słodkie ciastko). Taki nerw mnie brał, że miałam ochotę się spakować i wracać do domu. Bo przecież „moje dzieci w tym i w tym wieku to już jadły to i to…”. I co z tego- się pytam?! Moje dziecko i to ja decyduję kiedy co wprowadzam. A nie … 7 miesięcznemu dziecku bigos dawać (z Hanką do tego nie dopuściłam).
    Moja mama jeśli chodzi o żywienie, zawsze była ostrożna ze względu na alergie, a teściowa znowu odwrotnie.
    Ile ja musiałam się naprodukować …
    Co do płaczu: Postępuję z Hanią tak samo jak i Ty. Wiele razy Hania chciała ze stołu coś zabrać, więc ją sadzałam dalej i tłumaczyłam, albo kiedy chciała wyrwać kubek z ciepłą herbatą. Było tak, że płakała i krzyczała jednocześnie i co wtedy- babcia z dziadkiem na ratunek przybywają- co się stało, biedne dziecko, chodź na rączki. Ich tłumaczenie- nie mogą słuchać jak biedna płacze. Ile to gadania było z mojej strony … dalej takie sytuacje mają miejsce, z tą różnicą, że jestem bardziej stanowcza i nie pozwalam im ingerować w mój sposób „działania”. Efekt- Hania pozłości się i jej przechodzi, albo bawi się tym, co ma pod ręką. A ostatnio skubana mnie zaskoczyła. Już nie pamiętam co zrobiła, ale pamiętam, że ją posadziłam na łóżku, a Ona się rozpłakała tak ostro, gdy posiedziała sama, a ja nie reagowałam (siedziałam z boku), Hania wstała, przestała płakać i chciała się przytulić, gdy ją przytuliłam, to ta buzi mi dać chciała już z uśmiechem :) Rozbawiło mnie to :)

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Hahaha! :D Akcja z buziakiem boska! Czyli po prostu chciała Cię chyba po swojemu przeprosić? Mi tak Ewa ostatnio śmiesznie zrobiła jak siedziała u mojej mamy. Coś ostatnio bardzo do niej lgnie, więc pochyliłam się nad nią ze smutną miną i mówię: „Co kochanie? Chyba wolisz babcię od mamy, prawda?” A ona odwróciła się do mnie, dała mi buziaka i z powrotem zajęła się tym czym się zajmowała :D Śmieję się, że powiedziała: „Daj spokój mama, nie piernicz, daj mi się bawić”. A Twoja teściowa to mnie tym bigosem zabiła… Faktycznie Ewcia jada już prawie wszystko to co my, ale bez przesady, na pewno nie takie rzeczy jak bigos, grzyby, czekolada itp.

      Odpowiedz
  3. ~Ewelina Malina

    Podpisuję się wszystkim kończynami i nosem pod tym co napisałaś, ale przerażona jestem tym, ile jeszcze przed nami… Bo z tym krzyczeniem do ucha, czkawkami i marznięciem dziecka to już znamy, ale reszta dopiero nas czeka. Chyba zainwestuję wtedy w jakieś tabletki na uspokojenie. Co z tymi teściowymi jest nie tak? Bo u nas to też moja teściowa tak robi, moja mama nie…

    A z tym facetem to też prawda, teściowa również uważa, że jej syn nic nie wie, spłodził dziecko i na tym koniec, w ogóle go nie słucha, jak on zwraca jej uwagę, więc zawsze do akcji muszę wkroczyć ja. I widzę, że myśli, „ale ona jest durna!”. Także tego. A jej mina, jak powiedziałam, że Hanka zacznie dostawać co innego do jedzenia niż mleko dopiero po 5. miesiącu- bezcenna;D

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      No u mnie mama też ma swoje za uszami ;) ale uczciwie przyznaję, że niewiele. Poza tym ona faktycznie „się poprawia” jak jej zwrócę uwagę. Z tymi teściowymi to faktycznie nie wiem what the fuck. Chyba po prostu bycie matką chłopca jakoś wpływa na hormony kształtujące mózg po ciąży :D A tak serio to mam teorię. Mama wie mniej więcej co przekazała Ci w procesie wychowania, wie jak Cię „podejść”, żeby dać Ci radę ale nie denerwować Cię i przeważnie ma większy wpływ na to jakie metody stosujesz przy dziecku, bo ma większy wpływ na Ciebie. Natomiast teściowa chciałaby, żebyś stosowała takie metody jak ona, bo uważa, że są słuszne, ale wszystko musi sobie „wywalczyć”, bo wie, że jej tak łatwo nie posłuchasz. :) Oczywiście bywa i odwrotnie, ale przynajmniej w naszych przypadkach jest tak a nie inaczej.

      Ewelino! Pociesz się, że gorzej byś to znosiła gdyby to Twoja mama odwalała takie numery! :D No i nie przejmuj się tym co was czeka. Może jeszcze wszystko się zmieni? A jak nie to i tak przetrwasz. Spokój, głupawy uśmiech i konsekwencja – recepta na wszystko ;) Ja w gorszych momentach wysyłałam do teściowej M., bo kiedy spokój zawodził on mógł na nią troszkę pokrzyczeć ;)

      Odpowiedz
      1. ~Ewelina Malina

        hahah czyli czeka mnie duuuużo głupawych uśmiechów;DD
        Wiesz, jak zobaczyłam, jak moja teściowa daje 5-miesięcznemu dziecku POMARAŃCZĘ, bo ona tak żałośnie wygląda i na pewno jest głodna (też była jeszcze tylko na mleku), to przysięgłam sobie, że nigdy mojego dziecka z nią nie zostawię…

        Odpowiedz
        1. Herbata Autor wpisu

          O, Boże… Pomarańczę??? No pięknie… A głupawe uśmiechy ćwicz Ewelinko przed lustrem, żeby przekonująco wypadały :D Ja na początku miałam z nimi ten problem, że z oczu i tak strzelały mi sztylety ;)

          Odpowiedz
  4. ~Antonia

    ja nie jestem teściową ale czasami się lubię wtrącić. chociaż wiem że matka i ojciec są niezastąpieni i potrafią wychowywać. kiedyś się bardzo wtrącałam ale uznałam że „twój cyrk, twoje małpy”. i kilka słów do Twojego postu:
    - tamburynek jest najlepszy. i bębenek. i wszystko co robi hałas. szczególnie kiedy mama i tata są niewyspani;))
    - jest takie powiedzenie „od brudu nikt nie umarł a od świeżego powietrza cała armia napoleońska” to fakt wszyscy się brudzimy.i trzeba się myć. ale trzeba powiedzieć że alergie często powstają wtedy gdy jest sterylnie czysto.pozwólmy dzieciom na odrobinę kurzu.
    - czytałam że małe dziecko ma kubki smakowe nie tylko na języku ale także w okolicach ust.
    więcej grzechów już nie pamiętam. wychowuj po swojemu:)
    -

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Tamburynek jest super, ale teraz, kiedy mała ma już bardziej ogarnięty układ nerwowy i radzi sobie z takimi bodźcami. To powiedzenie o brudzie też znam :D No i moim zdaniem to, że dziecko raczkuje po dywanie, a potem chwyta tą rączką chrupka i go zjada nie jest niczym niebezpiecznym. Organizm musi się w bezpieczny sposób i w małych dawkach zapoznać z bakteriami i zarazkami, z którymi będzie miał styczność przez najbliższych kilkanaście lat. Inaczej w końcu kiedyś się dziecka nie upilnuje, i tak położy tą rączkę do buzi, a jak nie będzie „zaznajomione” z tym co się w tym brudzie znajduje to się pochoruje od razu i to poważnie. Takie jest moje zdanie. Ale z tymi kubkami smakowymi wokół ust to mnie zaskoczyłaś. Poważnie? Ciekawe jak w takim razie one odczuwają smak? Szkoda, że nic człowiek nie pamięta z tego okresu, bardzo jestem ciekawa jak to się odczuwa. No i to by tłumaczyło dlaczego nawet jak potrafią jeść czysto to dzieci lubią wyjąć jedzenie z buzi i posmarować sobie nim wokół ust.

      Odpowiedz
      1. Antonia

        gdzieś to kiedyś wyczytałam jak zwykle – że małe dzieci tak się kontaktują z jedzeniem i lubią sobie pomazać po twarzy- dużo czytam więc kiedyś jakiś artykuł przeczytałam. i że dlatego nie powinno się od razu wytrzeć dziecko tylko aż dziecko się z tym smakiem zaznajomi.

        Odpowiedz
        1. Herbata Autor wpisu

          No patrz, to ja całkiem nieświadomie dobrze robiłam :) Bo teściowa małej wycierała buzię prawie po każdym kęsie, a ja wychodziłam z założenia, że nie ma to większego sensu i tylko mnie umęczy a ją zdenerwuje i czekałam do końca posiłku. No chyba, że była tak uświniona, że istniała obawa, że wetrze sobie wszystko w oczy i włosy.

          Odpowiedz
      2. ~jus

        a ja ostatnio trafiłam na jakieś filmiki Zawitkowskiego i utknęło mi w głowie jego stwierdzenie, że niemowlę jest istotą omnipotencjalną – oznacza to, że każdy dotyk i w ogóle wrażenia sensualne (niestety także te przykre) odczuwa całym ciałem. Co prawda niewiele ma to wpólnego z tematem kubków, ale zrobiło na mne mega wrażenie, teraz mi się przypomniało, więc się dzielę:)

        Odpowiedz
        1. Herbata Autor wpisu

          Zostając luźno w temacie: ciekawe rzeczy, które słyszałam o niemowlętach, to również ta, że pakują wszystko do buzi nie, żeby sprawdzić czy jadalne i jak smakuje, ale dlatego, że wtedy najdokładniej czują kształt i fakturę. Włożenie przedmiotu do buzi równa się dokładnemu jego obejrzeniu.

          Odpowiedz
  5. ~jus

    Powiem Ci, że nieźle się bawiłam przy tym poście, póki nie przeczytałam, że teściowa ukochana była położną. Wtedy do mnie dotarło jak to zapewne wyglądało przez pierwsze tygodnie (przecież i tak bardzo trudne:/) i podziwiam, że masz w sobie tyle pogody i dystansu i nadal lubisz swoją teściową (wnoszę to po pierwszym zdaniu ;-)) Ja bym już poszła na wojnę!
    Na szczęście moja, wiadomo wady ma, ale do dzieciaka się nie wtrąca, a raczej stara się chwalić z daleka i wspierać finansowo. Ale mam taką sytuację, że będę z nią przez miesiąc mieszkała i ciekawam, czy to jej niewtrącanie się nie zmieni…

    I muszę przyznać, że nic mnie tak nie wkur… irytuje jak protekcjonalne traktowanie pod tytułem: „ja wiem lepiej, sama się przekonasz”. O wrrrr!!! na drugim miejscu jest (podane oczywiście równie protekcjonalnie) „zleci, ani się obejrzysz, jeszcze zatęsknisz za…” i tu wstawić jakieś niebotycznie frustrujące zachowanie Bąbla, które akurat mnie doprowadza na granicę choroby psychicznej. Zresztą nigdy nie lubiłam powiedzenia „zleci, ani się obejrzysz”, mam wtedy wrażenie jakby wszystko co teraz robię i przeżywam było gucio warte. Ale to tak na marginesie:)

    Pewnie, że wychowasz Ewę na dobrze ułożoną, pewną siebie damę!!! głównie właśnie DLATEGO, że jest przytulana, kochana i ma w Tobie oparcie. Dzięki temu Twoja konsekwencja i wymaganie od niej pewnych zachowań będzie wywierało odpowiedni skutek!

    A na koniec pozwolę sobie przytoczyć pewien cytat, który gdzieś jakaś mama wrzuciła na jednym z forów, za cholerę nie pamiętam gdzie. Otóż usłyszała od jakiejś ciotki klotki, sąsiadki czy innego dobrodoradzacza mniej więcej coś takiego: „tacy pewni siebie ci młodzi rodzice teraz, oczytani, wydaje im się, że najlepiej wiedzą co jest potrzebne ich dzieciom”.
    O!

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Co do cytatu to mój teść bardzo się zżyma, że wychowujemy dziecko „według internetu” :D Bo przecież jak poszukasz porady w internecie to jesteś nieudolnym rodzicem ;) A w ogóle to ręce mi opadają jak Ewa ma gorszy dzień, jest krzykliwa i marudna, ja tu już dostaję białej gorączki, a tato mi mówi: „To jest naprawdę grzeczne dziecko, nie narzekaj bo to grzech. Moja siostrzenica to dopiero był szatan.” No fajnie, ale ja nie miałam do czynienia z nią tylko ze swoim super-grzecznym dzieckiem. I kiedy super-grzeczne jest marudne to rodzice i tak dostają po tyłku, bo są przyzwyczajeni do dobrego.

      Z protekcjonalnym „jeszcze się przekonasz” to najostrzej poszła nasza znajoma, z 6-letnim wtedy synem. Gdy byłam w ciąży spytała czy mała będzie spała z nami. Powiedzieliśmy, że nie, ma swój pokój a w nim swoje łóżeczko. „Dobra, dobra, jeszcze zobaczycie!” – usłyszeliśmy. Trzy miesiące po urodzeniu Kitki spytała – „Jak tam? Śpi już z wami?” Odpowiedzieliśmy zadowoleni z siebie, że nie, a ona na to – „Aha… No to poczekajcie, tak koło roczku i tak ją weźmiecie do łóżka!” No ręce opadają…

      Powiem Ci, że bywały sytuacje, że ja też już myślałam, że pójdę na wojnę. Na przykład kiedy teściówka zrobiła potworną awanturę, bo Ewa ma pleśniawki. A ona to mówiła! O! Tylko nikt jej nie słuchał, bo głupki myślały, że to nalot z mleka! A tu dziecko na te pleśniawki cierpi i się wykańcza! A ona to przecież jako położna połowę dzieci w swoim miasteczku wychowała! (chyba wyKĄPAŁA, bo to do tego ją zwykle wołali w pierwszych dniach po urodzeniu, ale kit). Ale ostatecznie czekałam aż sobie poburczy, pobawi się w obrażalską i jej przejdzie. Wkurza mnie czasami, to fakt. Ale traktowała mnie od początku jak córkę, (nawet jak byłam w ciąży to zdarzyło jej się zadzwonić i spytać: „Jak się czujesz córeczko?”, ale chyba się spłoszyła, bo więcej mnie tak nie nazwała), szaleje za wnuczką i wiem, że większość tych wkurzających zachowań nie wynika ze złośliwej chęci postawienia na swoim, ale po prostu z miłości i troski :)

      I na koniec zupełnie off-topowe spostrzeżenie: człowiek na co dzień nawet nie widzi ile miłości go otacza. Gdyby tylko miał dobrą wolę przyjrzeć się motywom innych ludzi, założyć, że oni mają dobre intencje, to byłby o wiele szczęśliwszy i mógłby dać innym dużo więcej dobrego. Ok, tym pozytywno-patetycznym fragmentem kończę swój przydługawy komentarzyk ;) Żałuję naprawdę, że Ty nie prowadzisz bloga, bo byłabym tam stałym gościem :)

      Odpowiedz
      1. ~jus

        Ha! ja też miałam DOKŁADNIE taką samą konwersację z koleżanką (którą zresztą bardzo lubię;-)), o tym spaniu w łóżku! I też mnie pyta co jakiś czas czy „już” Adam śpi z nami i uparcie twierdzi, że w końcu tu wyląduje. Na nic się zdają tłumaczenia, że nikomu z nas nie jest tak wygodnie, ani mi ani mężowi, ani Bąblowi:)

        Wiesz, chciałabym mieć tyle dobrej wiary co Ty… ja niestety mam wrażenie, że częściej takie komentarze nie są przejawem miłości czy dobrych chęci, tylko przekonania, że moja racja jest najmojsza… wiesz, to ego o którym pisałaś wcześniej:) ale na pewno są wyjątki!

        a co do bloga to Ci powiem Herbatko droga, że nawet zaczęłam;) na fali galopujących hormonów po porodzie popełniłam dwie depresyjne notki, na szczęście później życie mnie wchłonęło i zaprzestałam procederu.
        Jednak najlepiej mi się komentuje czyjeś spostrzeżenia, zwłaszcza takie inspirujące, jak znajduję tutaj ;-))

        Odpowiedz
        1. Herbata Autor wpisu

          Może i tak, ale ponieważ żyjemy w obrębie własnej świadomości, to możemy do pewnego stopnia kształtować rzeczywistość. Jeśli więc wierzę, że to z miłości i przyjmuję te komentarze za dobrą monetę, to takimi się stają, bez względu na stan faktyczny :) Czy więc tak naprawdę mam w sobie dużo dobrej wiary, czy po prostu trochę „oszukuję” życie? ;) Hahaha! „Cheaty na życie i kontakty z ludźmi” – będę sprzedawać za grubą kasę :D

          Cieszę się naprawdę, że tutaj zaglądasz :)

          Odpowiedz
  6. ~Ilona S

    No ja nie wiem, co pokolenie jest ten sam problem. Czy te nasze babcie lubiły gdy ktoś im się wtrącał do wychowywania dzieci ? Mam to samo, tyle, że mam ten komfort, że mieszkamy w bezpiecznej odległości od jednych i drugi dziadków :) Moja mama to typ czyściocha, nie może znieść gdy dziecko ma lekko przybrudzoną bluzeczkę. Teściowa, skrajność w drugą stronę, brudu nie widzi, a wypadałoby już czasem. A na koniec HIT. Gdy Misia miała ok 11 miesięcy, zostawiliśmy ją na godzinę z teściową. Wracamy i słyszę tekst „zrobila kupkę, ale nie wiedziałam czym to wytrzeć więc zmieniłam tylko pampersa”. Moje zaufanie spadło natychmiast do minimum ! W zależności od sytuacji, dupkę przecieram mokrą chusteczką albo myję pod kranem. Nieoczyszczona pupa = zaczerwienienie. Byłam wtedy tak wściekła !!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>