Matka sklepowa

Są mamy, które przychodzą do sklepu i są matki sklepowe. Nie znaczy to wcale, że te drugie zamieszkują wolne półki i nieużywane aktualnie stanowiska kasowe, nie. Nie chodzi mi też o mamy-sklepowe, czyli mamy, które pracują jako kasjerki, czyli popularne panie „sklepowe”. Chodzi mi o taki typ matki.

Wchodzę do sklepu i od razu widzę co najmniej dwie, trzy matki sklepowe. Kobiety zmęczone. Sfrustrowane. Macierzyństwem. Życiem. Może też sobą. Oby, bo to rokowałoby zmiany. Cechy charakterystyczne matki sklepowej, czyli po czym taki okaz poznać? Nerwowy krok – najczęściej szybki, bo matka sklepowa bardzo się spieszy. Wymachy rąk – wydawałoby się, że szersze niż potrzeba i zawsze końca jednej ręki uwieszony jest malec ustawicznie szarpany przez tzw. kończynę zamachową i popędzany przez jej właścicielkę. Sztywna postawa – matka sklepowa bowiem gotowa jest do walki. Najczęściej z własnym dzieckiem. Zaciśnięte szczęki – obiekt cedzi zza nich słowa pogróżek w kierunku dziecka. A na czole napis: FUCK OFF.

Taka mamuśka chce zrobić zakupy jak najszybciej i wyjść. Rozumiem, ok, która zabiegana matka nie marzy o tym, że zakupy zrobią się same? Ale ten konkretny typ skupia się na celu i sunie do niego jak taran miażdżąc po drodze własną pociechę. Wchodzi do sklepu i już od progu pociąga za sobą, albo popycha przed sobą patykowatego kilkulatka, bo on już od progu idzie za wolno. Maluch oczywiście już do samego końca wycieczki po sklepie będzie wszystko robił za wolno i opóźniał. A matka przecież próbuje tu zawstydzić Usaina Bolta śmigając alejkami, więc opornego dzieciaka trzeba popychać, szarpać, poszturchiwać, strofować, burczeć na niego i grozić mu poważnymi konsekwencjami typu „złojenie tyłka”, „wpie**ol”, „zostawienie w sklepie”, „oddanie panu strażnikowi” itp. Ile razy w tym, stosunkowo krótkim, czasie dziecko usłyszy „nie wolno!”, „nie ruszaj!”, „nie dotykaj!”, „nie idź tam!”, „stój normalnie!”, „zostaw to!”, „nie marudź!”? A ile raz naprawdę potrzeba takiego zakazu? Szczyt absurdu osiągnęła dla mnie matka, która generalnie chciała, żeby kilkuletnie dziecko stało w kolejce w miejscu, bez ruchu, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, z rękami założonymi za plecami i zamkniętymi ustami. A oddychać wolno? Bo znudzonej dziewczynce nie tylko nie wolno było dotykać różnych gum do żucia i słodyczy wyłożonych jak zwykle w takich miejscach, ale nawet patrzeć na nie, ani obracać się za siebie. WTF? Przecież to tylko dziecko. Nudzi się w kolejce. Jest mała, świat ciągle ją fascynuje. Nie ma nic złego w tym, że weźmie do ręki paczkę gum do żucia i za chwilę odłoży. Nie ma nic złego w tym, że obraca się i wierci, skoro się nudzi. Nie ma nic złego w tym, że ciągle o coś pyta i coś mówi. Czego ta matka chciała tak naprawdę? Zrelaksować się czekając na swoją kolej? Gdyby dziecko nie gadało i nie kręciło się to pewnie mogłaby poczuć się jak na plaży? A tak uporczywy bachor przypominał o istnieniu swoim i tych kilku ludzi przed nią. No co za bezczelność. A może gdyby dziewczynka stała spokojnie jak słup soli to kolejka poszłaby szybciej? Albo osoby przed nią magicznie by wyparowały?

Albo inna Pani Kolejkowa. Stała z kilkuletnim chłopcem, który miał jakiegoś loda w trzech smakach i kolorach. Lód był o tyle zabawny, że zależnie od smaku zostawiał na języku inny kolor. Wniebowzięty dzieciak lizał co chwilę inną część pytając mamy: „Mamo, jaki mam teraz język?” Matka cierpliwie odpowiadała: „Zielony. Czerwony. Znowu zielony kochanie.” Stałam tuż za nimi i obserwowałam tę scenkę z przyjemnością. Nagle kobieta stojąca przed Panią Kolejkową odwróciła się i rozpoznała w niej koleżankę. W jednym momencie zaczęły obsypywać się uśmiechami i nadrabiać nieobgadane ploteczki. A chłopiec stał wciąż obok z zawieszonym ostatnim pytaniem: „Mamo, jaki mam język?” P.K. nie zdążyła mu odpowiedzieć. Więc jej synek próbował dalej: „Jaki mam język? Mamo? Jak mam język? Mamo! Mamo, jaki mam język! MAMO! JAKI MAM JĘZYK!!! MAMO!!!” P.K. tymczasem objawiła niesamowitą umiejętność odgrodzenia się od wrzeszczącego już na całe gardło dziecka niewidzialnym ekranem dźwiękoszczelnym. Przyjaciółeczka też zdawała się nie słyszeć malucha. Za chwilę nadeszła jej kolej i skończył się czas na rozmowę. Dopiero wtedy matka zignorowanego dziecka jakby ocknęła się ze snu z głośnym: „CO!” na wargach. „Jaki mam język?” – powtórzył spokojnie chłopiec.

Czy naprawdę tak trudno było powiedzieć synkowi ten ostatni raz: „Niebieski, a teraz poczekaj chwilę, bo mamusia spotkała panią Jolę i chce porozmawiać.”? I tu widać jaskrawo różnicę między wychowaniemtresurą dziecka. Wychowanie bowiem zakłada, że dziecko jest istotą rozumną i godną szacunku, więc nie zwracamy się do niego wyłącznie poleceniami i zakazami, ale tłumaczymy pewne zachowania, sytuacje, konsekwencje. Jakie zachowanie dziecka byłoby pożądane w tamtej sytuacji? Zapewne, żeby zrozumiało, że przez chwilę mama zajmie się rozmową, a nie nim. Czy na przyszłość chłopiec zapamięta pożądany schemat? A skąd niby? Przecież nic nie zostało mu wytłumaczone, po prostu mama nagle bez zrozumiałego powodu zaczęła go ignorować. Nie wie czy zrobił coś nie tak, czy źle się zachował, nie wie kompletnie o co chodziło. A wystarczyło naprawdę wyjaśnić co się zmieniło i że do zabawy mogą wrócić po wyjściu ze sklepu.

Dlaczego matki sklepowe traktują swoje dzieci z taką wrogością i bez szacunku? Dlaczego muszą je popychać, szarpać, szturchać, ciągnąć oczekując, że ich krótkie nogi nadążą za wielkimi krokami rodzicielek? Dlaczego muszą im grozić i stosować przemoc słowną typu „zamknij się”, „dostaniesz wpie**ol” itp.? Dlaczego nie mogą poświęcić paru sekund uwagi? Czy naprawdę to aż tak dużo je będzie kosztować? I czy matka sklepowa to naprawdę twór tylko tymczasowy, czy w domu też traktują swoje dzieci jak zbędny balast? Nie wyobrażam sobie odnosić się do Kitki w ten sposób. W ogóle do dziecka, nawet cudzego. Przecież to jest człowiek, któremu należy się szacunek! Czasami mam wrażenie, że kobiety uważają, iż dzieciom z ich strony nie należy się szacunek, bo są małe, a poza tym matka urodziła to matka może. Że dla niektórych dziecko to jakaś podkategoria człowieka. Smutne. Takie podejście prowadzi w ekstremalnej swej formie do tych wszystkich tragedii, o których się słyszy, jak zostawiona w samochodzie trzylatka, 5-miesięczne dziecko ze złamaną czaszką itd. Przerażające! Czas, żeby ludzie uświadomili sobie, że dziecko to świadoma istota, człowiek w swej najlepszej formie, że jest rozumne, da się z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu co trzeba.

Dziecko trzeba nie tylko kochać. Trzeba je też szanować. Wtedy i ono będzie potrafiło szanować innych. Jeśli będziemy wychowywać – wyrośnie na inteligentnego człowieka. Jeśli będziemy tresować – otrzymamy lepiej, lub gorzej ułożonego tępaka. Brutalne, ale prawdziwe.

34 myśli nt. „Matka sklepowa

  1. ~Pani S.

    Może dzieje się tak dlatego, że nikt nie uczy ludzi rozładowywać napięcia i frustracji, nie pokazuje, jak radzić sobie z emocjami. Wydaje mi się, że to jeden z poważniejszych mankamentów polskiej szkoły. Są oczywiście jakieś elementy na lekcjach wychowawczych, ale mnie chodzi o głęboko przemyślany program, który wniósłby rzeczywiste zmiany. Oczywiście mogą też próbować to robić rodzice, ale nie każdy jest przecież specjalistą w tym zakresie. Może przyczyna jest inna, ale patrząc na polskie społeczeństwo, uważam, że jednak ktoś powinien o tym pomyśleć.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Uważam, że to jednak zadanie rodziców nas tego nauczyć. Nie muszą być przecież specjalistami w tej dziedzinie, bo radzenie sobie z frustracjami to jest normalna ludzka rzecz i człowiek nabywa takie zdolności sam przez całe życie.

      Powiem Ci tak: ja jako jedynaczka nie musiałam nigdy nauczyć się radzić sobie z frustracjami dotyczącymi bliskich relacji z innymi ludźmi, bo wszyscy bliscy mi ludzie zawsze przedkładali moje dobro nad swoje. To nie znaczy, że jestem rozpuszczona, bo moi rodzice byli na tyle mądrzy, że do tego nie dopuścili, jestem więc jednym z tych mądrze wychowanych jedynaków, które nie myślą, że są pępkiem świata. Ale dopiero kiedy zaczęłam wchodzić w poważne związki zetknęłam się z konfliktem interesów między mną a kimś naprawdę bliskim. Musiałam sama nauczyć się radzić sobie z tym. Kiedy przyszła na świat Ewa nauczyłam się, że jest jeszcze trudniejsza relacja: z kimś kto nie dba ani trochę o moje samopoczucie, uczucia, czy moje dobro. Bo to nie jest rola dziecka, przynajmniej nie do pewnego wieku. I też musiałam nauczyć się radzić sobie z tymi frustracjami. Sama. Ze wsparciem rodziny, ale bez konkretnej „nauki”, którą mogłabym od nich pobrać.

      Dlatego nie przyjmuję wytłumaczenia, że dorosłe babska wyżywają się na kilkulatkach, bo nie umieją sobie radzić ze stresem ;) Jak się ma dziecko to są rzeczy, które trzeba i już. Nie radziłaś sobie dotąd z nerwami? To się naucz i już. Brak taryfy ulgowej, bo chodzi o dobro malucha.

      Odpowiedz
  2. ~Mamuśka Mylcia

    Widzę, że podjęłaś podobny temat do mojego … :)
    http://mama-ma-bloga.blogspot.com/2014/06/czy-kazda-kobieta-powinna-zostac-matka.html

    Dziecko jest małym człowiekiem. CZŁOWIEKIEM, który również zasługuje na szacunek i uwagę.
    Nie rozumiem niektórych matek. Łatwiej jest im powiedzieć do dziecka „zamknij się” niż posłuchać, co dziecko chce im przekazać. Komu innemu miałoby powiedzieć? Miałoby się zwrócić do innej osoby w sklepie? A te matki, to co? Niby się spieszą, a jak znajomą spotkają, to czas zanika i plotkują sobie między sklepowymi półkami.

    Świetnie ujęłaś „wychowanie” i „tresurę”.

    Świetny post! :)
    Pozdrawiam. Milena

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Twój temat mnie zainspirował prawdę mówiąc :) Masz 100% racji z tymi koleżankami spotkanymi w sklepie. To tak jak widzę matki, które kupują sobie papierosy i lakier do paznokci a jak dziecko podejdzie z kolorowanką za parę złotych to nie, „bo nie mam pieniędzy”. A na fajki to jest kasa, tak? Albo w ogóle kuriozum, które spotkałam w sklepie: dziewczynka prosi matkę o kupno książki, a ta odmawia. „Dlaczego?” – pyta dziewczynka. „Zwariowałaś? Przecież w domu masz już pełno książek.” Strzeliłam w tym momencie epickiego karpia…

      Odpowiedz
  3. ineczka

    no tak…różne są matki, też często obserwuję…..i czasami jestem zdegustowana,ja wiem, można stracić nerwy, ale…..ale żeby tak się wyładować i tresować? oj…..
    i jak tu ładnie i po nowemu :)
    super!

    Odpowiedz
  4. mała-myśl

    Właśnie.. szanować i tłumaczyć.. gdyby obok stała osoba dorosła, a nie dziecko, to na pewno kobieta by go nie zignorowała tylko powiedziałaby „poczekaj/ zaczekaj chwilę” itd. Dziecko często traktuje się inaczej – niestety.

    Odpowiedz
  5. ~wioleta4444

    Jak można dziecku odmówić nawet książeczki mówiąc np, że nie ma się kasy albo że ma ich za dużo a samemu kupuje się papierosy, alkohol czy inne zbędne rzeczy.. :/
    Zawsze mnie to denerwowało

    Odpowiedz
  6. ~Mira Faber

    Niestety tak często bywa. Ja nie lubię chodzić z moimi dziećmi do sklepu, ale jak już muszę, to uzbrajam się w cierpliwość, bo cóż innego zrobić.
    Kobiety przemęczone, być może przepraciwane, nie potrafią sobie poradzić z napięciem, albo inaczej, nie zawsze potrafią je opanować. I obrywa właśnie ten najsłabszy, czyli dziecko. Każdy popełnia błędy ale ważne, żeby wyciągać z nich wnioski i zmieniać to co w nas jest nie tak. Poszłam raz z dziećmi do sklepu a bardzo mi się spieszyło, bo jeszcze je musiałam odwieść do opiekunki i lecieć do pracy i myślałam, że szału dostanę. Spóźniłam się ale za to teraz staram się robić zakupy, gdy jestem sama. A z dzieciakami idę, jak mam więcej czasu.

    Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  7. ~elfica

    Frustracja może dopaść każdego ale ja też nie cierpię matek wrzeszczących wciąż na dzieci. Ale niestety muszę przyznać, że jako mama prawie 7 letniego chłopca, któremu trzeba powtarzać wiele rzeczy po 50 razy – też mi się zdarza krzyknąć czy upominać…Jednak popychanie, szarpanie i wrzeszczenie – tego nie popieram. Ja ostatnio miałam pod blokiem na boisku przykład jak bardzo ambitna matka uczyła synka jeździć na rowerze. Chłopczyk miał z 5 lat i bał się, płakał co chwila, zatrzymywał, przewracał się z tym rowerem…a matka jak wściekła atakowała go, że ma nie beczeć, że ma jechać i było to obrzydliwie natarczywe, atakujące – coś okropnego. Tata obok chodził i ani słowa…Miałam ochotę ją wytargać za włosy…

    Odpowiedz
  8. ~Okiem Przyrodnika

    Zdecydowanie gorszy jest typ rodzica „na zakupy do galerii o 21:30″, pomijam fakt, że wchodzenie do sklepu o 21:55, tj. 5 minut przed zamknięciem jest raczej nietaktowne, to po co u licha ciągnąc o tej porze 2 letnie dziecko?? Pisałem kiedyś o tym u siebie, jeszcze chyba w zeszłym roku.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Głupota. 2-latek o tej porze powinien zasypiać jeśli nie już spać a nie szlajać się po galeriach. Choć rozumiem, że czasami rodzic jest sam z dzieckiem i musi z nim wyskoczyć po jakiś artykuł pierwszej potrzeby. Ale na regularne zakupy to już nie najlepszy pomysł.

      Odpowiedz
  9. ~Kasia

    Mam nadzieję nie stać się jedną z tych matek. Mój syn ma dopiero pięć miesięcy, więc nie mam problemu, że się „ociąga”, bo i tak jeździ w wózku. Jak potrzebuję zrobić szybkie zakupy, to robię szybkie zakupy, jak mam ochotę na dłuższe, to dopóki nie marudzi, jest w porządku. Miliona pytań też nie zadaje, co najwyżej zakrzyknie radośnie albo popadnie w rechot. Ale coś mnie trzepie, jak widzę u rodziców zachowania takie, jak tu opisane. Rodziców, bo to dotyczy nie tylko matek.

    A z innej beczki – Uwe Boll (nie Bolt) jest reżyserem, więc jeśli chodzi o prędkość, chodziło raczej o Usaina Bolta :) Pewnie zaraz ktoś mi zarzuci, że się czepiam, ale drażnią mnie takie „przejęzyczenia” :)

    Pozdrawiam :)

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Hahaha! Jeszcze jedno: a skąd wiesz, że zacny Uwe nie pobiłby Bolta gdyby miał szansę? ;) Oczywiście żartuję, przepraszam za pomyłkę.

      Odpowiedz
  10. ~devil doll

    Jak ja nie lubię takich wszystko widzących i wszystko oceniających przemądrzałych osób. Żeby ocenić kto jest jakim rodzicem potrzeba chyba coś więcej niż chwila w kolejce w sklepie. Jeśli np. taki kilkulatek cały dzień bombarduje mamę pytaniami to jest oczywiste że przychodzą chwile, gdy kobieta je przez moment zignoruje, ona też ma prawo na chwilę plotek jeśli te sprawiają jej przyjemność.

    Ja godzinami biegam za synkiem, podrzucam go, bawię w chowanego, łażę po podwórku, słucham z nim piosenek itp. ale bywają też chwile i okresy gorsze i pewnie czasami również nie reaguje w idealny sposób gdy dziecko chce coś wymusić czy rzuca się na ziemię bo coś mu się nie podoba, Nie da się być zawsze rodzicem jak z żurnala.

    Tacy mądrzy to zwykle ci co z wychowywaniem dzieci niewiele mają wspólnego np. mój ojciec to taki typ co wie wszystko najlepiej gdy stoi obok i komentuje, ale żeby samemu zając się dzieckiem przez dłużej niż kilka minut to absolutnie.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Kobieta bombardowana pytaniami ma prawo do chwili dla siebie, tak. Ale nie ma prawa do ignorowania swojego dziecka i traktowania go bez szacunku. Zbawiłoby ją to jedno zdanie: „kochanie, za chwilkę do tego wrócimy, dobrze?”

      Nie da się być rodzicem jak z żurnala, tak. Ale jak sama zauważyłaś puszczają Ci nerwy kiedy dziecko naprawdę źle się zachowuje. Ja mówię o rodzicach, których dzieci zachowywały się normalnie. Z takimi zachowaniami trzeba się liczyć i one nie są niczym do wytępienia, a jedynie do przetrzymania. Dziecko nie będzie chodzić po sklepie jak dorosły. Trzeba trzymać je w ryzach, ale bez wymagania niemożliwego, tak?

      Chyba nie do końca zrozumiałaś o jakich rodzicach piszę.

      Odpowiedz
  11. ~StaraMatka

    Fakt: Matki są różne! Wszystkie matki są różne, tak jak i te piszące blogi, czyli te matki które wszystko wiedzą najlepiej. Gdy dzieci dorosną okaże się wtedy niewątpliwie, że i te najmądrzejsze nie wiedziały wszystkiego. Nie tylko już dorosłe dzieci im to wtedy powiedzą, ale i same dojdą do takich wniosków.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Na pewno. Nie da si wiedzieć i przewidzieć wszystkiego :) Ale tym co jest oczywiste i konieczne jest okazywanie dziecku miłości i cierpliwości.

      Odpowiedz
  12. ~kkkk

    Ja sadze, że dobra mama (i ojciec!) to musi być przede wszystkim osoba cierpliwa i gotowa na to, by dziecku coś wytłumaczyć i 100 razy – skad taki zakaz? Przykład: jadę autobusem, siedzi rodzic z dzieckiem, dzieciak liże szybę. Matka 3 razy krzyczy nie!!!, grozi laniem, dziecko dalej liże szybkę, dzieciak obrywa, reszta podroży to niemiłosierny płacz 3 latka. Czy to coś dało? Absolutnie nic, dziecko nie wie za co zostało pobite, juz pomijam ze bicie nie jest metodą wychowawczą. A można było inaczej. Nie liż szyby, bo na szybie sa zarazki. A co to sa zarazki? Zarazki to mikroby, ktore wywołują choroby. A jakie to choroby? itd (Chociaż z tym u niektórych ciężko, bo szkoły nie lubili.)

    Jak obserwuję Polaków to nie wiem dlaczego ci ludzie pozakładali rodziny – krzyk, frustracja, szarpanie. Odnoszę wrażenie, że wiele osób żeni się/wychodzi za mąż i rodzi dzieci pod wpływem presji społecznej (bo to już ten wiek, bo staropanieństwo, bo inni już się pożenili), chociaż wcale tego nie chcą, potem tę agresje kierują przeciwko dzieciom.

    Odpowiedz
  13. ~olka

    bardzo mądry wpis. Nie jestem jeszcze matką i rozumiem, że czasami ma się gorszy dzień ale moi rodzice nigdy tak nie okazywali tego gorszego dnia jakimś szarpaniem, krzykami. Ostatnio byłam świadkiem dwóch sytuacji: mama z chłopczykiem około 5 lat siedzieli na przystanku i czekali na autobus, chłopczyk wiercił się, łapkami czyścił ławeczkę ale kobieta spokojnie wyjaśniła mu, że jest brudno i po chwili zajęła go rozmową, a widać było, że była zmęczona a jednak potrafiła z czułością rozmawiać z synem. I druga sytuacja z przystanku: mama mówi do 5-letniej córki „stój, ide zobaczyć autobus”, dziewczynka chciała pójść za nią a ta od razu „mówiłam Ci: stój!”, mała od razu jak na baczność… aż było przykro na to patrzeć… chyba czasami trzeba zrozumieć, że dla dzieci nie wszystko jest takie oczywiste, proste i nie rozumie, że mama ma gorszy dzień. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Faktycznie przykre. Dziecku do pewnego wieku trudno jest wczuć się w czyjeś położenie. Okazuje swoją miłość inaczej niż troską o dobre samopoczucie rodziców. Nie myśli o tym po prostu i to jest normalne. To jest normalna kolej rzeczy – kto decyduje się na dziecko musi być tego świadom i gotowy.

      Odpowiedz
  14. ~Normalna

    Ja z kolei wczoraj widziałam rozwydrzone dzieciaki w galerii, które biegały wszędzie, wpadały na ludzi wokół, trzeba było non stop uważać, zero zahamowań. Ja od matki te 30 lat temu dostałabym burę jak szok. U mnie wystarczyło powiedzieć raz i był koniec. Przegięcie w stronę wyszumienia się dzieci nawet kosztem innym wokół jest tez nie przyjęcia. Umiar to podstawa. Dziecko nie będzie stało na baczność, ale nie może przeszkadzać innym i stwarzać zagrożenia np. wpadając prosto pod wózek z zakupami. Nie każdy ma nianię 24h do dyspozycji i musi iść z malcem. Proponuję wsadzić do wózka sklepowego i tyle.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Absolutnie. Dzieci biegające samopas stwarzają zagrożenie dla siebie i innych, nie mówiąc już o tym, że faktycznie wkurzają. To jest tak samo nie do przyjęcia jak szarpanie dziecka i ignorowanie go. Widzisz, Ty akurat byłaś takim dzieckiem, któremu wystarczyło raz powiedzieć. Poza tym uważam, że lepszym sposobem byłoby w sytuacji kiedy dziecko źle się zachowuje stanąć z nim w jednym miejscu i raz porządnie wyjaśnić czemu dziecko tak się zachowuje, dlaczego my sobie tego nie życzymy i jakie będą za to konsekwencje, a nie traktować je jak intruza niewartego uwagi.

      Odpowiedz
  15. ~Gaja

    nie mądrz się tak… samo życie… powiem więcej … szkoła życia… nie same motylki i jednorożce… życie jest brutalne… a że kobiety drażnią ich dzieci… a czemu nie… innych drażnią, je też… wraz z urodzeniem kobieta nie staje się wbrew powszechnym przemyśleniom uniwersalną niańką… i tak często się dziwię, że mają taką cierpliwość do latorośli… powinna… powinna… świat powinien być piękny… a ludzie piękni, mądrzy, zdrowi i bogaci… tylko dla niektórych matka to nie człowiek… można po niej jeździć jak po przysłowiowej łysej kobyle… ano nie można… matka ma prawo być zła, zdenerwowana, zmęczona, ma prawo mieć fochy, zły dzień i nienawidzić całego świata… może ją denerwować i zawadzać własne dziecko… może… chyba że będziemy wydawać prawo jazdy na dziecko… nie masz prawka … nie masz dziecka… ;)

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      No jak patrzę na takie komentarze to też się opowiadam za wydaniem prawa na dziecko… Naprawdę uważasz, że matka ma prawo swoje dziecko szarpać, grozić mu „wpierdolem” i traktować je jak zwierzę jeśli ma gorszy dzień? Mi się też zdarza mieć gorszy dzień, też jestem zmęczona, zła, źle się czasem czuję, a nie szarpię córki i nie traktuję jej jak psa.
      To może Twoim zdaniem jak matka ma zły humor, bo przegapiła serial to może wtłuc temu wstrętnemu bachorowi, który się pęta po domu i żąda uwagi? Cudna mamusia…

      I jeszcze jedno: a właśnie, że będę się mądrzyć, bo po to założyłam bloga, żeby na nim pisać co chcę :P Nie podoba się to nie wchodź więcej i nie pisz bzdur :P

      Odpowiedz
  16. ~benia

    ludzie zajmijcie sie swoimi tylkami wy na te dzieci nie placicie to nie powinno wa obchodzic kto co robi ze swoim dzieckiem …nauczcie sie tego … mysle ze macie dosc swoich problemow..

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      A jak ktoś będzie katował swoje dziecko, głodził je, zostawiał w nagrzanym samochodzie to też nas nie powinno obchodzić? Co z wami do cholery? Kompletna znieczulica!

      Odpowiedz
  17. ~Agnieszka

    Pracowałam kiedyś jako ekspedientka w małym sklpepie spożywczym (mały ale samoobsługowy), przychodziła taka młoda, sympatyczna matka z 2,5 roczną córeczką. Kobieta była na prawdę fajna, ale drażniło mnie jej podejście do dziecka. Trzymała małą blisko siebie, dziecko nie mogło nic obejżeć, ani dotknąć, nie mogła podnieść z półki żadnych gum ani lizaków. Denerwowało mnie to do czasu do puki córeczka nie przyszła na zakupy z tatusiem. Tatuś wygadany facet rozmawiał z każdą z nas a córka w tym czasie zamieniała się w małą kleptomankę. Zabierała z półki co się dało i wynosiła przed drzwi sklepu. Ojciec przynosił i tłumaczył, że tak nie wolno, że za to trzeba płacić, ale do małej nie docierało. On odkładał, a ona ze stoickim spokojem brała i wynosiła, ten znów przynosił i tłumaczył, ona odwracała się na pięcie, brała z półki i kładła za drzwiami, Potem już wiedziałam dlaczegom matka trzyma córkę za rękę i pozwala tylko wybrane produkty wkładać do koszyka.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>