O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka, zafundowaliśmy sobie wyjazd do Sulistrowiczek pod Ślężą. Pojechaliśmy wszyscy, czyli my z Kitką i moi rodzice, z którymi mieszkamy. I tym sposobem znalazłam wreszcie motywację i inspirację, żeby napisać o rodzinie wielopokoleniowej.

Rodzina wielopokoleniowa jest jak karmienie piersią. Dokładnie.

Naturalna, bo od zarania dziejów ludzie żyli w gromadach, a w nich w grupach rodzinnych składających się zazwyczaj ze starców, dzieci i tych co pośrodku ;) Długo to było później jeszcze szeroko praktykowane, obecnie mam wrażenie, że stało się to „niemodne” i trochę nie na miejscu, bo jeżeli ktoś nie pójdzie „na swoje” to dowodzi swojego braku zaradności życiowej i nadmiernego przywiązania do spódnicy mamusi.

Wymaga trochę wysiłku i wyrzeczeń. A co w życiu nie wymaga? Zakładanie swojej rodziny z dala od starego gniazda jest też ciężki, bo człowiek musi sobie ze wszystkim radzić sam, lepiej zorganizować się czasowo i finansowo… Ale widzę, że dla niektórych ludzi to wszystko jest jednak łatwiejsze niż sztuka wspólnego życia z rodzicami, (lub teściami), która wymaga lepszych umiejętności rozwiązywania konfliktów, dzielenia przestrzeni, ciągłej konfrontacji – rozbieżnych często – poglądów i dostosowania się do nich, a czasami dostosowania ich do siebie. To wszystko nie przychodzi samo z siebie. O to trzeba zadbać. Celowo piszę „zadbać”, a nie „walczyć”, bo doświadczenie nauczyło mnie, że niezmiernie rzadko w rodzinie walka daje dobre rezultaty. I uważam, że łatwiej jest stanąć i zawalczyć o swoje poglądy, swoje wybory, swoje racje, niż przeprowadzać obustronny proces dyplomatyczny zakładający ustępstwa i częste chowanie dumy do kieszeni. Kiedy mieszkamy osobno – nie ma problemu, żeby się pokłócić, każde wróci do siebie, ochłonie, ponarzeka do innych i za jakiś czas się pogodzą. Kiedy mieszkamy razem widzimy siebie praktycznie cały czas, więc kiedy zacznie się konflikt nie ma od niego „przerwy”. Trwa cały czas i cały czas rodzi nieustanne napięcia dopóki się nie zakończy. Zdaję sobie sprawę, że rodziny mieszkające osobno też przeżywają konflikty, też im to „leży na wątrobie” dopóki się nie skończy, ale prawdą jest, że nie myślą o tym non stop. Mają inne zajęcia, obowiązki, które zmuszają ich, żeby chcąc nie chcąc oderwali się na moment od problemu. We wspólnym domu natykamy się cały czas na siebie nawzajem, wspólnie wykonujemy te obowiązki i nie ma możliwości odłożenia kłótni na jakiś czas na półkę. Jest to niewątpliwy minus, bo atmosfera potrafi być naprawdę ciężka. Jest to też plus, bo dzięki temu każda, nawet najpoważniejsza kłótnia, bardzo szybko znajduje swój finał. Ludzie są po prostu zmuszeni, żeby porozmawiać o problemie i go rozwiązać. Dzięki temu – nikt mi nie wmówi, że jest inaczej – ludzie żyjących w rodzinach wielopokoleniowych są fantastycznymi dyplomatami i potrafią szybko zażegnać konflikty.

Bywa trudna. Jakby nie było to są trzy pokolenia, trzy spojrzenia na świat i każdą jedną sprawę. Ba! Żeby tylko! Życie byłoby mlekiem i miodem płynące gdyby każda sprawa rozgrywała się na płaszczyźnie rodzice – dzieci. Niestety nie. Często zdarza się, że matka i córka mają jedno zdanie, a ojciec i zięć drugie. Albo matka i zięć. Albo córka i jedno z rodziców, a drugie się wstrzymuje. Albo zięć i teściowie kontra córka / żona. Albo córka z rodzicami kontra zięć / mąż. Różnie bywa. Niezliczona ilość kombinacji. Dojdzie jeszcze więcej kiedy i Kitka zacznie się upominać o swój udział. W każdym razie w tak zagmatwanych sytuacjach wszystko jest bardzo delikatne, bo napięcia obarczają relacje rodzic – dziecko, ale też relacje partnerskie między mężem a żoną. Często zmusza nas to do prowadzenia dysput „na dwa fronty.” Często w jednym czasie. Ale nie tylko to jest kłopotliwe. Jest mnóstwo drobnych kwestii sprawiających trudność. Np. wyczucie kiedy korzystamy z pomocy rodziców, a kiedy już ich wykorzystujemy. Albo z drugiej strony: kiedy dajemy dzieciom rady, a kiedy wtrącamy się w ich życie. Albo: druga para mocno się pokłóciła – zignorować nie da rady, w dodatku mamy swoje zdanie. I co dalej? Porozmawiać z nimi? A czy to na pewno nasza sprawa? A jeżeli porozmawiać to jak dalece odsłonić swoje zdanie, żeby nie wziąć czyjejś strony i nie zaognić konfliktu? Jak go załagodzić, żeby osoba, która nam się żali nie poczuła, że stoimy po stronie tego drugiego? Co zrobić kiedy pocieszanie ociera się o zajmowanie stanowiska po jednej ze stron? Mamy też kwestię dopasowania planów, zorganizowania czasu tak, żeby każdy mógł zrealizować swoje indywidualne plany… Jest mnóstwo drobiazgów.

Daje nam to co najlepsze. Zupełnie jak karminie piersią życie w rodzinie wielopokoleniowej daje nam wiele cennych umiejętności: dyplomacja, wysoko rozwinięta umiejętność współżycia z innymi, dzielenia się nie tylko przedmiotami materialnymi, ale też czasem, miłością, uwagą, poglądami, radami, wyznaczania i zachowania własnej przestrzeni – zarówno mieszkaniowej jak i umysłowej, elastyczność, kompromisowość i wiele innych. Oprócz tego korzystamy z wzajemnej pomocy. Najpierw rodzice pomagają dzieciom, (np. tak jak teraz u nas – przy dziecku), a potem dzieci zajmują się rodzicami na starość.

Od kiedy wyszłam za mąż, a na świecie pojawiła się Kitka jeszcze bardziej doceniam to nasze stadne mieszkanie. Większość wątpliwość dotyczących pielęgnacji niemowlaka rozwiewa mama, daje dobre rady, ale też możliwość nie skorzystania z nich, jest z nami cały czas, więc nawet jeżeli mi coś umknie to jest duża szansa, że ona to wychwyci, pomaga mi kiedy jestem zmęczona, muszę coś pilnie zrobić, albo po prostu kiedy chcemy z M. mieć czas dla siebie – czy to w domu czy na randce.

Nie każdy się do tego nadaje. Nie wszyscy rodzice dobrze sprawdzą się w roli tych mieszkających z dzieckiem i jego partnerem. Nie każde dziecko będzie się czuło szczęśliwe mieszkając z rodzicami. Nie chodzi mi w całym tym tekście o udowodnienie, że mieszkanie młodego małżeństwa z rodzicami jest lepszym rozwiązaniem, ale o obalenie mitu, że to dowód nieudolności. Nie czujcie się więc atakowani z tego powodu, że wyprowadziliście się z domu.

Niektórzy uważają mieszkanie razem za dziecinne, za przejaw braku dojrzałości. Niektórzy uważają, że takie osoby nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Niektórzy uważają, że to katorga.

Niektórzy się mylą.

Wyjaśnijmy coś sobie. Mieszkanie z rodzicami ma plusy i minusy. Mieszkanie samemu ma plusy i minusy. Jedni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie opuszczenia rodzinnego gniazda. Inni ulegają całkowicie naturalnej i zdrowej pokusie poszerzenia tegoż gniazda o swoją własną rodzinę. Na wybór składają się preferencje i warunki. Ale przede wszystkim preferencje. Bo tam gdzie wola jest i sposób.Ale gdzie takiej woli brak… tam… inny sposób.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca to pewnie odnieśliście wrażenie, że rodzina wielopokoleniowa to głównie kłótnie i problemy. Nie dajcie się zwieść pozorom. Pisałam tak dużo o konfliktach, bo bez dobrze opanowanej umiejętności ich rozwiązywania i unikania nie da się żyć pod jednym dachem. Już z samym mężem i dziećmi jest to trudne, a co dopiero jeszcze z rodzicami czy teściami. Zarówno ja jak i mój mąż wychowaliśmy się w takich domach i dlatego mieszkanie z rodzicami jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Kiedyś analizowaliśmy naszą sytuację i doszliśmy do wniosku, że nawet gdyby było nas stać na wyprowadzenie się, (bo mieszkanie z rodzicami to także wielka ulga dla budżetu), nie zrobilibyśmy tego, bo nie wyobrażamy sobie zostania tylko we trójkę. Dla mnie to jest kwintesencja rodziny. Bronimy się nawzajem, tworzymy jedną całość. Rodzina wielopokoleniowa to ogromna dawka codziennej miłości i wsparcia, a także mnóstwo śmiechu i zabawy. To także wytchnienie kiedy tego potrzebujesz i porządny kopniak w tyłek kiedy tego potrzebujesz. To szkoła miłości i wybaczania na poziomie zaawansowanym. To spełnienie marzenia o dużej rodzinie nawet dla jedynaków.

36 myśli nt. „O rodzinie wielopokoleniowej, czyli razem, ale jak?

  1. ~wioleta4444

    Mieszkamy z rodzicami mojego J. ale chcemy osobno. Wiadomo większy komfort i można czuć się swobodniej ale my im pomagamy a oni nam, też jest kwestia tego budżetu. Dokładamy się. Jeśli by nawet nie chcieli.
    Są plusy i minusy. Raczej wolimy mieszkać osobno.

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Zależy co kto woli :) Rozumiem chęć mieszkania osobno, ale sama jej nie posiadam. Dla nas większy komfort i swoboda to mieszkanie z rodzicami, bo zawsze mamy czas dla siebie kiedy tego potrzebujemy. Mówiąc lekko obcesowo – nawet jeśli mamy ochotę na seks w weekend w ciągu dnia to po prostu prosimy rodziców o zajęcie się dzieckiem, zamykamy drzwi i nie ma problemu. Gdybyśmy mieszkali sami nie byłoby takiej możliwości ;)

      Odpowiedz
      1. ~t.vik

        Chyba jedną z naprawdę niewielu zalet jest możliwość cichego przytulenia się w ciągu dnia, oczywiście pod warunkiem, że chałupa jest duża, a dziecko małe ;) bo jak te proporcje odwrócimy, to już nie musi być tak łatwo :D
        Innych zalet nie widzę, a przeżyłem trochę.

        Odpowiedz
          1. herbata Autor wpisu

            Na jedno wychodzi, bo teściowie to też rodzice, tylko drugiej strony ;) No niestety, jak pisałam nie każdy rodzic się do tego nadaje i nie każde dziecko, (tak, to o Tobie ;P ), się do tego nadaje.

          2. ~t.vik

            Że niby ja się nie nadaję? Ależ jak najbardziej ja się nadaję! Ze mną to za rączkę i do knajpy ;)

            Mieszkałem różnie i mogę Ci powiedzieć, że najlepiej się mieszka we własnym domu, bo możesz kreować swoją rzeczywistość, a jedyne, co Cię ogranicza, to współmałżonek, z którym można się łatwo dogadać i portfel, z którym nie zawsze można :)

            Wiem o czym mówisz, rozumiem i się zgadzam, ale wiem też, że ci, co chociaż raz zaznali mieszkania we własnym domu, jak ognia unikają mieszkań we wspólnych budynkach. Może się komuś wydawać, że nie na temat, ale tu właśnie chodzi przede wszystkim o komfort niewspółżycia z rodziną. To tylko takie spostrzeżenie, z resztą też nie moje :)

          3. herbata Autor wpisu

            Rozumiem, ale nie skorzystam ;) Wolę w kupie, kupy nikt nie ruszy. To tylko takie spostrzeżenie, zresztą nie moje ;)

  2. ~Pani S.

    Ja też uważam, że rodzina wielopokoleniowa ma więcej zalet niż wad, ale wymaga ogromnej pracy i dojrzałości wszystkich członków. Ze mną mieszka mój tato. Ma już niemal osiemdziesiąt lat. Jego przyzwyczajenia i nawyki mogą się niektórym wydawać irytujące, ale ja je zaakceptowałam i nawet się do nich przyzwyczaiłam. Czasem oczywiście próbuję coś zmodyfikować, ale jeśli widzę, że to powoduje konflikty, odpuszczam. Nie są to w końcu sprawy życia i śmierci. Kłócimy się sporadycznie. Znacznie więcej u nas śmiechu i radości. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłabym się nim nie opiekować na starość, ale też prawda jest taka, że mój tato zasłużył na to swoim życiem. Wiem, ze nie zawsze bywa tak kolorowo. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  3. ~Ewelina Malina

    Zawsze są dwie strony medalu… Ja wychowałam się z dziadkami, rodzicami taty i już w wieku 5 lat wiedziałam, że nie powtórzę błędu moich rodziców i nie zamieszkam ani z nimi ani, w przyszłości, z teściami. To była męczarnia, wieczne kłótnie o wszystko. Wiem oczywiście, że to wszystko zależy od charakteru ludzi, ale ja się tak zraziłam, że wyprowadziłam się od razu po maturze. Kocham rodziców i świetnie się z nimi dogaduję, ale mieszkanie razem to, przynajmniej dla mnie, nie jest najlepszy pomysł;)

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Przykro mi, że miałaś takie doświadczenia. Ja też wychowałam się z rodzicami taty i choć bywały kłótnie, tak jak i teraz bywają między nami, to jednak było w takiej rodzinie i jest tyle miłości i śmiechu, że nie wyobrażam sobie inaczej :)

      Odpowiedz
  4. ~elfica

    Piękna i bardzo mądra notka! Masz wielkie szczęście :) Ja nie wyobrażam sobie mieszkać z moimi rodzicami a to pewnie z tego względu, że między nimi nigdy nie było dobrze i wiele się w dzieciństwie napatrzyłam…Nie było ciepła i miłości więc w takim domu nie chciałabym wychowywać dzieci. Poza tym moja rodzina zawsze się jakoś dziwnie izolowała – to znowu wina rodziców. Kiedy zaczęłam się spotykać z moim mężem ówczesnym chłopakiem to zobaczyłam dopiero jak jego rodzina się trzyma razem, utrzymuje kontakty z inną częścią rodziny, poznałam co to są wspólne niedzielne obiady itd. Jednak to co mi zaszczepił mój dom rodzinny niestety trochę we mnie siedzi. Mąż ma inne doświadczenia i inne rzeczy, których chciał uniknąć w swoim własnym domu i też woli mieszkać osobno.

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Co komu odpowiada :) To nie jest tak, że jedno rozwiązanie jest dobre, a drugie złe. Każdemu wedle potrzeb ;)

      Odpowiedz
  5. ~Dorota z Maminkowa

    Podziwiam Twoją postawę, bo wymaga dużo wyważenia, dyplomacji i powściągliwości.
    Moi rodzice na początku swego małżeństwa mieszkali raz z jednymi, potem z drugimi rodzicami i nauczyli mnie jednego – celem życia jest iść na swoje. Dla mnie moje osobiste gospodarstwo, które dzielę tylko z mężem i dziećmi, z nimi je konsultuje, to jest podstawa dorosłości, bo tak mnie wychowywano, w świadomości, że młodym najlepiej docierać się i budować rodzinę na swoim. Ja wyniosłam się z domu, mając 19 lat i od razu moje stosunki z rodzicami (które w wieku nastu lat bywały trudne) poprawiły się aż do wielkiej przyjaźni. Myślę, że gdybym miała z nimi negocjować tryb mojego życia, moje rodzinne sprawy, to raczej pogorszyłoby uczucia, jakie są między nami. Pewnie, że bywa mi bardzo ciężko, bo mieszkam kilkaset kilometrów od rodziny, ale dostałam szkołę życia, która mnie wzmocniła i naprawdę z każdym rokiem i wyzwaniem coraz mniej się boję, że czemuś nie podołam. Tak więc ja polecam jednak iść na swoje, bo od wygody i oparcia, dla mnie osobiście ważniejsze jest pewien hart ducha oraz intymność i całkowita swoboda w tej intymności mojej małej rodziny.

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Ja bym się jednak w tak osobistej kwestii nie odważyła nikomu nic polecać. Każdy sam wie co jest dla niego najważniejsze i czego oczekuje od życia. Rodzina wielopokoleniowa to nie tylko wygoda i oparcie. Tak samo trudno jest stawiać czoła przeciwnościom losu samemu, jak i starać się o zgodne życie w większej rodzinie. Poza tym to nie jest tak, że tylko rodzice nas wspierają, ale wszyscy dzielimy swoje problemy. Także trudności, które spotykają ich dotykają też nas i vice versa. W dodatku dla mnie swobodę i intymność mamy w dostatecznej ilości. Nie sądzę, żebyśmy mogli sobie pozwolić na tyle swobody przy malutkim dziecku gdyby nie rodzice.

      Widzisz, u Ciebie było inaczej. Twoje stosunki z rodzicami były kiepskie i poprawiły się po przeprowadzce. Moje były rewelacyjne i dalej takie są. Jesteśmy sobie wyjątkowo bliscy. Mój mąż też poznał mnie przez przyjaźń z moim ojcem, więc i on nie narzeka.

      Właśnie o odczarowanie takiej postawy jak Twoja mi trochę chodziło w tym tekście. Przekonania, że podstawą dorosłości jest wyprowadzenie się, a kto tego nie zrobi zostaje wiecznym dzieckiem. Nie jest tak. Poza tym piszesz: „gdybym miała z nimi negocjować tryb mojego życia, moje rodzinne sprawy” – czy naprawdę myślisz, że tak to wygląda? Nie wiem jak u innych, ale u nas na pewno nie. Nasze rodzinne sprawy (dotyczące mnie, męża i dziecka) to są nasze sprawy. Mogę się nimi podzielić z rodzicami w rozmowie, mogę wysłuchać ich rad, ale i tak postąpię tak jak uważam za słuszne. Tak samo robiłabym gdybym mieszkała na drugim końcu świata. I na pewno mam swój tryb życia, na który nie szukam ich pozwolenia.

      Odpowiedz
      1. ~Dorota z Maminkowa

        Nadal myślę, że jesteście godnym podziwu wyjątkiem, gdyż wszystkie historie życia z rodzicami, jakie ja znam, to są dramaty, często ciche, przeważnie zięcia/synowej, a często i dzieci, które słuchają kłótni dziadków z rodzicami. Nie znam też wielu przypadków, gdzie rodzina wielopokoleniowa egzystuje razem z całkowicie wolnego wyboru, a raczej z jakichś przyczyn ekonomicznych, organizacyjnych itp. Mój mąż jest z takiej rodziny i przez swoje przeżycia chciał mieszkać jak najdalej zarówno od rodziców jak i teściów, tak bardzo bał się, żeby nie powtórzyć tego, czego doświadczał jego tata, choć mama do dziś utrzymuje, że nic złego się nie działo i żyło się im cudownie.

        Musicie mieć wszyscy wyjątkową dojrzałość, umieć oddzielać od siebie pewne sprawy i mieć w sobie dużo szacunku. Ja nie chciałabym kłócić się z mężem na oczach rodziców, tak jak nie chciałabym, aby słyszeli, jak się kochamy. Dla mnie to są sprawy zbyt intymne. A co do negocjowania to uważam, że jak się żyje pod jednym dachem, to pewne decyzje należą do wszystkich domowników, czasem tylko do tych dorosłych, a u nas wszyscy mają zbyt silne charaktery i każdy chciałby narzucić swoją wolę w pewnych sprawach. Z mężem czasem ciężko wypracować nam jedno zdanie, a co gdybyśmy mieli jeszcze ustalić z rodzicami. Dla mnie fajne jest to, że mogę mieć swoje porządki, swoje zasady, swój wystrój, swój sposób urządzenia różnych spraw, swoje graty…

        Moje stosunki z rodzicami nigdy nie były kiepskie, gdzieś to sobie domyśliłaś, bo napisałam, że bywały trudne, jak to jest gdy ma się osiemnaście lat, uważa się, że się zjadło wszystkie rozumy i marzy się o spróbowaniu samodzielnego życia i „dorosłości”.
        I jednak uprę się przy tym, że na tyle jesteśmy dziećmi, na ile możemy liczyć na rodziców. Myślę, że ja sama poczuję się dorosła znacznie bardziej niż kiedy wyniosłam się z domu i niż kiedy zostałam mamą, wtedy, gdy rodziców zabraknie. Może przez to, że ja sama jestem dzieckiem, które łapie się raz po raz na tym, że chciałoby nadal opieki rodziców, to tak ważna jest dla mnie samodzielność, uczenie się, żeby na nikogo nie liczyć, stawianie czoła trudom… bo jeszcze ciągle nie umiem tego robić sama i ciągle mam potrzebę dzielenia się wszystkim z rodzicami. Jestem pewna, że żyjąc z nimi uczyłabym się samodzielności i niezależności znacznie dłużej i wolniej, a może wcale bym się ich nie nauczyła. A to dla mnie wartości, dlatego ja nie zamieszkałabym z rodzicami.

        Odpowiedz
        1. herbata Autor wpisu

          Masz rację – jesteśmy wyjątkowi ;) Przepraszam za pomyłkę „trudnych” z „kiepskimi”, faktycznie źle zrozumiałam. Napisałaś ” Dla mnie fajne jest to, że mogę mieć swoje porządki, swoje zasady, swój wystrój, swój sposób urządzenia różnych spraw, swoje graty…” A skąd pomysł, że my ich nie mamy? ;) Mamy jak najbardziej. Po prostu godzimy te dwa różne pokolenia – nas i rodziców i czasami różne spojrzenia na te rzeczy, ale zasadniczo każdy ma swoją przestrzeń.

          Wiesz, myślę, że potrzebę dzielenia się problemami z rodzicami i mimowolne szukanie w nich oparcia ma każdy kto ma dobre relacje z nimi. Bez względu na odległość jaka ich dzieli. Ale ja osobiście nie odczuwam, żebym była mniej samodzielna niż moi znajomi mieszkający na swoim. Nie mam też poczucia, że nie poradzę sobie z trudnościami, bez względu na to jak duże by nie były. Poradzę sobie sama jeśli będzie trzeba. Widzisz, coś co Ty odnalazłaś w mieszkaniu z dala od nich, ja odnajduję w nich samych – pewność, że jestem silną, dojrzałą, samodzielną kobietą. Umiejętność radzenia sobie. Mieszkamy z rodzicami, ale to nie znaczy, że trzymają nas cały czas za rączkę, że nas we wszystkim wyręczają i wszystko z nimi konsultujemy. Ja po prostu nie musiałam zdobywać pewności, że mam w sobie siłę sama, nie musiałam się wyprowadzać, żeby mieć tę pewność.

          „Na tyle jesteśmy dziećmi na ile możemy liczyć na rodziców.” – w takim razie nikt, kto ma dobre relacje z rodzicami nie dorasta aż do ich śmierci ;) Bo przecież na rodziców liczyć możemy zawsze i w każdej sytuacji. Ale nie w każdej i nie zawsze z tej pomocy korzystamy, tak? Naprawdę, to że dobrze nam w większej rodzinie, że chwalimy sobie mieszkanie razem nie czyni z nas nieudolnych życiowo niesamodzielnych ludzi :)

          Odpowiedz
  6. ~Przedwieczorny

    Rodzina wielopokoleniowa stwarza czasem problemy, ale jak się chce to wszystko można pokonać.
    Moi dziadkowie na szczęście mieli duży dom i żyły w nim obok siebie cztery pokolenia. Pamiętam moją prababkę, która była niekwestionowaną głową rodziny. Głos zabierała niezbyt często ale jej zdanie zamykało sprawę.

    Mnie niestety nie udało się stworzyć takiego domu. Bardzo żałuję. Dzieci wychowywane w takim domu zupełnie inaczej traktują starość, chorobę czy śmierć. Bardziej naturalnie. Jako część życia a nie coś budzącego lęk czy obrzydzenie.
    Taka rodzina uczy również szacunku, tolerancji i kompromisu.

    Pozdrawiam,

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Zgadzam się w 100 % :) Moja córeczka też miała przyjemność mieszkać z pradziadkiem, choć tylko przez kilka miesięcy. Było trochę inaczej, bo mój dziadek już psychicznie był w zupełnie innym świecie (88 l.), ale jest zaliczone ;)

      Pozdrawiam!

      Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Unikałabym stwierdzenia, że któraś sytuacja jest „zdrowa”, czy „najzdrowsza”, bo to sugeruje, że druga jest chora. A myślisz, że to chore mieszkać z rodzicami? ;)

      Odpowiedz
      1. ~t.vik

        Etam, zaraz „chora”. Czy obecność zdrowego, wysportowanego człowieka stojącego obok niewysportowanego sugeruje zaraz, że tamten jest chory? Moim zdaniem nie. Jeden jest zdrowy, drugi zdrowszy, a trzeci z nich może być najzdrowszy :)

        Poza tym, nie będę się już rozpisywał, ale naprawdę uważam (tak samo jak Dorota), że jesteście wyjątkowi, wręcz wyjątkowo wyjątkowi.

        Odpowiedz
        1. herbata Autor wpisu

          t.vik nie wiem czy odbierać tę naszą wyjątkowość w Twoich ustach jako komplement czy ironię ;) Ale tak czy siak zgadzam się. Jesteśmy ;)

          Odpowiedz
          1. ~t.vik

            Sorry, nie przyszło mi do głowy, że można to odebrać jako ironię.
            Opowiem Ci krótko moją historię mieszkaniową. Do dziewiętnastego roku życia (kurczę, podobnie jak Dorota) mieszkałem w „rodzinnym gnieździe”. Można powiedzieć, że to było dosłownie gniazdo, a nie mieszkanie, bo jednopokojowe, przedzielone tylko prowizoryczną ścianką działową, żeby była jakaś kuchnia. 24m/kw. Początkowo z obojgiem rodziców, później tylko z matką. Rodzice palący, więc ja też siłą rzeczy. Nie miałem właściwie swojego prawdziwego kąta. Moim marzeniem było wyprowadzić się i tak się stało, bo kiedy osiągnąłem dziewiętnaście lat, odziedziczyłem po dziadku kawalerkę. Zupełnie inne życie, chociaż od tej pory o wszystko musiałem starać się sam. Później się ożeniłem i zamiast rozbudować kawalerkę, bo była taka możliwość, wybraliśmy mieszkanie z babcią mojej żony, odrzucając propozycję zamieszkania we właśnie zakupionym M2 przez rodziców żony w posagu. To wspólna decyzja z żoną, ale ja na nią miałem największy wpływ. Teść się ucieszył, że wreszcie skończy się jego niedola, a ja go nie rozumiałem. Dziwiłem się tylko, że mieszkając tyle lat nic praktycznie nie zrobił. Nie mieliśmy na początku ciepłej wody, a łazienkę mieliśmy wspólną z babcią mojej żony. Szybko się okazało, że wcale nie jest łatwo się z nią dogadać, a teść miał po prostu rację. Tylko, że ja zrobiłem w domu, co trzeba. Ciepłą wodę, osobną łazienkę i inne udogodnienia. Pole do popisu było tak duże, jak to mieszkanie. Nie dość, że 175 m/kw to i wysokość 3,25m. W tym mieszkaniu przemieszkaliśmy dwanaście lat. Warunki były świetne, bo babcia miała swoją połowę, swoje dwa pokoje i my swoje, ona swoją łazienkę i z czasem my też. Ale mimo całem mojej cierpliwości do tej kobiety, nigdy tak naprawdę nie potrafiłem się z nią dogadać. Zawsze przyszła i coś skrytykowała, albo nawrzucała, że się przykro robiło. Największą przykrością było jej stwierdzenie, że mojemu synowi byłoby lepiej nie przeżyć, niż mieć tylko jedną nogę (pisałem o tym na blogu).
            Po przeprowadzce do Szwecji pomieszkaliśmy przez pierwszy rok na połowie wynajętego domu, aż się przeprowadziliśmy i teraz mieszkamy już dziewięć lat na „nowym”, gdzie nikt nam nic nie mówi.

            Teraz chyba widzisz, że ja też miałem się za ugodowego, cierpliwego i umiejącego się dogadać. Ale do tego trzeba obu stron, tak jak do tanga – dwojga. A to jest niezwykle rzadkie, więc o Was myślę, że jesteście wyjątkami (bez odrobiny ironii)
            Pozdro!

          2. herbata Autor wpisu

            Kurczę, faktycznie po takich doświadczeniach też wolałabym mieszkać sama. My mieszkaliśmy z rodzicami taty, jak już komuś pisałam – kłótnie też były, też nie zawsze rodzice i dziadkowie się dogadywali, tym bardziej, że my w trójkę mieliśmy jeden pokój, a dziadkowie swoje. Ale nie było tak źle, żeby mnie to zniechęciło. Raczej mimo wszystko całość wyszła na duży plus. Choć później z dziadkiem po śmierci babci było naprawdę tragicznie. Psychika mu wymówiła etat, a że był weteranem II wojny światowej, po obozie i w ogóle, a oprócz tego przyzwyczajony, że jest głową domu i każdy liczy się z jego zdaniem to i nam psychika wysiadała. Szczególnie kiedy okazało się, że do końca życia musi nosić nefrostomię, którą co chwilę (dosłownie, mniej więcej co 1,5 minuty z zegarkiem w ręku) próbował wyrywać.

            No, ale mam faktycznie wyjątkowych rodziców :) I męża. I dziecko. Dobrze, że życie nie jest sprawiedliwe, bo gdyby było nigdy sama bym ich nie dostała :)

  7. dani

    Ja zawsze marzyłam o pójściu na swoim i nadal marzę. Póki co wszystko poukładało się tak, że z Chłopakiem jesteśmy u Jego Mamy, ale nie jest to rozwiązanie idealne dla mnie, bo osobiście bardzo mocno cenię sobie prywatność i indywidualizm. We wspólnym domu, nawet tak wielkim, jak nasz, jest to niemożliwe… No cóż, na pewno się przyzwyczaję, ale i tak liczę na to, że kiedyś znajdziemy własny kąt.

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Nie sądzę, żeby prywatność to była kwestia przestrzeni, ale raczej stwarzanej atmosfery. U nas jest wyjątkowo, bo rodzice dają nam tyle prywatności ile potrzebujemy. Kiedy się kłócimy, albo kochamy zupełnie nie odczuwamy skrępowania i presji, żeby być super-cicho, bo to są nasze sprawy i nikt na nie nie zwraca uwagi.

      Odpowiedz
      1. ~t.vik

        Znaczy się niekontrolowany okrzyk rozkoszy pełnym płucem i na dwa głosy, i nikt nie spyta nawet czy nic się nie stało? :D Chyba, że macie specjalny pokoik przeznaczony i wyposażony w superspecjalne gadżety, i wyciszony jak na szpiegowskich filmach ;)

        Odpowiedz
        1. herbata Autor wpisu

          Albo po prostu nie należymy do tych par, które lubią sobie pokrzyczeć ;) Mam na myśli raczej, że nikt nie robi afery z powodu skrzypienia łóżka i jakichś zduszonych pojękiwań. Oczywiste odgłosy namiętności raczej nie występują w takim natężeniu, żeby to był dyskomfort dla kogoś ;)

          Odpowiedz
  8. ineczka

    z tymi konfliktami to tak jest, że im więcej ludzi pod jednym dachem, tym więcej możliwości kłótni, ale masz rację mieszkanie z rodzicami ma też swoje plusy. Dobrze, że Twoi rodzice są chętni do pomocy przy Malutkiej, że się dogadujecie….nie wiem, jak by to u mnie wyglądało….ale póki co marzy mi się własne mieszkanie…..

    Odpowiedz
  9. Dziewczyna z Tatuażem..

    A widzisz… Jak mieszkaliśmy jeszcze z teściami to w jednym domu mieszkały 4 pokolenia. Rodzice mojej teściowej, teściowie, My(rodzeństwo M.) i Nasze dzieci…
    w sumie .. zazdroszczę Mojemu ze ma jeszcze swoich dziadków ale mieszkanie w takiej „kupie” się nie sprawdziło.

    bardziej sprawdza się mieszkanie obok(100 metrów) moich rodziców.
    cenie rodzinę ale jednak swoboda.. musi być

    Odpowiedz
  10. mała-myśl

    Moja rodzina prawie od zawsze była wielopokoleniowa.. mieszkali dziadkowie, rodzice i ja z bratem. Milo wspominam te czasy. Teraz kiedy już dziadków nie ma – w domu jest nieco inaczej. Zawsze lubiłam jak było więcej osób i choć czasami zdarzały się jakiś konflikty, kłótnie, to były szybko rozwiązywane.

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Zasadniczo ŻYCIE jest sztuką kompromisów. Wielu. Tak ja uważam :) Ale oczywiście nie zawsze i nie z każdym to się udaje. Jeżeli rodzice, czy teściowie są patologiczni, złośliwi, albo zwyczajnie zaborczy, sytuacja robi się nieciekawa. Pamiętajmy, że kompromis to sytuacja, w której KAŻDA ze stron trochę ustępuje i coś musi tolerować. Nie da się więc powiedzieć komuś np.” „Hej, nie układa Ci się z teściami/rodzicami na wspólnym? Po prostu bardziej się postaraj, to tylko sztuka kompromisu!” Są ludzie, z którymi zwyczajnie nie da się dogadać. Są też ludzie, którzy bardzo starają się robić wszystko dobrze i chcą dobrze dla swoich dzieci, ale ich miłość jest zbyt zaborcza. Wtedy wszyscy oddychają z ulgą kiedy każdy ma wreszcie własną przestrzeń :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>