„Bo przyjdzie pan i cię zabierze!” – O straszycielach słów kilka

Herbata usiadła z laptopem na kolanach i zastanawiała się jak zacząć kolejną notkę. Nic jej nie przychodziło do głowy. Skupiła się na temacie jaki wybrała. Właściwie temat sam ją wybrał. Napatoczył się w postaci Kazika i Straszycieli. Napatoczył się dość głośno, burząc spokój przytulnej kabiny w przebieralni aquaparku gdzie to Herbata ubierała się po zażywaniu przyjemności saunowania, które to zafundował jej mąż. Zrezygnowana westchnęła i zadumała się: „Dokąd ten świat zmierza?” 

No właśnie, proszę państwa, dokąd? Dokąd zmierza ten świat, w którym rodzice najwyraźniej na tyle nie mają autorytetu, że muszą straszyć dzieci obcymi, w dodatku Bogu ducha winnymi, osobami? Na pewno nie raz każdy z was spotkał się z niesfornym kilkulatkiem i matką / ojcem, którzy w desperackiej próbie wymuszenia posłuchu posiłkowali się bezmyślnymi zdaniami: „Bo przyjdzie pan policjant i cię zabierze!”, „Bo pani pielęgniarka zrobi ci zastrzyk!” Ale wczoraj pierwszy raz spotkałam się ze straszeniem dziecka… panią sprzątającą.

Skryta we wspomnianej wyżej kabinie przebieralni słyszałam jak rodzice – straszyciele próbowali zdyscyplinować swojego syna. Mały Kazik najwyraźniej za bardzo przywiązał się mydła w płynie wystawionego przy umywalce obok szafek.

- Zostaw, nie wolno brać tyle mydła. – słyszę jego matkę – Kazik, zostaw! Nie wolno tyle! Zobacz, pani zaraz przyjdzie i będzie zła, że tyle bierzesz! – tu najwyraźniej wystąpiło wskazanie steranej pani sprzątającej, która o godzinie 21 zapewne chciała już tylko iść do domu. – Zobacz, pani płacze przez ciebie! – straszycielka próbowała (bezskutecznie) wzbudzić w Kaziu wyrzuty sumienia.

„Ki diabeł?” – pomyślałam wciągając gatki – „Pani płacze?” Nie bardzo chciało mi się wierzyć, żeby strata nadmiernej ilości mydła w płynie doprowadziła panią sprzątającą aż do łez, ale cholera wie, może była bardzo zaangażowana w swoją pracę?

- Zobaczysz, – postraszyła znowu matka marudzące dziecko – pani się zdenerwuje i nakrzyczy na ciebie!

- Ale ona sobie poszła… – bystro zauważył malec.

No tak, paskudny babsztyl nie dość, że nie przejął się tak poważną stratą, to jeszcze na dodatek nie kooperował ze straszycielami i oddalił się do innych obowiązków. Zapewne mniej ważnych.

- No… – zmieszała się na chwilę straszycielka, ale zaraz odzyskała rezon – … i twoje szczęście!

Po tym złowieszczym podsumowaniu zapanowała na chwilę cisza. Zdążyłam się ubrać do końca, zebrać swoje rzeczy i opuścić moją kryjówkę. Jednak kiedy okupowałam wypożyczoną szafkę w celu skompletowania reszty mojej garderoby historia znalazła swój ciąg dalszy. Konkretnie w postaci ojca wyprowadzającego płaczącego Kazika z męskich łazienek. Zaciekawiona przyjrzałam się spod oka co będzie dalej. Najwyraźniej chłopiec czuł silną potrzebę spuszczenia wody, albo może zbyt długiego, lub wielokrotnego spuszczania wody, bo wyprowadzający delikwenta ojciec strofował go, że nie wolno, że w domu sobie pospuszcza. Nieczuły na ojcowskie nagany skazaniec wlókł się smętnie w stronę mamy i pobukując żałośnie próbował jeszcze bronić swojego stanowiska.

- Kazik! – upomniał go ojciec – Bo przyjdzie pani sprzątaczka i cię zabierze! – wywalił ciężką artylerię zamieniając się w straszyciela.

Nie wiem co dalej było z Kazikiem, bo oto z czeluści przebieralni wynurzył się mój ślubny i opuściliśmy ten przybytek saunowej rozkoszy by udać się na kolację. W drodze zastanawiałam się jak to jest z tym straszeniem. Ja wiem, że aby uspokoić dziecko człowiek ima się różnych sposobów, nie zawsze zrozumiałych dla otoczenia, (szczególnie jego bezdzietnej części, lub tej, która ma potomstwo we wcześniejszym stadium rozwoju), ale chyba nigdy nie spotkałam się ze sposobem tak głupim w swoim zamyśle, a przy tym tak wyjątkowo nieskutecznym jak straszeni dzieci obcymi. Nazwijmy to ładnie i mądrze, a co, żeby nie było, że Herbata nie umie – odwoływanie się do  zewnętrznych autorytetów. To co, rodzice mają tak mały autorytet u własnego dziecka, że muszą szukać takowych gdzieś indziej? Z tego co widziałam – a widziałam wielokrotnie – ta metoda wcale nie działa. Najlepszy, a w każdym razie najbliższy upragnionemu, efekt jaki udało się w mojej obecności straszycielom osiągnąć, to doprowadzenie do jeszcze większego płaczu przerażonego dziecka.

Ale, że metoda jest nieefektywna to jeszcze pół biedy. Mówiąc wprost i cynicznie to nie mój problem i na pewno nie problem malucha, tylko rodziców. Zastanawiam się tylko czy rodzice wiedzą, że krzywdzą w ten sposób swoje dziecko. Jeżeli po raz dwieście dziewiąty słyszy ono, że pan policjant je zabierze jak będzie niegrzeczne, to na bank nauczymy je, że policjanci to źli ludzie, którzy porywają dzieci i robią im krzywdę. To w ogóle od razu kupmy mu koszulkę z napisem „CHWDP”… A tak bardziej poważnie: a jeśli dziecko się zgubi? Myślicie, że raczej podejdzie do policjanta, lub innego mundurowego (np. ochroniarza w supermarkecie) czy do obcego, który może zrobić z nim wszystko i nikt nie będzie wiedział? Albo przykład z pielęgniarką: „bo pani zrobi ci zastrzyk.” A potem naprawdę nie wiadomo dlaczego te wszystkie dzieciaki tak się drą u lekarza, a przy zastrzykach z ich trzewi wydobywa się dźwięk tak straszny, że mógłby burzyć mury Jerycha. No skoro od małego są uczone, że zastrzyk to kara, a one przecież były grzeczne, to nic dziwnego, że protestują. Nie wspomnę już nawet o tym jaką frustrację muszą takie zdania wywoływać u osób, które służą rodzicom za przedmiot straszenia. Bo zazwyczaj straszyciele uważają, że takie osoby mają obowiązek uczestniczyć w tych uroczych inscenizacjach, więc śmiało pokazują je paluchem i wcale się nie kryją, że robią z policjanta / pielęgniarki / sprzątaczki potwora.

Podsumowując, straszyciele chyba nie myślą o długofalowych skutkach swoich metod pseudo-wychowawczych, (bo z wychowywaniem to nie ma nic wspólnego.) W dodatku, co jest dla mnie kompletnym kosmosem – nie przejmują się kompletnie, że te groźby nie działają. Z uporem godnym lepszej sprawy walą głową w mur entuzjastycznie wciskając dziecku te szkodliwe kity i w najlepszym razie osiągając jego zastraszenie, ale nigdy uspokojenie.

19 myśli nt. „„Bo przyjdzie pan i cię zabierze!” – O straszycielach słów kilka

  1. ineczka

    i tak jest, że faktycznie potem dzieci się boją a to lekarza, a to księdza (bo słyszałam wersję straszenia dziecka w kościele, że go ksiądz z ambony zabierze), a to zastrzyków…sami sobie rodzice są winni.

    Odpowiedz
  2. dani

    No o straszeniu panią sprzątaczką to ja faktycznie też jeszcze nie słyszałam ;d Rodzicom wyraźnie zabrakło już pomysłów, albo się dzieciaczek za bardzo rozbrykał, że nic nie skutkuje :) Pewnie się nieźle naśmiałaś ;)

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Raczej szkoda mi było tego dziecka. Chłopiec w sumie nie był chyba zbyt rozbrykany. A rodzice – i tu muszę im oddać sprawiedliwość – bardzo spokojni i opanowani. Tylko szkoda, że stosowali tak głupią i nieskuteczną metodę. Wiem, że każdy jest mądry jak sam się nie znajduje w danej sytuacji, ale ja bym spróbowała raczej odwrócić uwagę dziecka, skupić ją na czymś innym. To straszenie po prostu nie dawało efektów i nie było tam w ogóle potrzebne. Lepiej by sobie poradzili bez tego. Tak mi się wydaje.

      Odpowiedz
      1. ~t.vik

        Spokojni i opanowani… hmm… Mi wygląda na to, że dzieciak jest żywiołowy i potrzebuje zaspokajać swoją ciekawość świata, a rodziców to przerasta. Temu zjawisku bym się nie dziwił, ale to, że „wciskają tani kit”, albo mówiąc bardziej po imieniu – kłamią, żeby coś osiągnąć w danym momencie, będzie miało krótkie nóżki i niedługo obróci się przeciwko nim samym, a w przyszłości przeciwko innym ludziom, a dorosłemu już Kaziowi uniemożliwi zdrowy związek. No, bo jak zbudować związek na kłamstwie?

        Ps. Powalił mnie pomysł z koszulką :D

        Odpowiedz
        1. herbata Autor wpisu

          Wiesz co, to czego nie zrozumiałam to dlaczego do jasnej anielki nie pozwolili mu spuścić wody w toalecie? Pewnie mieli jakiś powód, może chciał stać i ją spuszczać do zamknięcia aquaparku? A z kłamstwem to masz 100% racji. Dzieciak się nauczy, że kłamstwo jest w pewnych sytuacjach usprawiedliwione, a także, że rodzice nie zawsze mówią prawdę. Skoro okłamywali go w błahych sprawach to czemu nie w większych, tak? A tak w ogóle to dobrze, że znowu jesteś ;)

          Odpowiedz
          1. ~t.vik

            Może mu nie pozwalają ze względów ideologicznych, bo np. lubią ekologię, albo „nie wylewamy na darmo wody, kiedy ludzie w Afryce umierają z powodu suszy”. Nie masz tak czasem? Jak wyrzucasz zmarnowane jedzenie, nie dręczy Cię to? Ja tak mam i dlatego nie spuszczam wody bez potrzeby ;) Ale fakt, że trzeba o tym z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli jest cofnięte, ma ADHD, czy cechy autystyczne. Może się wydawać, że pewne sprawy nie docierają, ale kiedyś dotrą, jeśli będzie się o tym mówiło, bo jak nie, to rzeczywiście…
            Mówić, mówić, mówić… cierpliwie. I nie kłamać :)

  3. ~P.

    Też nie rozumiem takiego straszenia. Z perspektywy dziecka jest to okropne, z perspektywy osoby postronnej żenujące…
    Ach, zazdroszczę wycieczki do sauny :D

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Pozwalamy sobie z M. średnio raz w miesiącu na saunę, bo oboje bardzo to lubimy :) Uwielbiam czuć jak para, najlepiej jeszcze z olejkami zapachowymi wchłania się w skórę i płuca… miodzio…

      Odpowiedz
      1. ~P.

        Sauna jest świetna.Chociaż pierwszą przygodę z nią wspominam z wątpliwą radością- poszłyśmy z mamą(ja jeszcze wczesne „naście”)w hotelu, gdzie mieszkaliśmy w wakacje, tylko problem był taki, że zamiast stopniowo nagrzewanej sauny, jak to powinno być na „pierwszy raz”, wpakowałyśmy się do takiej,która przypominała lokalny oddział piekła. Ale i tak było fajnie ;)

        Odpowiedz
        1. herbata Autor wpisu

          My z M. załapaliśmy się na „rytuał saunowy” gdzie do lodu rzucanego na węgle dolewa się olejków eterycznych, a mistrzunio rozwiewa to na różne sposoby ręcznikami i wachlarzami. Świetna sprawa. To był akurat „dzień prawidłowego saunowania” i mistrzu pogratulował mi, że zamiast się wstydzić wchłaniałam olejki całym ciałem tak jak należy. Choć przyznam, że ja czułam się odrobinę dziwnie, bo byłam jedyną kobietą wśród samych mężczyzn. Gdybym nie była z M. to w życiu bym się nie odważyła ;)

          Odpowiedz
          1. ~t.vik

            I tak weszłaś między chłopy i oddychałaś pełną piersią?? :O :)
            Przyznam, że jak długo zażywam sauny, nie widziałem jeszcze ani jednej kobitki, która by wśród mężczyzn siedziała w saunie tak, jak wśród kobiet, czyli jak ją Pan Bóg stworzył :) Masz odwagę ;) Sam też bym nie wszedł do sauny dla kobiet, chyba że tylko moje by tam siedziały i zasłonięte, to wtedy tak.

          2. herbata Autor wpisu

            Bo ja jestem taka odważna ;) Przy rytuale saunowym to w ogóle sobie nie wyobrażam być w ręczniku, bo co się wtedy z tego ma? Mokrą szmatę na sobie i zaduch. A tak w ogóle lubię nagie saunowanie. Uważam, że jest po pierwsze prawidłowe, a po drugie – ponieważ jest dla mnie całkowicie wyzute z jakiejkolwiek seksualności i erotyzmu – jest przyjemne. Nago czuję się naturalnie. Nic mnie nie uwiera, nie dociska, nie martwię się czy wyglądam grubo, bo coś mi się wrzyna, czy mi cycków nie pomniejsza ten dekolt… Powiem Ci, że to jest dla mnie taki moment, kiedy samoocena skacze mi pod same chmury. Bynajmniej nie z powodu łakomych spojrzeń panów, (których nie ma, bo jednak są tam ludzie kulturalni i nikt się chamsko nie gapi), ale dlatego, że uświadamiam sobie, że ciała i kształty są bardzo różne, ale wszystkie piękne. Tak jak Indianie z Ameryki Południowej rozumiem wtedy, że „to co zdrowe jest piękne.” :)

          3. ~t.vik

            Ech… nie wiem, czy gdziekolwiek w Szwecji by to przeszło (nie mam na myśli sauny prywatnej), a tyle razy chciałem posiedzieć w saunie z żoną…
            A wyskakujecie później do zimnej wody, albo do śniegu, żeby się w nim na chwilę zakopać, albo chociaż potarzać? :)

          4. herbata Autor wpisu

            :D Wprawdzie jest w tym kompleksie, (wow! poważne słowo), sauna śniegowa, ale nie robimy tego. Odważyłam się raz tam wejść. Na półtora kroku wgłąb. Drzwi jeszcze się nie zdążyły za mną zamknąć, a ja już byłam z powrotem na zewnątrz i z piskiem wskakiwałam do jacuzzi obok. Innym razem postanowiłam skorzystać z basenu schładzającego. Najpierw poszłam pod prysznic gdzie stopniowo polewałam się coraz zimniejszym strumieniem wody, aż w końcu uznałam, że wystarczy i zanurzyłam się w tej lodówie. A ostatnio prosto z rytuału wyszłam sobie na taras – ogrodzony tak wysoką i szczelną barierką, że prawie murem – i to było chyba najprzyjemniejsze. M jest WYBITNIE ciepłolubny, więc nigdy nie wszedł do sauny śniegowej ani do basenu schładzającego, ale już na taras dzielnie za mną podążył wbrew sobie, bo stał tam jeden facet, a za mną weszło jeszcze dwóch. :)

  4. ~studiujaca mama

    Dokładnie, jestem tego samego zdania i córki niczym nie straszyłam. Niestety, kilka razy byłam zmuszona zostawić córkę u mojej babci a pięterku, żeby ogarnąć na szybciora dom i ugotować obiad. Moja genialna babcia w tym czasie jako straszydło obrała sobie, uwaga, uwaga… PIÓRA. Serio. I teraz jesteśmy na etapie oduczania, że pióra nie są złe i nic złego człowiekowi nie zrobią. Przy mnie mała jest odważniejsza, już nawet ich dotyka, ale sama nie ma póki co szans. No, tak czy inaczej, to kiedyś na pewno się oduczy, a ja mam nauczkę na przyszłość.

    Odpowiedz
    1. herbata Autor wpisu

      Pióra? Takie ptasie, czy do pisania? No, babcie mają czasami dziwne pomysły… Moja mama na szczęście ma podejście do wychowania takie jak ja, ale już teściowa na przykład dostała naganę słowną ;) za szkalowanie ojca. Kiedy M. szedł robić małej mleko – wiadomo, trzeba nalać gorącej wody, wystudzić, sprawdzić temperaturę i dopiero dosypać mieszanki – mówiła do niej: „No i gdzie się podziewa ten twój ojciec? Co za nieudacznik jeden, dziecko tu czeka na mleko, a on się tam guzdrze!” Zdecydowanie sprzeciwiliśmy się z M. takim praktykom, bo Ewa ma już pół roku i rozumie coraz więcej. Nie życzę sobie, żeby teściowa nazywała jej tatusia przy niej nieudacznikiem.

      Odpowiedz
  5. ~BonaLisa

    Witam, kiedyś byłam takim „postrachem”. Pracowałam za czasów studenckich w sklepie, przyszli rodzice i dzieciak. Powiedzmy, że niesforny. Mama się zdenerwowała i powiedziała, pokazując na mnie, że Pani cię zaraz zabierze jak się nie uspokoisz. To się zatrzymałam i powiedziałam „mnie proszę w to nie mieszać” i patrząc na dzieciaka „ja nikogo zabierać nie mam zamiaru”. Pani i Pan małżonek zrobili „rybkę” a bąbel o dziwo się uspokoił… ;)

    Odpowiedz
    1. Herbata Autor wpisu

      Hahaha! :D Super! Niesforni rodzice dostali nauczkę ;) A bąbel się uspokoił zapewne dlatego, że odwrócono jego uwagę. Moja mała ma 9,5 m-ca, ale już teraz widzę jaki to genialny sposób na płacze, żale, nudę i marudzenie. Wystarczy zająć dziecko czymś innym. To, że łatwo się takie maluchy rozpraszają jest największym sprzymierzeńcem rodzica ;)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>