Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

Jak rasowy psycholog, którym nie jestem, zacznę od osoby mojej matki. Moja mama jest typową Matką Polką. Podręcznikowy przykład. Oddana dziecku i mężowi, absolutnie altruistyczna, odmawiająca sobie, żeby tylko oni mieli. Zawsze tak było. Kiedy byłam całkiem mała uważałam, że to standard, bo tylko z takim podejściem matki do dziecka miałam styczność. Potem, kiedy podrosłam i poszłam do szkoły, okazało się, że nie każdy ma tak dobrze jak ja i zaczęłam mamę bardziej doceniać, chwalić się nią i okazywać jej jak bardzo jest wyjątkowa. W okolicach gimnazjum i liceum byłam już na tyle dojrzała, żeby zrozumieć, że mimo całego poświęcenia dla nas, które daje mamie widoczną satysfakcję, powinna mieć też czas dla siebie i pozwalać sobie na jakieś przyjemności i wydatki. Starałam się ją do tego nakłaniać, często bezskutecznie, ale jednak jakieś małe sukcesy były. Kiedy urodziła się Ewa mama stała się babcią. Bardzo zaangażowaną babcią. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć kiedy potrzebuję rady, albo pomocy. Wiem, że mogę zostawić z nią małą i nie martwić się czy da sobie radę, czy będzie wiedziała co i jak, albo czy nie zrobi czegoś wbrew moim metodom wychowawczym. Ewa też jest do niej bardzo przywiązana, myślę, że traktuje ją wręcz jak drugą mamę.

Zawsze widziałam siebie w roli matki i żony. To była moja „droga zawodowa”, w tym się chciałam realizować. I dalej chcę, to jest mój sposób na spełnienie. Jednak z czasem pojawiło się małe „ale”. Kiedy wyobrażałam sobie swój model macierzyństwa, widziałam dokładną kopię mojej matki. I na początku do tego dążyłam. Wprowadziłam tylko małą zmianę już na starcie, bo poświęcałam więcej czasu mężowi, (chodzimy na randki, wybywamy na zakupy tylko we dwoje itp.) Jednak ogólny kierunek jeszcze się nie zmienił.

Ostatnio miałam ciężki czas. Złożyło się na to kilka czynników – ciężka i zmienna pogoda, co za tym idzie kiepski humor Ewy, dużo wrzeszczenia z jej strony, pewnie częściowo przez pogodę, a częściowo przez zęby, moje zmęczenie tym wszystkim, a przypuszczam, że i kiepski wpływ na mnie mają tabletki hormonalne, które muszę brać (na szczęście jeszcze tylko parę dni.) Dodatkowo Kitka zredukowała ilość i długość drzemek, a w sobotę w ogóle dała wieczorny popis swoich umiejętności wokalnych od 19 do 23. Wszystko to sprawiło, że kiedy miałam czas dla siebie nie chciało mi się szukać ambitnych rozrywek, więc siadałam przy komputerze i przeglądałam Wasze blogi, facebook’a, albo włączałam tv i oglądałam co się nawinęło, (głównie bajki i mózgojeby takie jak „Trudne sprawy”, czy „Szpital”.) Doszło do tego, że zajmowanie się Ewą widziałam jako przykry obowiązek, a nie przyjemność. Popadłam w czarną rozpacz, że jestem złą matką, że jestem okropnym człowiekiem, że w ogóle nic nie umiem, nic nie robię i jestem do kitu.

Szukając wymówek na podrzucenie Kikulka mamie jednego dnia upiekłam roladę. A raczej twór roladopodobny, bo wyszła z tego totalna masakra :D Ale bawiłam się przy tym nieźle. Drugiego dnia wyekspediowałam małą z rodzicami na spacer, a sama odkurzyłam dom, pozbyłam się owadów za pomocą morderczego muchozolu, wywietrzyłam wszystkie pomieszczenia i pomyłam podłogi. Trzeciego dnia gruntownie wysprzątałam łazienkę, pomyłam lustra i pościerałam kurze. Okazało się, że po każdym takim dniu czuję się coraz lepiej i już nie zalegam na kanapie oprowadzając małą wzrokiem po domu, ale chętnie bawię się razem z nią. I wtedy do mnie dotarło, że nigdy nie będę taką mamą jak moja. Zrozumiałam, że choć zdecydowanie realizuję się jako kura domowa, to jednak nie jestem typem Matki Polki, która potrafi z radością zapomnieć o sobie. Muszę mieć czas dla siebie i – co ważniejsze – dobrze go wykorzystywać. Nie umiem z siebie zrezygnować. Chcę mimo wszystko rozwijać swoje mizerne talenty: fotografię, pisanie, szczątkowy już, (bo kiedyś niezły) talent plastyczny, a także językowy i kulinarny (ten ostatni dość dyskusyjny…)

Oprócz tego przypomniało mi się to co wiedziałam już w czasie ciąży, a co mi się jakoś ostatnio „zapomniało”, a mianowicie, że nienawidzę nicnierobienia. Po ciężkim dniu, po wyczerpującej pracy – owszem, relaks i leżing jest ok. Ale ostatnio nawet w domu robiłam absolutne minimum, bo mi się nic nie chciało. I tak nakręciła się spirala rozlazłości. Nie cierpię być rozlazła, ugh! Na szczęście wszystko wskazuje na to, że już mi mięło :) Mam nadzieję, że uda mi się zająć trochę sobą, bo wtedy jestem też lepszą mamą i żoną. Postaram się też częściej pisać na blogu, bo to też karygodnie zaniedbałam przez co pogorszył się mój styl… :/ A jak już się nie pniemy w górę to chociaż trzymajmy poziom, doprawdy…

24 myśli nt. „Kura domowa i Matka Polka, czyli jak dla mnie o jedno za dużo

  1. ~Antonia

    moja mama na początku była kurą domową. została w domu żeby nas wychować – mnie, siostrę i brata. (a Ty masz jakieś rodzeństwo?) później w szkole okazało się że powiedzenie „kura domowa” jest pejoratywne. a przecież mama tyle robiła. miała na głowie cały dom (250m2), obiady, teściów (dziadek się cały czas wtrącał), męża, i oczywiście my, którzy na pewno przyczyniliśmy się do nie jednego siwego włosa. ale jakoś sobie radziła, nie było i nie jest zgorzkniałą matką ale dumną, szczęśliwą Matką, która po wychowaniu nas rozpoczęła swoją karierę (jest świetną księgową).
    teraz już nie uważam że pojęcie „kura domowa” jest czymś złym. wręcz przeciwnie. to jest ta skała na której buduje się prawdziwy dom, nie house lecz home.
    i jeżeli masz okazję zostać w domu, zobaczyć jak rozwija się Kitka, ogarniać milion spraw, jak zwykle gdy się „siedzi w domu” i czasami pisać coś do mnie to ja jestem na tak:)

    Odpowiedz
  2. ~Ilona S.

    Dokładnie w ten sam sposób myślę często o sobie i porównuję siebie z moją mamą. Wychodzi na to, że nie nieco się różnię. Nie potrafię tak całkiem z siebie zrezygnować bo wtedy marna ze mnie matka i żona. W swej rozlazłości robię się dość mocno podirytowana, zaniedbana i daleko mi wtedy do super Matki Polki. Tak już jest, że powtarzamy schematy wyniesione z rodzinnego domu. Zmieniły się jednak czasy i takich kobiet jak nasze mamy się już nie spotyka, zmienił się po prostu obraz Matki Polki i kury domowej. My jesteśmy te współczesne – oddane, ale i myślące o sobie bo gdy jesteśmy ogarnięte z sobą, dajemy naszym kochanym więcej. Ot moja teoria :)

    Odpowiedz
    1. ~t.vik

      Gdyby wszyscy mieli czerpać wzór ze swoich rodziców, to w niektórych rodzinach byłby wieczny rozpiździaj z pokolenia na pokolenie.
      Pozdro!

      Odpowiedz
      1. ~Dorota z Maminkowa

        Masz rację, ale bardzo trudno się oderwać od tych wzorców i często ludzie, którzy chcą być inni niż ich rodzice okazują się z czasem bardzo podobni do nich.
        Kiedyś znajoma psycholożka powiedziała mi, że mężczyźni albo chcą być swoimi ojcami albo chcą być ich przeciwieństwami, co przeważnie wychodzi na jedno.
        Znam wyjątek, więc przypuszczam, że jest ich więcej i niektórym udaje się refleksyjnie podjeść do wzorców jakie wynieśli z domu, a nawet potoczyć się bardzo daleko od jabłoni.

        Odpowiedz
  3. ~Dorota z Maminkowa

    Moja mama jako mama jest Matką Polką – dzieci zawsze były dla niej na pierwszym miejscu, ich potrzeby zawsze przedkładała nad swoje i dała nam ogromne poczucie bezpieczeństwa oraz pewność, że „nie ma jak u mamy”. Tak samo tata zawsze stawiał na pierwszym miejscu dobro dzieci i żony, co jest akurat rzadkością w męskim rodzie. Natomiast będąc doskonałą gospodynią, matką, kucharką moja mama nigdy nie porzuciła pewnego marginesu „dla siebie”, nie miała wprawdzie czasu na rozrywki czy wyjścia, ale za to bardzo ważna była dla niej praca nauczycielska, wynagrodzenie jakie z niej otrzymywała, to realne i to emocjonalne, oraz dbanie o siebie. Myślę, że dzięki temu znalazła równowagę.
    Ja jestem spełnioną mamą i spełnioną kurą domową, ale wiem, że do pełni spełnienia będę potrzebowała jeszcze satysfakcji zawodowej, bo dzieci kiedyś wyrosną, a samo zajmowanie się domem jest bardzo przyjemne, ale zupełnie niedoceniane i dla mnie to jest trochę za mało. Czasem przeżywam kryzysy i frustracje z tym związane. Wiem, że piekąc chleby i ciasta, gotując obiadki, wymyślając, co jeszcze mogę zrobić w domu, tak naprawdę sublimuję sobie pewne niewyżycie w innym obszarze, daję upust poskramianej kreatywności i potrzebie bycia pożyteczną, tłumaczę się niejako z tego, że nie pracuję i nie zarabiam. Lubię rolę kury domowej, lubię mieć posprzątane, ugotowane, upieczone, dzieci zaopiekowane, ale brakuje mi odskoczni – o tak, bo praca nie była i nie byłaby dla mnie karierą, a tylko odskocznią, dopełnieniem.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Dla mnie praca byłaby właśnie przykrym obowiązkiem raczej. Lubię być kurą domową i to mi wystarcza na polu zawodowym. Muszę tylko w byciu mamą i żoną znaleźć też czas na bycie po prostu Herbatą :)

      Odpowiedz
      1. ~Dorota z Maminkowa

        Tak, to bardzo ważne, bo dzieci przeważnie kiedyś wyfruwają z gniazda i wtedy trzeba mieć siebie, swoje pasje, umieć sobie wypełnić czas i znaleźć spełnienie w czymś innym.
        A praca to nie musi być przykry obowiązek, kiedy prowadziłam zajęcia dla dzieci lub klub seniora to nie czułam, że pracuję, a jeszcze miałam z tego jakieś pieniążki.
        Poza tym lepiej nie nastawiać się, że to przykrość, bo praca to bardzo często obowiązek, nie masz pewności, jak się życie potoczy i że zawsze będziesz miała kogoś, kto Cię utrzyma.

        Odpowiedz
        1. Herbata Autor wpisu

          Pójdę do pracy jak będzie taka konieczność, ale nic nie będzie lepsze od zajmowania się Ewą na co dzień. To jest to co zawsze chciałam w życiu robić i to się raczej nie zmieni :) Niektóre kobiety po prostu zamiast w pracy zawodowej realizują się w byciu gospodynią domową i mamą :) Poza tym bardzo nie lubię jak ktoś mówi, że mąż mnie „utrzymuje”, bo to brzmi jakbym ja nic nie robiła, a tylko ciągnęła OD NIEGO kasę. On pracuje w zawodzie, ja w domu też wykonuję jakąś swoją pracę. Różnica jest taka, że ja za to nie dostaję pieniędzy od szefa, dlatego to co on zarabia jest WSPÓLNE. Nikt nikogo nie utrzymuje za „swoje” pieniądze. Utrzymuje się utrzymanki ;)

          Odpowiedz
          1. ~Dorota z Maminkowa

            Rozumiem Cię dość dobrze, bo sama chciałam zajmować się dziećmi, póki nie pójdą do przedszkola i bardzo mi dobrze w roli pani domu, tak więc nie dziwi mnie Twój wybór. Aczkolwiek nie wyobrażam sobie, że dzieci będą chodziły do szkoły czy wyjadą na studia, a ja będę ścierała kurze trzy razy dziennie i robiła duże ilości dżemów, żeby zająć czas i myśleć, że móc mówić, że mam zawód gospodyni domowej, bo o dom to każdy powinien dbać, a o środki do tego dbania też zadbać trzeba. Dla mnie modelem idealnym, do którego mi jeszcze trochę brakuje byłoby to, że każde z nas ma czas na pracę zawodową, domowe obowiązki i rozwijanie swoich pasji. Nie wiem czy to jest wykonalne.

            Zdziwiłaś mnie, bo dla mnie oczywiste, że mnie i ciebie ktoś utrzymuje i nie ma w tym pejoratywu. Ja z niejaką dumą mówię, że mój mąż nas utrzymuje, bo gdyby nie zarabiał pieniążków na całą naszą czwórkę to nie mogłabym siedzieć z dziećmi w domu. Gdyby on nie pracował, gdybym była sama lub gdyby miał gorszą pracę, to musiałbym też utrzymywać dom. Nie wpadłabym na „utrzymankę”, bo dla mnie słowo „utrzymać” jakoś się łączy z odpowiedzialnością dorosłych za rodzinę i dom. Pewnie, że się z Tobą zgadzam, że wypełniamy pewne obowiązki, a nasi mężowie inne, ale wiele kobiet nie może nawet myśleć o wyborze w tym miejscu. Muszą pracować i prowadzić dom jednocześnie. Bo to tak naprawdę bardzo rzadko jest wybór, a częściej przymus. Także nie wzdrygaj się na bycie utrzymywaną, bo to raczej przywilej, a nie obelga.

          2. Herbata Autor wpisu

            No ale ja nie lubię tego słowa i co zrobić :) Źle mi się kojarzy. Oby Ci się Dorotko udało zrealizować Twój idealny model, życzę Ci tego, bo nie ma nic lepszego niż robić to co się kocha :)

  4. ~Ewelina Malina

    Ja też nienawidzę być rozlazła;D
    Teraz, jak Hania zajmuje 99% mojego czasu, a dalej mam czas zrobić obiad i posprzątać, to zastanawiam się, dlaczego ja wcześniej narzekałam, że tego czasu nie mam? Co robiłam prze tyle godzin? I czas dla siebie też wygospodaruję, długa kąpiel, siedzenie w internecie itp. Takie z nas „zmutowane” Matki Polki;p

    Odpowiedz
    1. mała-myśl

      A co do tych kur domowych i matek Polek, to uważam, że dużo zmieniło się na przestrzeni lat. Starsze kobiety takie były, a teraz, różnie to bywa, ale chyba dominują kobiety świadome – to znaczy wiedzące o tym, że nie jest najważniejsze to, by się poświęcać, by robić wszystko kosztem siebie ;]

      Odpowiedz
  5. ~jus

    Mam trzy refleksje po przeczytaniu tej notki. Nie dotyczą co prawda dokładnie meritum, niemniej jednak naszły mnie i co zrobić? Się podzielę.

    Nie ma miłości bardziej głębokiej i bezwarunkowej niż miłość babci. Nie mamy, nie taty (który z rodziców nie ma ochoty czasem zapakować latorośli w torbę i nadać na Zanzibar? ręka do góry!) – tylko właśnie babci. W związku z tym babcie są zazwyczaj najlepszym środkiem odstresowującym dla rodziców (tzn środkiem izolującym na chwilę czynnik stresogenny;-))

    Swoją mamę docenia się w pełni wtedy, kiedy samemu staje się rodzicem. U mnie pełen podziw zaczął się podczas porodu, kiedy zdałam sobie sprawę w jak katorżniczych warunkach rodziła moja mama te 30 lat temu (do tego całkiem sama). I teraz z każdym dniem coraz bardziej doceniam jej trudy, starania i poświęcenie.

    Każda mama czasami myśli o sobie, że jest beznadziejną matką. Na intensywność tych myśli wprost proporcjonalny wpływ ma między innymi pogoda ;-) Mnie na przykład ostatnie upały niedługo wpędzą w depresję – to znaczy dokładnie zachowanie mojego pierworodnego podczas tychże upałów.

    I teraz zastanawiam się czy nasze Supermamy też czasami myślały o sobie, że są beznadziejnymi matkami i czy ich mamy a nasze babcie je wtedy wspierały jak one nas? Może jednak aż tak wiele się nie zmienia:)

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Masz chyba rację z tą babcią i Zanzibarem. Mężulowi tak się spodobała ta figura retoryczna, że kiedy Ewa znowu zaczęła marudzić spojrzał na mnie szelmowsko i mówi: „Kochanie… pakujemy i wysyłamy na Zanzibar?”

      Ja akurat miałam dużo cięższy poród niż moja mama, także tutaj role się odwróciły ;) Ale cała reszta się zgadza. Naprawdę ją doceniłam i dalej jestem zaskoczona, że ona mnie tak kocha kiedy ja niczym nigdy nie zdołam jej się odwdzięczyć za tyle cierpliwości i miłości.

      Boże, Jus, a już myślałam, że to tylko moje dziecko wariuje w czasie upałów. Naprawdę ostatnio jest jedna wielka bitwa przy zasypianiu, a w dzień koncert jęczenia i wrzasków i też już dostaję kociokwiku. Przez to oczywiście zaczynam myśleć, że jestem złą matką skoro coraz częściej myślę tylko o tym jak bardzo chcę wyjechać gdzieś na parę dni bez Ewy. Dodatkowo dobił mnie ten weekend, bo mieliśmy w planach właśnie taki relaksacyjny wyjazd dla zdrowia psychicznego, ale M. się rozłożył na anginę i wszystko zostało przełożone na termin bliżej nieokreślony… :/

      Odpowiedz
      1. ~jus

        Na szczęście (tfu tfu tfu) wygląda na to ze jak na razie upały odpuszczaja (tfu tfu tfu). Będzie okazja się przekonac:)

        A angina to niestety nic niezwykłego w taką pogodę. zdrówka mężowi, widać że swój chłop! ;)

        Odpowiedz
    2. ~t.vik

      Ja znam życie od całkiem innej strony, wię mogę tylko powiedzieć, że cieszą mnie Twoje spostrzeżenia. Zgadzają się z moim ogólnym pojęciem o miłości babć i dziadków do wnuków, ale moja rodzinna historia zupełnie tego nie potwierdza. Jednym słowem, gdybyś miała taką babcię jak ja, chyba byś takich myśli nie napisała w tym komentarzu.

      Odpowiedz
      1. ~jus

        To prawda, natura zna i takie przypadki, mam przykład np w rodzinie męża. Może powinnam w mojej wypowiedzi dodać na początku: „zazwyczaj” albo „czesto”.

        Odpowiedz
  6. dani

    O, to nie tylko ja mam ostatnio doła? Choć życzę Ci Herbatko jak najlepiej, to jednak pocieszające, że nie jestem jedyną mamuśką przechodzącą stany depresyjne. Może to faktycznie te upały?

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Wiesz Dani, myślę, że tak. Bo i dzieci są bardziej drażliwe i my. Mam nadzieję, że jak te duszne gorące dni się skończą, (byle nie wcześniej niż po naszym weekendowym planowanym wyjeździe ;P), to wszystko powoli wróci do normy.

      Odpowiedz
  7. ~Emka

    Moja Mama też jest matką idealną. Ale wiem, że nie będę identyczna jak ona – bo po prostu każdy jest innym człowiekiem. A znalezienie czasu dla samej siebie jest ważne, to pomaga się zresetować i z energią dalej iść z życiem. Kobiety zbyt często zapominają o sobie lub są dla siebie zbyt surowe.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>