Kochajmy siebie trochę bardziej

Wczoraj zauważyłam u siebie coś niepokojącego. Miałam właśnie wchodzić pod prysznic. W drodze do kabiny rzuciłam ostatnie przelotnie spojrzenie na kobietę w lustrze. I powiedziałam jej chłodno:

- Ależ jesteś okropna. 

Stanęłam jak wryta. Dokładnie w tej sekundzie dotarło do mnie, że praktycznie za każdym razem jak patrzę w lustro, jak myślę o sobie, powtarzam sobie to zdanie. Dotarło do mnie ile takich miłych słów dziennie od siebie słyszę. I że jest to już dla mnie tak normalne, że przestałam na to zwracać uwagę. Tym razem przedarło się to do mojej świadomości, bo nie miałam żadnego powodu, żeby tak siebie skrytykować, a i tak to powiedziałam. I zaczęłam się zastanawiać.

O czym myślę, kiedy myślę o sobie? O swoich błędach. O sytuacjach kiedy byłam niecierpliwa, złośliwa, wybuchowa, porywcza, niesprawiedliwa. Spekuluję jak postrzegają mnie inni. Mąż, rodzice, teściowie, córeczka, szwagier, przyjaciele… I wydaje mi się, że każdy patrzy na mnie tak jak ja. Że mają mnie za wredną, ohydną babę, którą niestety trzeba znosić, skoro już się przypałętała. Przeraziłam się, że może oni jeszcze mnie taką nie widzą, ale zaczną jeśli i ja nie zacznę patrzeć lepiej na siebie. Zastanowiłam się na ile nasza samoocena ma wpływ na to jak nas postrzegają inni i na to jak się zachowujemy.

No bo jeżeli cały czas powtarzam sobie, że jestem beznadziejna, okropna, niesprawiedliwa i niecierpliwa, to zamiast nad sobą pracować zaczynam przyjmować taki stan rzeczy za normalny. I przestaję się starać. Zamiast tego serwuję sobie ciągłe wyrzuty sumienia i kary w postaci obrażania siebie, co owocuje coraz gorszą samooceną. Błędne koło się domyka.

Nie mówię, że powinnam wychwalać siebie pod niebiosa, ale jak się tak dobrze zastanowić i popatrzeć na siebie z dystansu, to chyba nie jestem aż taka zła jak mi się wydaje. Nie jestem tak dobra jak chciałabym być, ale bez przesady, nie zasługuję chyba na to, żeby siebie regularnie policzkować i sobie dokopywać. Jakbym zareagowała gdyby to ktoś inny się tak w stosunku do mnie zachowywał? A gdybym to ja była taka dla kogoś innego? Czy więc uważam siebie za stworzenie niższego rzędu niż reszta ludzi, skoro tak pozwalam się poniżać? Czy jestem jakąś sadystką skoro trzymam siebie w psychicznym piekle ciągłej dyskryminacji?

Przyszły też refleksje natury religijnej. Pamiętam, że najważniejsze przykazanie Boga, przykazanie miłości, mówiło dokładnie: Będziesz kochał Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich. A bliźniego swego jak siebie samego. No właśnie. A bliźniego swego jak siebie samego

Poświęćcie ze mną chwilę na rozebranie tego na części. Bóg jest nieskończenie dobry, tak? Zostawia nam to przykazanie jak najważniejsze, tak? Czy Bóg chce więc, żebyśmy siebie nienawidzili i czy uszczęśliwi go jeśli będziemy w stosunku do siebie super-krytyczni? Czy to będzie pokora, czy brak miłości?  Nie sądzicie, że druga część zdania zostawia delikatną wskazówkę, że mamy siebie samych kochać i być dla siebie dobrzy? Co mówicie? Że to trąci ekstremalnym egoizmem? Przecież wyraźnie jest powiedziane, że póki bliźnich traktujemy tak samo dobrze jak siebie, to wszystko jest cud miód malina. Wygląda więc na to, że będąc okrutna dla siebie, nie wypełniam najważniejszego przykazania, które zostawił mi mój Bóg tak? I tak Herbata kruszy żelazną logikę ascezy jako formy służby Bogu :D Hahaha! Ale wróćmy jeszcze na chwilę do powagi ;)

Teraz odwróćmy trochę te słowa i zadajmy pytanie: jak ja mogę dać swoim bliźnim, swoim najbliższym nawet coś dobrego, skoro sama sobie tego nie potrafię dać? Skoro mam traktować bliźnich tak jak siebie, to broń ich ode mnie Panie Boże! Dlatego może najpierw powinnam zacząć traktować siebie tak ich. A wtedy wszystkim nam będzie lepiej.

2 myśli nt. „Kochajmy siebie trochę bardziej

  1. ~Dorota z Maminkowa

    Bardzo ciekawą sprawę podjęłaś. Faktycznie jesteśmy najczęściej dla samych siebie mało mili i delikatni, a często nadmiernie krytyczni, a przecież od miłości własnej zaczyna się miłość i sympatia dla świata. Jeśli siebie umiemy rozpieścić i spojrzeć na siebie przychylniej, to uczymy się, jak być równie hojnymi dla innych, jak ich kochać i rozpieszczać.
    Ja mam wrażenie, że umiem kochać siebie, choć równocześnie jestem wobec siebie bardzo wymagająca i krytyczna. To samo przekłada się na moich najbliższych – im też okazuję dużo dobrego, ale także dużo wymagam. Może z tym drugim dałoby się popuścić nieco, gdybym i sobie opuściła…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>