Żniwa

Jest czas siania i czas żniw. W życiu człowieka, nieco inaczej niż w świecie roślin, te okresy nie następują tylko raz i kolejno, ale przeplatają się ze sobą wciąż i łączą, ponieważ nawet siejąc zbieramy plony, a zbierając je nie ustajemy w siewie.

Tak jest głównie w przypadku dzieci. Kitka ma już prawie 3 lata. Przerwę w blogowaniu zrobiłam kiedy skończyła roczek. Także za mną dwa lata samego zbierania doświadczeń w macierzyństwie. To bardzo ciekawe, bo pamiętam doskonale, (zresztą są tego namacalne dowody, w postaci tekstów), że kiedy dziecię moje ledwo od podłogi odstawało, miałam swoją wizję macierzyństwa, którą wiele osób, (z bloga i nie tylko), krytykowało i poddawało w wątpliwość. Komentarze miały wydźwięk: „wszystko pięknie, ładnie, ale jeszcze jesteś młoda, dziecko masz małe, życie zweryfikuje te twoje śliczne wizje”. I co? I pstro. Życie toczy się dalej, dziecko rośnie, a ja postanowiłam się konsekwentnie trzymać swojego pomysłu na wychowanie i tak też zrobiłam. Robiłam tak przez dwa lata. Siałam. Nadszedł czas żniw. 

Nie jedynych. Nie ostatnich. Ale pierwszych.

Nie jestem nieomylna, nie jestem idealna. Ale czuję, że odwaliłam dobrą robotę, kiedy widzę, że Ewa wyjaśnia, a nie drze się. Mówi: „ale mama, posłuchaj…”, bo wie, że faktycznie posłucham i sama słucha gdy ja coś tłumaczę.

Kiedy widzę, że czeka. Czeka na obiecane lody, cukierka, czeka na zabawę, na bajkę. Wie, że jeżeli coś obiecałam, to tak będzie. Nigdy nie składam obietnic bez pokrycia i to procentuje.

Kiedy widzę, że w zabawie, lub do nas, zaskakująco często używa zwrotu: „nic nie szkodzi”. Nie robi wymówek, nie daje swoim zabawkom kar. Serce mi rośnie gdy widzę, jak bawi się lalką i słyszę nagle: „Oj! Co się stało Pipi? Przewróciłaś? Nic nie szkodzi.” Czyli coś robimy dobrze.

Kiedy widzę, że na porządku dziennym są słowa: „proszę, dziękuję, przepraszam”. Wielu, naprawdę wielu ludzi radziło, żebym dała spokój i nie przypominała rocznemu dziecku o takich słowach. Ewa zaczęła je wymawiać (dość zniekształcone, ale jednak), zanim na dobre nauczyła się imion naszych psów. Absolutnym szokiem był dla mnie wieczór, kiedy Ewa po bajce na dobranoc sama z siebie przeprosiła mnie za to, że rankiem tego dnia była niegrzeczna. Mimo, że jej zachowanie szybko się poprawiło i nie wracałyśmy więcej do tematu.

Kiedy idę z nią na zakupy i nie jestem jedną z matek sklepowych. Dwa razy zdarzyła jej się histeria w sklepie. Dwa. Obydwa razy ostrzegłam ją, że takie zachowanie jest niedopuszczalne i jeśli nie przestanie to wyjdziemy. Nie przestała – wzięłam ją pod pachę i wyszłam. Później zawsze wystarczyło ostrzeżenie.

Kiedy widzę, że przeważnie wystarczy mi Ewę ostrzec, albo czasem nawet na nią spojrzeć w odpowiedni sposób, żeby wiedziała, że przegina i się poprawiła. To nie jest zasługa zastraszania dziecka, tak jak to robią niektóre matki, ale zwykłej konsekwencji. Nie musiałam stosować dotkliwych, czy cielesnych kar. Wystarczyło po prostu konsekwentnie, za każdym razem dotrzymywać danego słowa. Tak w przyjemnych rzeczach, („w sobotę pojedziemy kupić Ci książeczkę”), jak i w nieprzyjemnych, („jeśli dalej będziesz krzyczała, będziemy musiały wyjść ze sklepu”). W ten sposób dziecko nauczyło się, że mamie można ufać, więc jeśli grozi, że nie dostanę deseru, to znaczy, że nie dostanę. Pora się uspokoić.

Czy zawsze moje dziecko jest idealne? Nigdy nie krzyczy, nie jest niegrzeczne? Czy ja zawsze jestem idealna? Nigdy nie tracę cierpliwości, nie jestem zmęczona? Nie zawsze. Ale przeważnie. „Przeważnie” wystarczy. Bo kiedy przychodzi moment, że jestem rozdrażniona, zmęczona i na nią krzyknę, ona mówi mi spokojnie: „mama, nie trzeba krzyczeć” i jest ok. A kiedy ona ma gorszy dzień i wszystko jest na „nie”, ja też umiem znaleźć w sobie jeszcze kilka warstw cierpliwości, o których nie pamiętałam, że tam są.

Chwasty zdarzają się na najlepszych polach. Chodzi jednak o to, aby siać, siać, siać. Najtrudniej jest zawsze przed pierwszymi efektami. Zanim w ogóle wzejdzie Twój plon. Łatwo uwierzyć tym, którzy mówią: „siejesz, a nic nie urośnie, tracisz czas.” Ale jeśli ich nie posłuchasz to niedługo wszystko wykiełkuje, urośnie i pozostanie już tylko żąć. I dalej siać, siać, siać.

„Z nich zaś największa jest miłość”

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”.                                                                                                                             List do Koryntian

Myślałby kto, że największa powinna być wiara. Że wiara, powinna być dla Boga najważniejsza, bo jest przyczyną naszego posłuszeństwa. Bo jest hołdem Jemu złożonym. Bo dzięki wierze do Niego należymy. Ale Bóg chyba nie chce, żebyśmy do Niego należeli. Żebyśmy byli Jego własnością. Myślę, że chce, żebyśmy Mu się oddali z własnej woli. I chyba nie dlatego, że liczy na nasze poddaństwo, tylko dlatego, że liczy na wzajemność. Oddaje nam się cały, bo nas kocha i pragnie naszej miłości. Tak jak my pragniemy miłości i oddania tych, których sami kochamy i którym się oddajemy we władanie.

„Z nich zaś największa jest miłość”. Miłość jest przyczyną i początkiem wszystkiego co dobre. Każdy nasz dobry uczynek rodzi się z tego właśnie uczucia. Pomagamy, bo kochamy. Poświęcamy się, bo kochamy. Przebaczamy, bo kochamy. Staramy się zrozumieć, bo kochamy. Ustępujemy, bo kochamy. Szacunek, przyjaźń, zrozumienie, miłosierdzie – wszystkie biorą swój początek w miłości. To co złe zaś, jest tylko wynikiem jej braku. Myślę, że tak to naprawdę wygląda.

Kiedy ludzie pytają: „dlaczego jest tyle zła na świecie?” to myślą, że Bóg jest zły i zsyła nam tą całą podłość, te trudne sytuacje. Że Go nie ma, albo się nami nie interesuje. A ja myślę, że to po prostu brak miłości. Bóg nie ma nic do tego, bo ludzie sami zdecydowali, żeby Go w tym momencie ze swojego życia wykluczyć. Sami powiedzieli: „Panie Boże, nie wtrącaj się. To Ciebie nie dotyczy. Tego nie zrozumiesz.” Mamy wolną wolę, więc kształtujemy świat swoimi czynami. Możemy Boga przyjąć, lub odrzucić. Oczywiście to nie znaczy, że tylko wierzący może być dobry, może prawdziwie kochać. Nie. To tak nie działa. Każdy może kochać, a Ci, którzy kochają prawdziwie i tak wybierają Boga i podążają Jego drogą. Nawet jeśli w Niego nie wierzą. 

Analogicznie nie wystarczy wierzyć, żeby stać się dobrym człowiekiem, choć znam wielu, którzy tak myślą. „Wierzę, chodzę do kościoła, więc mam zapewnione miejsce w niebie.” Nie sądzę. Jeżeli wiem, że w moim mieście jest ulica Mickiewicza, to jeszcze nie znaczy, że właśnie nią podążam, prawda? Ale mogę też iść nią od dłuższego czasu i nawet nie wiedzieć, że się na niej znajduję.

Myślę, że dlatego największa i najważniejsza jest miłość. Bo ona prowadzi nas do Boga. Prowadzi nawet tych, którzy nie wiedzą, że do niego idą. Chcą tylko kochać. Kiedyś pewnie zauważą, że Bóg jest miłością – nie sędzią, nie katem, nie wielkim wyrzutem sumienia i nie wymaganiem. Jest samą miłością, więc będąc pełni miłości są pełni Boga. Zauważą to i staną się całością. Nawet jeśli wcześniej nie czuli swojej niekompletności. „Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.”

Bo przecież… Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.”

Dzwonek polny i dzwon spiżowy

Zastanawiałam się. Jakie jest życie wielkich, wpływowych ludzi? Gwiazd, ale tych naprawdę pamiętanych przez pokolenia. Dyktatorów, strasznych i okrutnych, ale na wieki zapisanych na kartach historii świata. Bogaczy, tych z samego szczytu. Takich, dla których miliard to najwyżej napiwek pozostawiany przez życie.

Zastanawiałam się. I doszłam do wniosku, że dla znakomitej większości z nich to musi być jednak życie zmarnowane. To są ludzie, którzy żyją niejako dla innych, nie dla siebie. Nie w tym dobrym sensie. Ale tak wiele z siebie rozsyłają na świat, próbując w ten sposób ten świat anektować, zajmować swoją osobą przez zasiedzenie w umysłach, sercach i pamięci ludzkiej, że nic nie zostaje im dla nich samych.

Nie zostało ani trochę Marylin dla Marylin. Doszła do momentu, w którym okazało się, że żadna jej część nie rozwija się. Nie wzrasta w górę. Płoży się raczej, zajmując dużą powierzchnię, przekraczając granice zwykłej popularności, ale w tym całym blichtrze i świecie, o którym tylu marzyło, zatraciła siebie. Swoją istotę. Tę część, która mówi: „jestem tylko twoja, rośnij, pnij się, rozwijaj swoje dobre cechy, zostaw za sobą błędy, pokonuj własne wady, bądź najlepszą wersją siebie!”

Żaden dyktator nie sypia spokojnie. Najpierw obsesyjnie pragnie zdobyć władzę wkładając w ten cel całego siebie, każdą cząstkę swoich myśli, swojego jestestwa, po to tylko, by po odniesieniu sukcesu równie obsesyjnie martwić się, że straci swoją pozycję. Wkłada więc nadludzki wysiłek, cały swój spryt i poświęca wszystkie myśli, kierując każde działanie na utrzymanie tego co już osiągnął. Nie wierzę w mit, że dyktatorzy i tyrani są nieustraszeni. Myślę, że to ludzie, których strach wypełnia wręcz po brzegi. Człowiek bywa odważny, nawet nieustraszony wtedy kiedy widzi przed sobą drogę. Kiedy widzi alternatywy. Czuje się wtedy dzielny, bo wie, że ma różne możliwości, różne drogi do różnych swoich celów. Ktoś stojący na szczycie nie ma już przed sobą żadnej drogi oprócz tej prowadzącej na samo dno. To smutne być człowiekiem jednego celu. Jakże ubogie musi być jego życie.

Bogaczowi natomiast wydaje się, że jest potężny jak bizon, dostojny jak lew, sprytny jak pantera, podczas gdy ja i mnie podobni patrzą na niego i widzą chomika biegającego w kołowrotku. Biedne stworzenie, które nigdy nie dogoni tego za czym tak obsesyjnie przebiera łapkami, bo nie istnieje w ogóle szczyt, na który mogłoby się wspiąć i powiedzieć: „jestem kontent, osiągnąłem co chciałem.” Nie istnieje bowiem taka miara bogactwa, która zaspokoiłaby potrzeby człowieka już posiadającego fortunę. I znów, zamiast podążać swoją drogą do stania się najlepszą wersją siebie, Krezusi tego świata stoją wciąż parę metrów od linii startu i zachłannie ryją nosem w trawie na poboczu, żeby wyzbierać każde lśniące szkiełko, ścigać każdy odblask, który potencjalnie może być złotem.

Każdy ma w życiu jakieś cele. Większe, mniejsze. Jeden chce zostać wiceprezesem sporej korporacji, inny chce mieć jednoosobową firmę, w której sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jeden chce pomagać ludziom, poświęcać się dla sprawy, rozdawać im siebie, ale w taki sposób, żeby to co dobre w sobie rozwijać i pomnażać, innemu zaś wystarczy założyć małą rodzinę, którą będzie ze wszystkich sił ochraniał i uszczęśliwiał. To jest dobre. Każde życie jest cenne, bo każde życie można uczynić dobrym, jeśli tylko się chce. Ale aby nadać mu sens, prawdziwy, głęboki sens, trzeba wzrastać do światła. Rozwijać siebie. To co mamy dobrego pielęgnować i dzielić się tym. To co mamy w sobie złego wyrywać i odrzucać jak chwast, by wypaliło się na słońcu. Pracować nad sobą, całe życie pracować nad sobą. A wtedy nawet jeśli po naszej śmierci nie zagrają orkiestry, nie okryje się czernią imperium, które zbudowaliśmy, zyskamy coś cenniejszego. Choćby tylko jedna osoba powiedziała: „Odszedł człowiek dobry i prawy”, choćby tylko ktoś jeden przechował w sobie to co mogliśmy dać mu najlepszego i uznał, że jest to dość dobre, by przekazać to innym – nasze życie miało sens.

Ludzie wielcy są widoczni z daleka. Czy źli, czy neutralni są zapamiętywani. Dla nas, dla historii, dla świata ich życie miało jakiś sens. W jakiś sposób na nas wpłynęli, zmienili nas. Ale to co liczy się naprawdę w ostatecznym rozrachunku, to czy dla nich to życie miało jakiś sens. Czy oni go widzieli? Są jak ogromny dzwon. Widzialni, słyszalni, echa ich czynów, ich osobowości, rozbrzmiewają długo, a oddźwięk niesie się daleko. Ale żeby mogli uzyskać taki efekt, musieli najpierw opróżnić swoje wnętrze. Musieli poświęcić to co w nich było żywe i dla nich cenne. Wolę być małym polnym dzwonkiem, takim samym jak setki innych wokół mnie. Pochylać się na wietrze, mieć świadomość, że jestem mała i tak nieznacząca dla świata, że można mnie zdepnąć i nawet o tym nie wiedzieć. Ale wiedzieć, że moje życie jest cenne dla mnie, a po mojej śmierci inne dzwonki pochylą głowy i zapłaczą choć przez krótką chwilę.

Powrót taty w dniu wypłaty

Na podwórzu jest kałuża

Z tej kałuży się wynurza…

- … hipopotam? – zapytacie

Nie! To tato po wypłacie!

No i jako ten tato po wypłacie, ja również wynurzam się z kałuży, by powrócić do porzuconego bloga jak syn marnotrawny :) Pewnie nikogo już tu nie ma, ale to nic. Warto gdzieś wylać z siebie to co człowiekowi w duszy gra i buczy ;) Blog był parentingowy. Jaki będzie teraz? Nie wiem. To się okaże. Wyjdzie w praniu. W praniu i prasowaniu, a także przy kawie i mleku, jakem Herbata :)

Koniec i nowy początek

Zawsze jest tak, że z końcem czegoś rodzi się nowy początek. A koniec nadchodzi zawsze. Takoż i nadszedł koniec bloga kawa-herbata-mleko. Dziękuję Wam, że tu ze mną byliście, dziękuję za wszystkie komentarze i całe zainteresowanie. Niniejszym zamykam tego bloga.

Ale obiecałam też nowy początek, prawda? Prawda. Tak więc zapraszam Was na mojego nowego bloga:

CUKROWA MYSZ, czyli Mysie felietony o tym i owym

Mysie felietony nie są już blogiem stricte parentingowym. W myśl słów: „pomyśl co naprawdę chcesz w życiu robić, a potem zacznij to robić” postanowiłam spełnić swoje marzenie o pisaniu i potraktowałam ten blog jako drogę do tego. Staram się, żeby był trochę bardziej profesjonalny, będę tam zamieszczać typowe felietony i ogólnie chciałabym jakoś się wybić wśród całej masy blogerów. Może ktoś mi zaoferuje współpracę? A może jak blog się rozkręci i zacznę składać CV do różnych gazet podziała na moją korzyść? Kto wie? Uważam, że nieźle piszę i mam szansę robić to co kocham za pieniądze jeśli tylko po to sięgnę. Dlatego jeśli spodobają Wam się zamieszczane tam teksty to będę wdzięczna za zaproszenie na mojego bloga znajomych, wzmiankę o nim na swoich blogach itd. Jeśli jakiś mój felieton Was zainspiruje do napisania przemyśleń na ten temat u siebie to, proszę, wspomnijcie skąd tę inspirację zaczerpnęliście. Dla Was to niewiele, a mi może pomóc spełnić marzenia. :)

Pozdrawiam wszystkich gorąco i… nie żegnam się :) Bo mam nadzieję zobaczyć się z Wami na „Mysich felietonach”, gdzie występuję już jako Cukrowa Mysz :) 

Buziaki!

Nienia

Mam taki zbiór wierszyków zatytułowany „Dyrdymałki”. Jest ze mną od niepamiętnych czasów, ma już pożółkły papier, zniszczone strony, gdzieniegdzie rysunki są „upiększone” moją zamaszystą rączką… Na przestrzeni lat stracił w tajemniczych okolicznościach okładkę, więc mama sama zrobiła mu nową. I w tym tomiku ślicznych i pouczających wierszyków jest taki jeden:

Nienia

- Nie chcę bułki

Ani kęsa,

Nie chcę zupy,

Nie chcę mięsa.

Nie!

- Nie chcę sosu

I sałaty,

Nie chcę mleka

I herbaty.

Nie!

- Nie chcę bawić się

Dziś wcale,

Nie chcę misia,

Nie chcę lalek.

Nie!

- Nie chcę leżeć,

Nie chcę spać,

Nie chcę chodzić,

Nie chcę stać.

Nie!

- Jeśli jesteś 

Taka „Nienia”,

To cześć Nieniu,

Do widzenia.

Pa!

Świetnie się odnosi do obecnej sytuacji mojego dziecięcia. Dziecię jeszcze wprawdzie nie mówi, ale to nie znaczy, że nie umie się porozumiewać z otoczeniem. Umie. A najsprawniej opanowała klasyczne zaprzeczenie i odmowę, czyli kręcenie głową na „nie”. Bardzo szybko odkryła, że nowa umiejętność nie tylko wzbudza zachwyt rodziny, ale daje jej pewien zakres władzy. Z każdym kolejnym dniem obserwowałam jak Kitka wciąż na nowo upaja się tym, że może czegoś odmówić i że ta odmowa zostanie uszanowana. W ten oto sposób zostaliśmy pozbawieni buziaków i przytulasów, bo każde pytanie: „Dasz mamie buzi?” zostaje skwitowane pełnym zadowolenia kręceniem głową. Czasami z bonusem w postaci efektów dźwiękowych takich jak: „m-m-m”, albo „ne, ne, ne, ne”. Za każdym razem widzę ten badawczy wzrok pytający czy tym razem ta dziwna magiczna władza też podziała, czy nie? A potem tryumfujący uśmiech. Tak! Znowu się udało! Oh, yeah! I’ve got the power! Mały Bruce Wszechmogący :) Od czasu do czasu z wyżyn swej łaskawości Kikul sypnie jakimś buziakiem i pobłażliwie patrzy, że mamy z tego taką radochę. Jak małpa z kostki mydła.

Niestety weszliśmy też w etap prób siły. No, bo skoro zwykłym „ne, ne, ne” da się do pewnego stopnia kształtować rzeczywistość, to czym jeszcze? Gdzie są granice? A może ja mogę wszystko? Obstawiam, że takie właśnie myśli roją się w tej kudłatej ponad miarę główce. Tak więc Ewa sprawdza granice swojej władzy nad otaczającym ją światem a przy okazji, (taki mały efekt uboczny), granice naszej cierpliwości. Z uporem maniaka powtarza czynności, których jej zabraniamy, (wrzucanie psiej karmy do psiej miski z wodą), zagląda w miejsca, w które zaglądać jej nie wolno, (szuflada i szafka biurka), dotyka zakazanych rzeczy, (słoiki – jak uda się, któryś dorwać należy zrobić co następuje: zacząć szybko uciekać, głośno piszczeć z zadowolenia). Oprócz tego niestety próby siły odbywają się czasem w sposób jednostronnie siłowy. To znaczy ona używa wobec nas siły pięści, a nas świerzbi ręka, ale wiemy, że należy nadstawić drugi policzek. Choć najczęściej oba rozwiązania zawodzą, bo świerzb nie zostaje zaspokojony siarczystym klapsem (powiedziałam, że nie to nie), ale i drugiego policzka nie nadstawiamy, tylko się oburzamy, mówimy, że absolutnie nie wolno i obrażamy się. Działa doraźnie. Ale na skutki długofalowe mamy jeszcze czas.

W każdym razie Ewa chyba w swoim pokrętnym toku myślenia połączyła chęć czułości z odmawianiem nam jej właśnie przez bicie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie raz bowiem spotkałam się z taką sytuacją: trzymałam Kikula na rękach, ona zaczynała mnie bić po twarzy, ja oburzonym głosem mówiłam: „Hej! Dlaczego bijesz mamę? Nie wolno bić!”, a ona natychmiast z szerokim uśmiechem podstawiała mi policzek do całusa. Najwyraźniej wyznaje filozofię, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie…

Dość długo mnie nie było, bo ponad miesiąc, ale postaram się wrócić do normalnej rutyny pisania. Co zrobić. Shit happens.

Znów filozoficznie

Ostatnio tak czytam sobie tę „Jeżycjadę” i czytam, i dochodzę do wniosku, że to powinna być lektura obowiązkowa. Całość. Dla liceum. Ale o tym będzie osobny post. Na koniec wyzwania, (które ostatnio zdechło z powodu tematu, który mi się nie podoba i który nie wiem jak ugryźć), napiszę jeszcze raz o mojej ulubionej serii, którą jednak chyba jest właśnie „Jeżycjada”. Wczoraj natrafiłam na fragment, który dużo dał mi do myślenia. Posłuchajcie.

- [...] Nie chciałam… wyciągać… spraw osobistych.

- Innych nie ma – rzekł pan Gruszka po prostu.

Zapalił papierosa.

- Cała reszta jest do bani – dodał uzupełniająco, wciągając w płuca dym. – I się nie liczy. O! – Spotkać kogoś, coś przeżyć z nim. Jak zachoruje to z nim być. Umrze, to zamknąć mu oczy. Pomóc komu trzeba, dzieciaki na ludzi wyprowadzić. I tyle.

Znałam kiedyś chłopaka, który będąc głupim smarkaczem złożył Bogu obietnicę. Obiecał Mu mianowicie, że jeśli do 21 roku życia nic nie osiągnie to się zabije. Mądre, co? No, ale taki on już był ten matołek. Z biegiem czasu coraz lepiej widział, że nie zanosi się, aby odkrył lek na raka, albo zaprowadził pokój na świecie, w ogóle nigdy, a cóż dopiero w tak młodym wieku. Więc zamiast uznać swój błąd i głupotę z okresu dzieciństwa, (jak zrobiłby to mądry człowiek), postanowił, że przestanie wierzyć w Boga, bo wtedy nie będzie musiał dotrzymać obietnicy. Czujecie to? On sobie postanowił, że przestanie wierzyć. Nie, żeby przestał, po prostu bardzo się starał siebie samego przekonać, że Boga nie ma. Hm. Ale nie w tym rzecz. Chodzi o samą treść tej dziecięcej obietnicy. Wczoraj wróciło do mnie to wspomnienie, bo w sposób oczywisty można je porównać z fragmentem Sprężyny M. Musierowicz. I z moimi własnymi myślami, które mnie czasami nawiedzają, – że tak naprawdę w niczym nie jestem najlepsza, że nie mam rozwiniętych talentów, że nie mogę się pochwalić takimi osiągnięciami jak nagrody w konkursach, albo zawodowe osiągnięcia itp. A tu nagle tych kilka słów wymyślonego pana Gruszki i wszystko wróciło na swoje miejsce. Przecież nie są ważne nagrody, awanse w pracy, czy odkrycie, które zostawimy po sobie ludzkości. Ważne jest tu i teraz. Związki międzyludzkie, relacje z bliskimi, pomoc potrzebującym – to wszystko nie jest tło dla rzeczy ważniejszych. To są te ważniejsze rzeczy. A cała reszta to tło. Dodatek.

Mały głupi chłopiec miał prawo pomylić się w ocenie sytuacji. Ale dorosły chłopak powinien wiedzieć, że słowa „coś osiągnąć” znaczą coś więcej niż tytuł naukowy, wynalazek, odkrycie, czy piwnica pełna wybitnych dzieł sztuki własnego autorstwa. Powinien wiedzieć, że „być kimś” to być kimś wyjątkowym i niezastąpionym dla swoich bliskich, a nie być szychą w ministerstwie, czy prezesem banku, albo specjalistą w swojej dziedzinie. Bo rację ma Musierowicz. I rację miał Jan Kiepura mówiąc:

Gdy człowiek umiera, nie pozostaje po nim na tej ziemi nic oprócz dobra, które uczynił innym.

Roczkowe podsumowanie

Wielkimi krokami zbliża się roczek Ewci, (za cztery dni), więc pora na podsumowanie. :) Po roku już znamy się dość dobrze, choć poznawać się i zaskakiwać będziemy całe życie.

Przez rok dowiedziałam się, że Ewa jest indywidualistką o silnym charakterze. Nie daje sobie w kaszę dmuchać, widać, że już zaczyna jej się okres buntu, bo próbuje wymuszać na nas swoje zachcianki płaczem i krzykiem. Czułości dozuje wedle własnego uznania i raczej nie rozdaje ich hojną ręką. Z jednej strony jest to trochę przykre, z drugiej jednak każdy całus jest tym cenniejszy. :) Jest uważną obserwatorką. Nieraz widzę to jej przenikliwe spojrzenie tych niebieskich oczu, w których błyszczy bystrość i inteligencja. Wygląda wtedy, że nie tylko patrzy na to co się dzieje, ale wręcz, że wnika wgłąb sytuacji, zachowań. Potrafi przewiercać spojrzeniem. Jest bardzo inteligentna. Widzę, że kiedy pokazuję jej coś nowego to na ogół wystarczy powtórzyć to parę razy, pierwsze dwa, trzy pomóc jej to zrobić i mała łapie o co chodzi. Uwielbia być noszona na rękach, głównie przez moją mamę, którą ciągle o to męczy. Wie, że babcia jej ulegnie. :) W zabawie i kontaktach z innymi nie jest biernym odbiorcą proponowanej rozrywki, to ona ustala reguły i wyznacza role. Nie cieszy ją granie według czyjegoś zamysłu. Zdarzało jej się mnie pocieszyć kiedy byłam smutna. Robiła to w sposób ewidentnie celowy, to jest, widziałam, że ona widzi i rozumie, że mama jest smutna i robi coś specjalnie po to, żeby mnie rozweselić. Jest więc też empatyczna i potrafi okazywać miłość „z wyboru”, a nie jak leci wszystkim. Lubi się popisywać przed obcymi. Szczególnie chłopakami. :D Nie lubi bawić się pluszakami, (ku mojej rozpaczy). Jej ulubione zabawki to: klucze, piłki, pudełka, wieża z kubeczków, klocki, książeczki (lubi je przeglądać, a ja nie mam nic przeciwko, bo nie wydziera kartek, nie zjada ich i nie miętosi). Śmieszy ją niesamowicie całowanie po stópkach i wąchanie ich z jednoczesnym robieniem: „a-psik!”, (czaicie, że niby śmierdzą).  Kocha kąpiele. Nie cierpi od niedawna ubierania i nakładania pieluchy, jak również wyciągania kataru aspiratorkiem, (na szczęście ostatni raz chyba z pół roku temu). Uwielbia jedną z naszych suczek – Benitę. Zresztą z wzajemnością. :) Ewa z Benitą może zrobić dosłownie wszystko, a suka jej na to pozwala. W ramach wdzięczności Ewa szczodrą ręką obdziela swoją ulubienicę kąskami ze swojego stołu. ;) Jest przysłowiowym żywym srebrem. Nie usiedzi ani minuty, wszędzie jej pełno, wszystko musi sprawdzić, zbadać, obejrzeć, wysłuchać co to jest i do czego służy. Mimo tego nie nazwałabym jej „rozbrykaną”, czy „niegrzeczną”. Wiadomo, że nie zawsze usłucha, jak to dziecko, ale na ogół nie ma z tym problemów. Uwielbia łaskotki i kiedy się ją goni. :) Dużo rozumie. Ostatnio była ze mną w łazience i wyciągała z szafki pod zlewem szampony, żele do ciała itp. Kiedy zbliżała się pora wyjścia powiedziałam jej: „Zaraz będziemy wychodzić Kitko, pozbieraj ładnie te szampony i włóż do szafeczki, dobrze?” A ona wzięła każdy kosmetyk, włożyła do szafki i zamknęła ładnie drzwi. Jest też bardzo sprytna, zrobiła się z niej mała cwaniara. Kiedy zabroniłam jej, (po raz sto pierwszy), brać pudełko z chusteczkami nawilżanymi, przestała na chwilę protestować i poszła w tamtym kierunku. Na moje ostrzegawcze: „Ewa” spojrzała przez ramię z miną wyrażającą czystą niewinność i skręciła idąc w stronę swojej huśtawki schowanej pod najniższą półką. Wzięła ją za sznurek i przyciągnęła do mnie, jak zwykle gdy chce się huśtać. Kiedy byłam zajęta zwieszaniem huśtawki mała popruła po pudełko z chusteczkami. Odebrałam jej je oczywiście i spróbowałam wsadzić do huśtawki. A ona wydała z siebie całą gamę dźwięków i min mówiących wyraźnie: „Oszalałaś kobieto? Daj mi spokój z tym ustrojstwem, nie chcę się huśtać!” Najczystszej wody podstęp. W domu śmiejemy się, że Kitka czerpie z nas energię kiedy tak biega po mieszkaniu zgrzana i cały czas zajęta. Potrafi wtedy podbiec do kogoś siedzącego na kanapie czy w fotelu, przytulić policzek do jego kolana na trzy sekundy i pobiec dalej. Jest naprawdę kochanym dzieckiem. Niektóre niemowlaki to takie urocze, kochane, bezwolne klopsy, które są głownie odbiorcami zachwytów i czułości. To urocze. Ale jestem bardzo dumna, że Ewa jest małym uparciuchem i ma swój charakterek. ;) I pęd do samodzielności.

A jaką ja jestem matką? Ciekawe, ostatnio koleżanka zadała mi to samo pytanie. „Jaką jesteś mamą?” Odpowiedziałam bez zastanowienia: „Dobrą”. Więc chyba jestem tą dobrą matką. Jestem przede wszystkim konsekwentna. Nigdy nie zgadzam się na coś czego wcześniej zabroniłam „dla świętego spokoju”. Dla dobra Ewy. Namieszałoby jej to w głowie i nie rozumiałaby znaczenia słowa „nie”. Wiem, że choć czasem protestuje i to mocno, to będzie szczęśliwsza i spokojniejsza wiedząc, że mama wyznaczyła jakieś ramy i granice, bo to znaczy, że mamie można zaufać i na niej polegać. Jednocześnie, skoro moje „nie” ma być nieodwołalne, to staram się nie zabraniać bez potrzeby. Jeśli mam wątpliwości, to najpierw zastanawiam się chwilę nad możliwymi konsekwencjami Ewy zachcianki / zachowania i oceniam czy mogę je ponieść czy nie. Bo pamiętam jak w „Piratach z Karaibów” kpt. Jack Sparrow mówił: „W życiu spotykając człowieka dwa rodzaje rzeczy: te, które człek może znieść i te, których znieść nie może”. ;) Czy więc mogę znieść, że w łazience będzie nachlapane po kąpieli? Mogę. A czy mogę znieść, że dzieć uderza rączkami w szybkę w kredensie? Nie mogę. I sprawa prosta. Niestety przez to, że M. spływa do domu około 17:30, (a 19:30 Kikul często już śpi), i przez to, że mieszkamy z moimi rodzicami, (a dziadkowie, wiadomo, pozwalają na więcej – taka ich rola), ja jestem osobą, która zakazuje i odmawia, przez co ja najczęściej jestem obiektem gniewu Ewy. W efekcie moje poczucie, że jestem dobrą matką jest mocno zachwiane, bo czasami mam wrażenie, że Kitka mniej mnie kocha niż innych, że nie chce ze mną przebywać, że woli być z moimi rodzicami. Niby wiem, że to kwestia dziecięcego wyrachowania – oni jej pobłażają dlatego woli pójść do nich do pokoju gdzie będzie jej wolno więcej i gdzie będą zajmować się nią non stop. Ale jednak serce mi wtedy nieodmiennie pęka. Przy mnie Ewcia grzecznie bawi się swoimi zabawkami i zajmuje się sobą, tak że oprócz chwil wspólnej zabawy mamy też chwile tylko dla siebie. Kiedy się więc zastanawiam czy jestem dobrą matką, nie potrafię na to odpowiedzieć. Cały czas boję się, że okaleczam ją psychicznie, że jestem zimna i niedobra, że ona mnie nie kocha i niedługo zacznie mnie nienawidzić i obwiniać o wszystko. Ale kiedy mam odpowiedzieć na to pytanie bez zastanowienia od razu nasuwa mi się odpowiedź, że tak. Daję jej mnóstwo miłości. Zawsze mam dla niej czas, za każdym razem kiedy widzę, że chce się ze mną pobawić, dać mi do ręki swoje nowe znalezisko itp. Dużo ją przytulam, całuję, czytam jej, noszę na barana, bawimy się razem, gilgoczemy, śmiejemy. Cieszę się wylewnie z jej postępów i zachęcam ją do nich. Wspieram ją. Nie wyręczam jej, nawet kiedy widzę, że ma z czymś trudności. Czekam aż sama poprosi o pomoc, (a potrafi to zrobić mimo, że nie mówi). To daje efekty, bo widzę, że często mimo początkowych trudności, wydawałoby się nie przebycia, jednak daje radę kiedy da jej się czas. Dbam o jej bezpieczeństwo. Zakazuję kiedy muszę, pozwalam kiedy mogę. Robię wszystko, żeby już na starcie nie pogubiła się w tym skomplikowanym świecie i zrozumiała jakie są jego zasady. Staram się ze wszystkich sił dać jej poczucie bezpieczeństwa. Kocham ją bezwarunkowo i często jej o tym mówię. Więc chyba jednak jestem tą dobrą matką. Pewnie gdybym nie miała wątpliwości to bym nie była. ;) Wątpliwości są dobre. Każą cały czas siebie pilnować i doskonalić.

A jak wygląda najbardziej przyziemna i prozaiczna sprawa, czyli jaki Ewa ma bilans zysków po tym roku? Spójrzmy…

Mając rok Ewa: daje buzi, kląska, sama kręci bączka, prowadzi wózek dla lalek, na ogół sygnalizuje swoje potrzeby fizjologiczne, mówi „mama”, „dada”, rozumie za to chyba wszystko co się mówi do niej, naciska przyciski paluszkiem, robi „pa-pa” i „tany-tany”, daje „cześć”, przybija piątkę, klaszcze, (gwizdać umiała wcześniej, ale jakoś o tym zapomniała), sama pije z kubka niekapka, wsadza do buzi widelczyk z jedzeniem, chodzi i próbuje biegać, przynosi huśtawkę gdy chce się huśtać i podaje zabawkę, o którą się ją poprosi, wykonuje proste polecenia takie jak „daj”, „zostaw”, „nie wolno”, „odłóż”, „przynieś”, „chodź”, wydaje dźwięki szeptem, chwyta w dwa paluszki drobne rzeczy, wchodzi na schody krokiem dostawnym trzymając się ściany, albo ręki dorosłego, wspina się na meble, przenosi duże przedmioty (hitem był karton po 116 szt. pamperów…), wkłada zabawki do pudła.

Przebyte choroby: zapalenie płuc, katar.

Ilość zębów: 10

Waga: 10 100 g (o 6 900 g większa niż urodzeniowa)

Wzrost: 75 cm (o 22 cm więcej niż po urodzeniu)

Codzienna fryzura: kitka na czubku głowy

Pierwsze razy:

1 jabłuszko: 4 m-ce

1 zupka: 4 m-ce

1 objaw zainteresowania: 1 m-c

1 przespana noc: 1,5 m-ca

1 obrót na bok: 3 m-ce

1 obrót na plecy: 3 m-ce

1 obrót na brzuszek: 3,5 m-ca

Ograniczenie przez Kitkę mleka do kaszki przed snem: 7 m-cy

1 raz na nocniku: 5 m-cy

1 sygnalizacja potrzeb fizjologicznych: 11,5 m-ca

1 pełzanie: 7,5 m-ca

gwizdanie: 6 m-cy

„pa-pa”: 6 m-cy

„tany-tany”: 11 m-cy

klaskanie: 10 m-cy

1 raz usiadła: 8 m-cy

1 raz sama wstała (bez podparcia): 8 m-cy

1 raczkowanie: 8,5 m-ca

1 kroki: 10 m-cy

1 ząbek: 4 m-ce

1 uśmiech: 1 m-c

1 dłuższa podróż: 4 m-ce

1 słowo: 10 m-cy

1 obcięcie włosków: 6 m-cy

Jeszcze na koniec taka drobnostka. Spotkałam się ostatnio z pytaniem: „Kim chciałabyś, żeby Twoje dziecko było w przyszłości?” Nie mam preferencji co do zawodu, który Ewa miałaby wykonywać. Za to jest kilka, których nie chciałabym, żeby wykonywała. Mianowicie nie chciałabym, żeby była: baletnicą, politykiem, ani kimkolwiek związanym z biznesem erotycznym. :)

A oczywiście najbardziej bym chciała, żeby była zawsze zdrowa i szczęśliwa. Otoczona dobrymi ludźmi, którzy będą ją kochać, szanować i wspierać. Żeby odnalazła swoje miejsce na Ziemi i była po prostu dobrym człowiekiem. Żeby kiedyś powiedzieli o niej: „przeszła przez życie dobrze czyniąc”.

Dzień cytatów – dobro i zło

„Na tym świecie nigdy dobrze nie będzie. Z ludzi zawsze wyjdzie samolubstwo. Dopiero teraz to zrozumiałam, jak mam osiemdziesiąt lat. Świat się może najwyżej pogorszyć. Tylko, że w tym wszystkim – my mamy być dobrzy.”

Te słowa powiedziała Gizela w „Kalamburce” M. Musierowicz. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że tylko człowiek płytki, który nie potrafi wniknąć w istotę rzeczy uzna je za pesymistyczne, lub zasmucające. Dla mnie tchną one optymizmem. Sugerują, że wszystko zależy od nas. Zdejmują z nas odpowiedzialność za zło tego świata, nakładając odpowiedzialność za siebie. To pomaga. Pomaga myślenie w mniejszych kategoriach, bo jeśli w nich zajdą zmiany to zmieni się też całokształt. A łatwiej robić małe kroczki, podejmować małe wyzwania niż próbować od razu zbawiać cały świat. Jan Paweł II powiedział: Wy musicie być tą zmianą, którą pragniecie ujrzeć w świecie. Musierowicz pokazuje nam też, że nasze zadanie jest jasno wyznaczone, (nie są to jakieś mgliste zapewnienia o naprawie świata wygłaszane uszminkowanymi ustami Miss Polonia) i bardzo proste. Nad czym bowiem człowiek ma większą władzę niż nad sobą? Na cóż mógłby mieć większy wpływ?

Źli ludzie to ci, którzy myślą, że świat jest zły i źli są wszyscy wokół. I czynią zło, myśląc, że bronią się przed złem innych.

Cóż powiedzieć? Czyste słowa ks. Popiełuszki: Zło dobrem zwyciężaj. Bo ogień zwalczany ogniem sprawia tylko, że pożar się rozprzestrzenia. Na myśl przychodzi mi też refleksja wspaniałego sir Anthony Hopkinsa: Kiedyś traktowałem ludzi dobrze – teraz z wzajemnością. Jak świetnie to rozumiem. Jak bardzo chciałabym działać tym systemem. Bo wtedy wszystko byłoby łatwe. Ale prawda jest taka, że nie zawsze łatwa droga jest tą właściwą. Tak po prawdzie to prawie nigdy nią nie jest. Ale: Nie obiecano nam spokojnej drogi, ale bezpieczne przybycie.

Postępy nocnikowe

O nocniku pisałam już tutaj. Zaczynaliśmy wtedy nocnikowanie na szeroką skalę, z dobrymi chęciami, kilkoma pomysłami i bez spiny, czyli ze świadomością, że może się nie udać. Ewcik miał wtedy 8 miesięcy. Teraz ma rok, (no dobra, będzie miała za 10 dni) i mogę powiedzieć, że jest dobrze, naprawdę dobrze.

Non stop czytam, że przed drugim rokiem życia nie ma co próbować odpieluchowania, bo dziecko w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że chce mu się siusiu, czy kupę i nie ma możliwości panowania nad potrzebami fizjologicznymi i ich sygnalizowania. I tutaj słowo do wszystkich ekspertów tak często spotykanych w gazetach: dupa. Ot, co. Dupa i dzyndzelek. Niedawno zauważyliśmy, że kiedy Kitka robi siusiu w pieluchę, staje gdzieś na uboczu, albo przykuca odkładając to czym była zajęta. A skoro tak, to znaczy, że może już aktywnie korzystać z nocnika, a nie tylko być nań wysadzana bez swojej wyraźnej woli. Co do dwójeczki, to cwaniara szybko załapała, że wygodniej jest kupę oddelegować do nocnika zamiast nurzać się w niej przy pomocy pieluchy, także okupana pielucha zdarzyła się ostatnio właśnie jak miała 8 m-cy. W tym przypadku wybór nocnika nosi wszelkie znamiona działania świadomego i celowego, bo nie raz na wyjazdach, (czasem całodziennych), potrafiła cały dzień wytrzymać by zaraz po powrocie do domu późnym wieczorem (raz nawet i nocą), z wielką ulgą rąbnąć klocka na nocnik. 

Dłuższy czas zakładaliśmy jej pieluchy tetrowe, ale widząc brak efektów ulegliśmy wygodzie i wróciliśmy do pampersów zakładając, że tetra posłuży nam kiedy zobaczymy, że Ewa wie, że przychodzi pora na siusiu. Ale i teraz lenistwo wzięło górę. Na szczęście ta mało szlachetna cech jest matką kreatywności. Wymyśliłam, że najlepiej będzie Effie założyć majtki, a na nie dopiero pieluchę. W ten sposób będzie czuła, że ma mokro, a nie ucierpią meble, dywany, mój kręgosłup (od latania ze szmatą), ani spodenki, które zapewne prać trzeba byłoby w ilościach hurtowych. Pomysł okazał się genialny, bo Kitka po pierwszym siknięciu w te pieluchomajtki zrozumiała, że ktoś tu zrobił jej brzydki kawał i energicznie zabrała się do pracy. Niedługo potem więc, kiedy znowu poczuła parcie na pęcherz, pobiegła do kąta, w którym stoi nocnik i przyniosła go, a nawet postawiła na kanapie gdzie zwykle staje. Posadzona zrobiła od razu pięknie siii, a pielucha i majtki zostały suche :) Również drzemki w ciągu dnia dobrze rokują, bo po dwóch godzinach snu możemy wysadzić malosię na nocnik i dalej używać tego samego pampersa.

Oczywiście nie zamierzam jeszcze otwierać butelki szampana i święcić tryumfów, bo na to za wcześnie. Jeszcze zdarza jej się siknąć w majty kiedy jest zajęta zabawą, albo odwrotnie – przynieść nocnik kiedy wcale jej się nie chce. Zdarza się też, że ja się zapomnę, bo kiedy mała biega i szaleje to moim zadaniem jest spytać co jakiś czas czy chce siusiu. Ale jeżeli o tym pamiętam to majtki raczej są suche :) Także jesteśmy na bardzo, baaaardzo dobrej drodze i jestem naprawdę zachwycona :)